Dlaczego nie chce mi się oglądać skoków narciarskich?

Rozpoczął się Turniej Czterech Skoczni, więc przyszedł czas na tekst o skokach narciarskich. Będzie trochę inny niż dotychczasowe artykuły, bo tym razem trochę ponarzekam, ale nie na zawodników, tylko na dyscyplinę jako całość i kierunek, w którym ona zmierza.

Sport narodowy, który uprawia kilkuset ludzi

O skokach narciarskich w Polsce można by napisać wiele, ponieważ od momentu sukcesów Adama Małysza, z nigdy nie zrozumiałych dla mnie względów, zostały one mianowane polskim sportem narodowym. To jest w ogóle ciekawe wątek, że w Polsce sportami narodowymi stają się z reguły sporty, których niemal nikt na co dzień nie uprawia, takie jak właśnie skoki narciarskie, czy np. żużel.

Sporty narodowe w Polsce to często niszowe dyscypliny, które stały się popularne dzięki zbiegowi okoliczności i sukcesom pojedynczych zawodników. Sporty, które mają globalny zasięg, jak np. piłka nożna czy tenis przez wiele dekad nie przynosiły nam regularnych sukcesów, co sprawiało, że kibice szukali innych dyscyplin do wspierania. W globalnie mniej popularnych sportach łatwiej jest zaistnieć na arenie międzynarodowej, ponieważ konkurencja jest mniejsza. W takich warunkach sukcesy Małysza, zyskały proporcjonalnie większe znaczenie niż na to zasługiwały, a sama dyscyplina stała się dla niektórych niemal kultowa, co jest i było dosyć absurdalne. Mówimy bowiem o dyscyplinie, którą realnie uprawia pewnie mniej niż 1000 osób w całym kraju.

Przeliczniki w skokach narciarskich – po co to komu?

Nie będę ukrywał, że kiedyś naprawdę lubiłem skoki narciarskie. Interesowałem się nimi jako dzieciak i śledziłem występy Wojciecha Skupnia, Roberta Matei czy Adama Małysza, jak jeszcze nie był znany szerszym kręgom. Turniej Czterech Skoczni, to było dla mnie coś wyjątkowego. Czym bardziej jednak sport stawał się „sportem narodowym”, tym mniej się nim interesowałem. A wprowadzone później przeliczniki całkowicie zabiły we mnie miłość do tego sportu.

Mimo wszystkich swych wad, kiedyś ta dyscyplina była ciekawsza. Co prawda od zawsze były tam noty za styl, a więc za coś bardzo subiektywnego, ale i tak wyniki były bardziej przejrzyste niż teraz. Punktacja stylowa zawsze była postrzegana przeze mnie jako element sztuczny i niepotrzebnie komplikujący rywalizację, ale teraz gdy do tego doszły punkty za wiatr i za belkę, to skoki straciły jakikolwiek urok. Zwykły widz już nie wie nic po samym skoku, a o ostatecznym wyniku dowiaduje się dopiero po tym, gdy zobaczy liczbę punktów automatycznie dodanych lub odjętych za warunki na skoczni. W innych sportach zimowych, takich jak biathlon czy narciarstwo alpejskie, wyniki zależą od czasu lub precyzji, a nie od estetyki wykonania czy warunków pogodowych. Nikt tam nie dodaje ani nie odejmuje czasu za wiatr za deszcz, czy technikę biegu. A przecież i tam warunki dla każdego zawodnika są inne i bywają skrajnie różne. Technika biegu czy jazdy nikogo nie interesuje. Masz być najszybszy i tyle w temacie. W skokach dochodzi do natomiast absurdalnych sytuacji, gdy zawodnik, który oddał skok o kilkanaście metrów dłuższy, przegrywa z innym przez takie przeliczniki.

Kolejną rzeczą związaną z tymi przelicznikami jest to, że wszyscy zawodnicy skaczą niemal w ten sam punkt. Mało kto spada na bulę, jak Robert Mateja w 1999 r. w Zakopanem i mało kto przeskakuje skocznię, jak Małysz w 2001 r. Willingen. Teraz wygląda to tak, że jak słabszy zawodnik skoczy daleko, to belka od razu idzie w dół, żeby przypadkiem lepszy nie skoczył za daleko. W efekcie, pomiędzy pierwszym a ostatnim zawodnikiem zmiana belki jest kilkukrotna, a różniąca w odległościach minimalna. Szczerze mówiąc nie wiem, jak komuś może chcieć się to oglądać.

Trochę o historii skoków w Polsce

Nie chce mi się pisać o wszystkich zawodnikach z okresu, który pamiętam, bo byłoby tego za dużo, a poza tym wiele z sukcesów miało już miejsce w czasach przelicznikowych, które mogłyby być dla mnie wymazane. O sukcesach Małysza każdy natomiast wie. Nie wszyscy jednak pamiętają, że jego kariera rozpoczęła się kilka lat wcześniej niż sukcesy z sezonu 2000/2001, a pierwszy wielki sukces osiągnął 17 marca 1996 w Oslo, gdzie zwyciężył pierwszy raz w swojej karierze, w ostatnim konkursie Pucharu Świata w tamtym sezonie. Jednak dopiero kilka lat później jego występy stały się czymś więcej niż sportem i sprawiły, że przez wiele lat konkursy z jego udziałem śledziła cała Polska, a skoki były tematem numer jeden przy niedzielnym rosole.

fot. Smaker.pl

Oczywiście polskie skoki nie zaczęły się od Małysza, bo wiele lat wcześniej Polska miała innych zawodników, odnoszących sukcesy, jak choćby Piotr Fijas, który w 1987 roku ustanowił rekord w długości lotu na 194 metry, czy Wojciech Fortuna, uznawany jednak za mistrza jednego skoku z Igrzysk Olimpijskich w Sapporo. To oni zbudowali fundamenty pod późniejsze sukcesy. Jednak to początek XXI wieku na zawsze zmienił historię tej dyscypliny w Polsce.  Pierwsze sukcesy Adama Małysza pojawiły się w sezonie 2000/2001. Jego dominacja, cztery Kryształowe Kule i niezliczone zwycięstwa w konkursach Pucharu Świata uczyniły z niego bohatera narodowego. Nie ma sensu tego opisywać bardziej szczegółowo, bo jego historię znają wszyscy.

Robert Mateja, postać kultowa

Małysz nie był jednak jedynym polskim skoczkiem z tamtego okresu. Obok niego na skoczniach występowali m.in. Wojciech Skupień i Robert Mateja. Choć ich wyniki były mniej spektakularne, to ich obecność dodawała kolorytu rywalizacji. Robert Mateja jest dla wielu kibiców postacią kultową. Choć jego skoki były niestabilne, to zawsze budziły emocje. To właśnie tacy zawodnicy jak Mateja sprawiali, że tamte czasy były bardziej ludzkie, bliższe kibicom. Jego walka, choć często przegrywana, miała w sobie coś autentycznego, czego brakuje współczesnym konkursom.

Wszyscy pamiętają skoki Małysza, np. z Willingen, ale wielu też pamięta, że Mateja był pierwszy po pierwszej serii konkursu w Zakopanem w 1999 r.  Niestety w drugiej serii, po swojemu spadł z progu. Ale ten konkurs i tak zyskał w wielu kręgach miano kultowego. Spadnięcie na bule nie było jednak dla niego niczym nietypowym. Na YouTube można znaleźć wile filmów przedstawiających takie sytuacje. Miewał on jednak również lepsze występy i był o krok o medalu mistrzostw świata w Trondheim w 1997, a więc jeszcze przed czasami wielkich sukcesów Adama Małysza. Może gdyby udało mu się zdobyć wtedy medal, to on stałby się ikoną polskich sportów zimowych? W sumie i tak się nią stał, ale raczej z powodów, z których dumny nie jest. Kto wie, jak potoczyłaby się jednak jego kariera, gdyby wtedy osiągnął sukces i zrzucił z pleców presję oczekiwań? Tego się niestety nie dowiemy. Jedno jest jednak pewne. Ani wcześniej ani później nikt nie spadał z progu tak pięknie jak on.

Generalnie, skoki w czasach Matei czy wczesnego Małysza miały w sobie magię, która dziś jest trudna do odtworzenia. Konkursy były mniej przewidywalne, a emocje sięgały zenitu. Przeliczniki za wiatr i belkę, wprowadzone w kolejnych latach, zmieniły charakter tej dyscypliny. Zamiast czystych emocji dostaliśmy matematyczne kalkulacje, które sprawiają, że konkursy stały się przewidywalne i nudne. Ta tendencja raczej się już nie zmieni.

Z Piłką w Sercu (Rafał Latos)

Rafał Latos
Rafał Latos