Kibic tenisa w Polsce nie ma prawa narzekać. Jeszcze przed chwilą żyliśmy piękną paryską historią Mai Chwalińskiej. Maja spędza obecnie czas na zasłużonym urlopie, więc pałeczkę przejął ktoś inny, Kamil Majchrzak. Polak godzinę temu wygrał swój pierwszy turniej w głównym cyklu ATP. Wydarzyło się to w holenderskim s-Hertogenbosch, na pięknie przystrzyżonej zielonej trawce.
Kiedy w ubiegłym roku dotarł do 4. rundy Wimbledonu, opisaliśmy losy powrotu do „żywych” Kamila Majchrzaka. Jak w ciągu 13 miesięcy przeszedł drogę gry bez rankingu na tunezyjskim odludziu, aż do drabinki turnieju głównego turnieju wielkiego szlema. Wytrwałość, ciężka praca, wiara we własne umiejętności – te cechy pozwoliły Polakowi wrócić na tenisowe szczyty.
Dzisiaj, w wieku 30 lat, Kamil odhaczył kolejny cel każdego tenisisty. Wygrał turniej w cyklu ATP. Stało się to na nawierzchni trawiastej, czyli powtórka z rozrywki, patrząc na zeszłoroczny Wimbledon. Droga do triumfu przypominała wspinaczkę na Mount Everest. Polak pokonał trzech tenisistów z czołowej dziesiątki rankingu ATP! W ćwierćfinale Auger-Aliassime (4.), w półfinale Medvedev (8.), w finale De Minaur (6.). Niezwykły wyczyn, czapki z głów przed panem tenisistą Majchrzakiem.

Kamil wyglądał dzisiaj jak ktoś, kto w gablocie miałby niejeden triumf wielkoszlemowy i kort trawiasty za domem. Grał najlepszy tenis w swoim życiu, nie pękając ani przez moment przed bardziej utytułowanymi rywalami. W dzisiejszym finale grał z Alexem De Minaurem, czyli tenisową ścianą. Kiedy grasz z tego typu rywalem, to nie dostajesz punktów za darmo. Każda wymiana, każda wygrana piłka wymaga nie lada wysiłku. Kamil tego dokonał. Co ciekawe, najbliżej porażki Polak był w 1. rundzie, przeciwko Virtanenowi, gdzie obronił jedną piłkę meczową w 3. secie. Jedna piłka, a nie mielibyśmy o czym pisać. Tak mało, a zaraz tak ogromnie dużo.
Triumf na holenderskiej trawce zapewnił Majchrzakowi awans na 47. miejsce w rankingu ATP. Możemy tylko zaciskać kciuki za pana od wimbledońskich kulek w trakcie losowania. Aby drabinka Kamila była w miarę przyjazna. Nie chcemy żadnego Djokovicia w 1. rundzie. Nie prosimy o tak dużo.
Jeśli chodzi o polski tenis, ten tydzień był również dobry dla dwóch zawodniczek, Katarzyny Kawy i Martyny Kubki. Obie panie dotarły do finałów turniejów w cyklu ITF 50 i WTA 125. Martyna (obecnie 243.) walczy o ranking umożliwiający start w kwalifikacjach wielkoszlemowych. Dzisiaj przegrała w finale ITF w Hurghadzie. Katarzyna (143.), o 20 zmierzy się z Laurą Bronzetti o triumf w 125 w Modenie. Ten rok jest bardzo dobry w wykonaniu obu tenisistek. Bariera top 100 w wykonaniu Kawy i top 200 w przypadku Kubki jest jak najbardziej w zasięgu.
Jak pokazuje przykład Mai Chwalińskiej, trzy tygodnie w tenisie mogą zmienić tenisowe życie na dobre. Te dziewczyny naprawdę potrafią dobrze grać w ten sport. W końcowym rozrachunku bardzo często decydują detale. Za rok możemy być świadkami kolejnej cudownej historii w wykonaniu polskiego sportowca. Droga do tego nie jest aż tak bardzo pokrętna, jak mogłoby się niektórym wydawać.


Dodaj swój pierwszy komentarz do tego posta