Kiedyś grywał w popularnego „dziadka” w trakcie treningów najlepszej Wisły w historii z Mauro Cantoro i Mirosławem Szymkowiakiem. Obecnie łączy funkcję doradcy kredytowego ze sprzedażą w branży odnawialnych źródeł energii. Porozmawialiśmy z Dawidem Kubowiczem, który nie jest byłym, stereotypowym piłkarzem. Na boisku był typem silnego oraz technicznego, w „życiu po piłce” wykorzystuje swoje rozbudowane kompetencje miękkie do swobodnej rozmowy z ludźmi.
ZPWS: Przeglądając portal 90minut.pl po raz pierwszy przy Twoim nazwisku brakuje klubu na sezon 2024/2025. Zawiesiłeś już 'buty na kołku”, czy jest inna przyczyna takiego stanu rzeczy?
Dawid Kubowicz: Zgadza się, zrezygnowałem z grania w piłkę. Pobyt w Hutniku obrzydził mi ten sport. Chwilę cieszyłem się jeszcze grą w Kalwariance, dzięki uprzejmości prezesa Piotra Zadory. Z chwilą gdy funkcję trenera Kalwarii przejął pan Janiczak, odszedłem z klubu i do dziś jestem daleko od piłki.
ZPWS: Pobyt w Hutniku nie zakończył się zbyt miło, gdyż zostałeś bezpodstawnie potraktowany jako przestępca, kiedy z dnia na dzień zabroniono Ci grać w piłkę, będąc zawieszonym w prawach zawodnika. Następnie zostałeś odesłany do „klubu kokosa”, trenując z młodymi chłopakami. Jak to wszystko wyglądało z Twojej perspektywy? Zaczynając od komunikatu klubu, który był, delikatnie mówiąc, średnio profesjonalny.
DK: Nie chcę już za bardzo do tego wracać. Mam tylko nadzieję, że polskie środowisko piłkarskie oczyści się z osób zarządzających w stylu leśnych dziadków lat 90. Tak, aby młodzi zawodnicy nie musieli mierzyć się z tym z czym ja i Kamil Wenger.
ZPWS: Niestety nie jest to nic nowego. Leśne dziadki i beton to coś, co występuje cały czas w bliskich nam kręgach. Musi najpewniej minąć wiele lat, żeby było normalnie, czekając na nowe pokolenie ludzi mających odpowiednie pojęcie. Zamykając temat Hutnika, kontrakt rozwiązaliście za porozumieniem stron 8 lutego. Czy liczyłeś, że zagrasz jeszcze w biało-błękitno-niebieskich barwach, kiedy Komisja Dyscyplinarna PZPN uchyliła karę nałożoną przez nowohucki klub w grudniu 2023?
DK: Trzeba powiedzieć też, że nie jest tak wszędzie i na przestrzeni mojej przygody z piłką doświadczałem niekiedy powiewu świeżości, nowego patrzenia na sprawy funkcjonowania klubów. Było tak np. w Resovii czy Siarce Tarnobrzeg, gdzie dobrą robotę wykonuje prezes Dariusz Dziedzic. Jest też spore grono trenerów z odpowiednim podejściem jak Dawid Kroczek, Łukasz Tomczyk czy Szymon Grabowski. Dla mnie takim symbolem walki z zaniedbaniami polskich klubów jest Radosław Mroczkowski. W każdym klubie chciał coś poprawiać dla polepszenia sportowego funkcjonowania klubu. Niejednokrotnie płacąc utratą posady za walkę o swoje wartości. Co do tego czy myślałem, że wrócę do gry – tak, zdecydowanie tak myślałem. Hutnik jako klub, kibice to bardzo świetne miejsce. Komisja uchyliła wszystkie zarzuty Hutnika. Okazało się jednak, że sama komisja niewiele może i jest to lekka farsa. Hutnik mógł mnie tak odsuwać bez końca. A ja bym składał kolejne sprawy do KD, które bym wygrywał i dalej zostawał odsyłany. Zostawała mi walka w sądzie, która trwałaby latami, więc rozsądniej było się rozstać na zasadzie ugody.
ZPWS: Jest to niewątpliwie smutne, że tak można postępować, nie zważając na konsekwencje. Wymieniłeś trenera Szymona Grabowskiego, pod wodzą którego awansowałeś do 1. Ligi w barwach Resovii. Był to chyba Twoj najlepszy czas, patrząc na piłkarskie Cv. Jak wspominasz ten okres oraz warsztat trenera zaliczającego się do nowego pokolenia, dla którego liczy się coś więcej niż twarda ręka i rozmowa motywacyjna?

DK: Wiadomo, że każdy awans jest dobrze wspominany. W Rzeszowie spędziłem najwięcej czasu. Zapracowałem na opaskę kapitana, więc trudno bym nie wspominał tego okresu dobrze. Poza sprawami boiskowymi w Rzeszowie jest fajne otoczenie ludzi zaangażowanych w klub, co budzi moje pozytywne odczucia, gdy wspominam moj pobyt w „Resie”. Trener Grabowski poza warsztatem ma bardzo dobrą umiejętność tworzenia uczciwej relacji z zawodnikami opierającej się na wzajemnym szacunku. Jest trenerem ambitnym, mającym pokorę i nie zamykającym się na ciągłą naukę. Doprowadziło go to do ekstraklasy i szczerze mówiąc nie zaskoczyło mnie to szczególnie.
ZPWS: Na Twojej ścieżce piłkarskiej miałeś do czynienia z wieloma trenerami, zaczynając od Tomasza Kulawika w młodej Wiśle, do której zaraz wrócimy. Jak prognozujesz drogę na ławce trenerskiej, bliskim Tobie – Łukaszowi Burlidze oraz Rafałowi Boguskiemu, którzy zaczynają nowe rozdziały po karierze piłkarskiej?

DK: Z Łukaszem jestem w stałym kontakcie. Pracuje w sprzedaży podobnie jak ja. Odnajduje się w tym dobrze. Nie podejrzewam, że w najbliższym czasie wróci na ławkę trenerską, ale o to trzeba pytać już Łukasza osobiście. Na pewno Łukasz, jak i Rafał mają wszelkie predyspozycje do tego by być dobrymi szkoleniowcami, jeśli tylko będą chcieli iść w tym kierunku.
ZPWS: W karierze piłkarskiej jest tzw. życie po piłce. Wielu zawodników po zawieszeniu butów na kołku, nie wie co ze soba zrobić, nie mając żadnego wykształcenia. W waszym przypadku jest to doradztwo kredytowe. Jak się w tym odnajdujesz? Nie da się ukryć, że w tej pracy trzeba mieć tzw. „gadane”., aby pozyskiwać nowych klientów. Czy w tej materii idzie Ci równie dobrze jak na zielonej murawie?
DK: Może wielu piłkarzy nie posiada odpowiednich kompetencji twardych, jednak sport daje sporo kompetencji miękkich, które jest ciężko wypracować siedząc nad książkami. Uświadomiono mnie o tym jak studiowałem na WSZiC na kierunku zarządzanie organizacjami sportowymi. Teraz działam jako doradca kredytowym po godzinach. Moim głównym zajęciem jest sprzedaż w branży OZE i pozyskiwanie dotacji z programu „czyste powietrze”. W tego typu sprzedaży kompetencje miękkie nabyte w sporcie przydają się wyjątkowo, bo w dużej mierze istotne jest zwykle nawiązywanie relacji z ludźmi.
ZPWS: Kompetencje miękkie wśród piłkarzy są czymś nieodkrytym. Klimat szatni jest delikatnie mówiąc specyficzny. Ty jesteś wyjątkiem, który przy okazji gry w piłkę, również studiował, nabywając dodatkową wiedzę. Takich osób jest niewiele i możemy je policzyć na palcach jednej ręki. Jak idzie Ci w dotacjach? Nie jest to temat prosty, gdzie liczą się głównie regulaminy, cyferki i dokładność.
DK: Wydaję mi się że, jednak coraz więcej sportowców korzysta z dodatkowej edukacji. Jeśli chodzi o dotacje trzeba przed wszystkim być na bieżąco ze zmianami wprowadzanymi przez rząd. Znać cały proces dotacyjny, skrupulatnie wypełniać dokumenty i mieć za sobą firmę która jest w stanie wykonać inwestycje. Najważniejsze jest jednak odpowiednie przedstawienie tego wszystkiemu beneficjentowi, aby czuł się bezpiecznie przez cały proces, od pozyskiwania dotacji, aż po finalną realizację.
ZPWS: Przykłady byłych sportowców przegrywających swoje kariery są drogowskazem dla młodszych, aby nie powielić tych samych błędów. Wracając do początków Twojego grania – przenosisz się z Wałbrzycha do Krakowa. Trafiasz do wielkiego na tamten czas klubu. Jak wspominasz tamte momenty z miasta Grodu Kraka?

DK: Pojawiłem się w Krakowie w wieku 15 lat, przechodząc przez wszystkie szczeble – od juniora młodszego po seniorów. Moim nieszczęściem było to, że trafiłem do najmocniejszej Wisły w historii i o miejsce w składzie było bardzo ciężko. Raz byłem blisko debiutu – Wisła przy Reymonta wygrywała 2-0 – trener kazał mi się grzać, jednak przeciwnik do przerwy wyrównał i były nici z debiutu w Ekstraklasie. Wspominam jednak ten czas bardzo dobrze ze względu na Mistrzostwo Młodej Ekstraklasy z Tomaszem Kulawikiem. Miałem okazję pracować pod okiem trenerów topowych w Polsce jak Petrescu, Okuka, Kasperczak, Nawałka, Skorża. W tamtym czasie dostałem się także do kadry u-21. Było sporo wspaniałych wspomnień. Mogę żałować tylko, że tak bardzo chciałem się dopchać do topu, trochę na siłę przekombinowałem z wyborem klubów, do których trafiałem na wypożyczenie. Być może zabrakło cierpliwości. Trzeba było troszkę poczekać, i jak w Wiśle pojawiły się problemy, to młodzi dostawali więcej szans. W moim okresie o sile Wisły decydowali reprezentanci i topowi zawodnicy ligi.

ZPWS: Nie da się ukryć, że wtedy młodym zawodnikom było ciężej niż obecnie. Przepis o młodzieżowcu mógłby w waszym okresie pomoc niejednemu. Wydawać się mogło, że wygrana w młodej ekstraklasie mogła dać wam przepustkę do poważniejszego grania, ale nie do końca tak się stało. Patrząc na tamten zespół, Łukasz Burliga i Krzysztof Mączyński zrobili największe kariery. Poza tym – Łukasz Jarosiński miał ciekawą przygodę w Skandynawii, reszta niespecjalnie. Piszesz o przekombinowaniu w wyborze, zdecydowałeś wtedy na Tur Turek, następnie Flotę Świnoujście. Co masz dokładnie na myśli?

DK: Nie tyle może przepis o młodzieżowcu, a zwykła cierpliwość i wyczekanie w Wiśle na szansę. Podczas wypożyczeń z Krakowa do klubów zaplecza nie potrzebowałem przepisu o młodzieżowcu, aby wywalczyć miejsce w składzie i być powoływanym do młodzieżówki. W Wiśle była inna sytuacja. Wyższy poziom i presja wyniku. Grając wtedy na pozycji defensywnego pomocnika, gdzie występowali: Gołoś, Cantoro, Sobolewski, Varga, Burns, niekiedy ciężko było o miejsce w grze treningowej. Mój manager zawsze powtarzał, że się nie zadebiutuje w ekstraklasie do 25 roku życia, to po karierze. I ja tak trochę na siłę szukałem regularnej gry jeżdżąc na trochę przypadkowe wypożyczenia. We Flocie popełniłem kolejny błąd, godząc się na obsadzenie pozycji lewego obrońcy. Trener Petr Nemec nie miał zawodnika na tę pozycję i poprosił mnie, czy bym nie spróbował. Mimo że, nie była to moja wiodącą noga szło mi na tyle nieźle, że później na lewą obronę wykupiła mnie Termalica z Wisły i zagrałem na tej pozycji w U-21 z Danią i Rumunią zbierając nieźle recenzje. Zweryfikowany zostałem jednak podczas testów w Poloni Bytom Szatałowa i Lechii Janasa. To, co wystarczało na 1. ligę, było niewystarczające na ekstraklasę. Pociąg odjeżdżał, a ja plątałem się po klubach szukając szansy i optymalnej pozycji na boisku.
ZWPS: Biała Gwiazda była w tamtym okresie hegemonem jak na polskie warunki. Wymienieni przez Ciebie piłkarze są do dzisiaj wspominani w Krakowie. Mógłbyś jeszcze pewnie wymienić takiego Andre Baretto, który w Wiśle za bardzo nie pograł a umiejętności miał naprawdę spore. Byłeś na tamten moment wiodąca postacią w tej mistrzowskiej „mlodej Wiśle”. Rozmawiając z Twoimi byłymi kolegami z boiska, wszyscy wypowiadają się o Tobie w ten sam sposób – że miałeś wszystko, aby grać „wyżej”. Myślę, że najistotniejsze w tym wszystkim jest trafić na odpowiedniego trenera, przy dodatku niezbędnego szczęście. Oczywiście, jak ktoś jest niewystarczająco dobry to w końcu znika, jednak są zawodnicy w lidze, którzy do niej wchodzą i mimo ograniczonego poziomu, z jakichś powodów w niej tkwią. Czyli możesz powiedzieć, że w Twoim przypadku tym punktem przełomowym mogła być ta zmiana pozycji? Po tym przemianowaniu na obrońcę, już nie wróciłeś do gry na środku pomocy?
DK: Podczas swojej przygody grałem na wielu pozycjach. Do Wisły trafiłem jako napastnik. U trenera Jałochy byłem już defensywnym pomocnikiem i lewoskrzydłowym, u Kulawika w Wiśle II szóstką, we Flocie lewym obrońcą. Tak samo w Termalice, choć czasami trener Radolski na końcówki meczów wysyłał mnie na dziewiątkę. W Niecieczy grając mecz o utrzymanie z Piastem Gliwice grałem na lewej pomocy. Wyszło nawet nieźle, bo strzeliłem ładną bramkę na 1:1 i zanotowałem asystę na 2:1 odwracając wynik w trudnym i niezwykle ważnym meczu. Ale jak to mówią „jak ktoś jest od wszystkiego, to jest do niczego”. Dopiero w Arce Gdynia II trener Witt z konieczności wystawiał mnie na środku obrony. Okazało się, że ŚO to moja optymalna pozycja. Jestem silny, wysoki, dobrze gram głową i nieźle operuje piłką. Wcześniej trenerzy bali się ustawiać mnie na tej pozycji, bo zwyczajnie bali się że zbyt często korzystam z „wyszkolenia technicznego”. Wcześniej od środkowych obrońców nie wymagało się wprowadzania piłki i pewności piłkarskiej na tej pozycji. Dominował jak największy pragmatyzm i prostota. Do dziś pamiętam jak jeden z trenerów starej myśli szkoleniowej zasugerował swojemu obrońcy, „jak nie wiesz co zrobić z piłką, wybij ją w aut – wtedy przeciwnik będzie musiał się martwić, co z nią zrobić”
ZWPS: Czyli byłeś zawodnikiem wielopozycyjnym, coś jak swego czasu Dariusz Dudka, tylko on nie grał w ataku. Stara myśl szkoleniowa do dzisiaj ma jeszcze swoje zalążki, ale jest jej na szczęście coraz mniej. Ciebie nie ciągnie do trenerki? Jesteś bez wątpienia dobrym mówcą, motywatorem, jadłeś chleb nie z jednego pieca.
DK: Może w przyszłości wrócę do sportu i skorzystam ze swojego doświadczenia, na tę chwilę jednak dałem sobie rozbrat z piłką. Staram się przekuć umiejętności nabyte w sporcie na działanie w sprzedaży.

ZWPS: Obserwujesz pewnie na bieżąco, jak radzi sobie Wisła Kraków, 2 sezony temu miałeś okazję zagrać przeciwko niej w barwach Resovii w 1. Lidze. Jak oceniasz to, co obecnie dzieje się w tym klubie? Czy wierzysz, że pod wodzą Prezesa Królewskiego ten zespół wróci jeszcze na właściwe tory?
DK: Obserwuję. Grają tam moi koledzy jeszcze z czasów gry w Resovii – Rafał Mikulec i Bartosz Jaroch. Wisła prędzej czy później do ekstraklasy wróci, bo to wielki klub z dużym zapleczem. Oglądając mecze jednak widać jak bardzo się męczą w tej lidze. Duża presja niekiedy nie pomaga jednak wierzę że awansują. Jeśli nie bezpośrednio to poprzez baraże.
ZPWS: Jesteś sporym optymistą w tym temacie. W swoim piłkarskim CV masz jedną egzotyczną pozycję – Fram Larvik. Dlaczego zdecydowałeś się obrać kierunek skandynawski, po pobycie w Arce?
DK: Po Arce Gdynia szukałem klubu dla siebie i odezwał się do mnie Łukasz Jarosiński, który był już w Norwegii. Skontaktował mnie z managerem Remim Wolfem działającym w Skandynawii. Nie byłem tam długo, bo pół roku, ale fajne doświadczenie. Działo się to bardzo szybko. Wyglądało to mniej więcej tak, że o około 20:00 w Krakowie dostaje telefon, że jutro o 11 mam się stawić w w klubie Ham Kam Hammerate w Norwegii. Pomyślałem, że i tak nie mam żadnej konkretnej oferty w Polsce, to spróbuję. Niech żyje przygoda. Zabukowałem lot w Norwegia, i pamiętam, że był okrutnie drogi. Trafiłem do Ham Kam, trenowałem tam około tygodnia. Chcieli podpisać ze mną kontrakt, ale szczęśliwie trafiła się taka sytuacja, która mnie od tego odwiodła. Pożyczyłem telefon pewnemu Norwegowi, bo „wcięło”mu kartę w bankomacie, a był akurat na rowerze bez telefonu. Pogadałem z nim chwilę i w rozmowie wyszło, że klub w, którym staram się o angaż jest zadłużony, nie płaci pieniędzy i jest bliski bankructwa. Stwierdziłem, że nie chcę się pakować w kolejne historie, które już bardzo dobrze znałem z Polski. Zadzwoniłem do managera i okazało się, że otworzyła się furtka we Framie Larvik. Kapitan Framu grający na środku obrony zerwał wiązadła w kolanie i na szybko potrzebowali obrońcy. Miałem na to 24 godziny, bo kończyło się okienko transferowe. Tak trafiłem do Framu. Był tam świetny duet trenerski: Petter Belsvik i Andy McKnight. Pierwszy był najlepszym strzelcem w historii Norwegii, a drugim trenerem był Andy mocno związany z Wolverhampton. Świetni trenerzy i dobrzy ludzie.
ZPWS: Coś Cię zaskoczyło w tamtejszej piłce? Lokalni zawodnicy grający na trzecim poziomie rozgrywkowym w Norwegii lączą normalną pracę z amatorskim kopaniem. Zauważyłeś różnicę w mentalności ludzi tam żyjących i bawiących się piłką w odniesieniu do Polaków?
DK: Tak jak mówisz, przede wszystkim podejście do pracy i uczciwość. 3. poziom rozgrywkowy był półamatorski. Mniej więcej 3 zawodników w każdym klubie miało kontrakt profesjonalny. Ci zawodnicy mieli płacone 100% pensji z klubu. Reszta zawodników miała pracę załatwioną przez klub. We Framie pracę załatwiał sponsor – firma działającą w branży logistyki Abax. Chłopaki z Danii, Szwecji i Norwegii pracowali na infolinii do 16, a później biegli na trening. Około 90 procent kontraktu mieli z pracy a resztę z klubu. Ja się załapałem na kontrakt profesjonalny 100 procent. Jednak jak wrócił do zdrowia zawodnik, którego zastąpiłem, klub nie miał całego kontraktu dla mnie. Mimo że był ze mnie zadowolony nie miał pieniędzy na kontrakt. Mogłem zostać i pracować w Abaxie, jednak nie znając żadnego z języków skandynawskich, na których działała firma, nie miałem takiej możliwości. W Polsce odbywa się to często inaczej. Nawet jak klub chce zawodnika i nie ma środków, to wychodzi z założenia, że jakoś to będzie. Podpiszemy, a później będziemy się martwić i potem dochodzi do takiej patologii jak teraz w Kotwicy.
ZPWS: Tzw. obiecanki cacanki, a jak przyjdzie co do czego, to można postraszyć ogłoszeniem upadłości, i piłkarze w końcu się ugną, bo muszą nakarmić rodzinę. Przykra rzeczywistość, która nie powinna mieć miejsca. Takie sytuacje pewnie Cię jakoś szczególnie nie szokują? Biorąc pod uwagę, że trochę piłkarskiej mapy Polski zwiedzileś.
DK: Wszędzie jest podobnie, jednak idzie to ku lepszemu. Mam taką nadzieję. Kiedy opowiadałem bratu jak wygląda „praca w piłce” w Polsce, to stwierdził, że brzmi to jakbym pracował u samych kryminalistów. Przyzwyczajony jest do innych standardów, prawa pracy, kultury korporacyjnej itp. Piłka nożna w Polsce na niższych szczeblach to wciąż jeszcze dziki świat.

ZPWS: Jakie rady dałbyś młodemu chłopakowi, który jest na początku piłkarskiej ścieżki?Przed czym byś go przestrzegł?
DK: Nie mam pojęcia. Każda drogą i okoliczności są inne. Są niby wartości ponad okoliczności takie jak ciężka praca wytrwałość i cierpliwość. Jednak czasami i to może zostać zaburzone przez okoliczności i pozostaje zasada, wedle której mamy wpływ na 20% rzeczywistości a 80 musimy zaakceptować. Czasami w sporcie akceptacja się przydaje. Nie każdy będzie przecież Messim.
ZWPS: Dyplomatycznie na koniec. W takim razie życzymy Ci powodzenia na nowej drodze, po życiu piłkarskim, i liczę, że nie jest to Twoje ostatnie słowo na Portalu Z Piłką w Sercu!
Rozmawiał Piotr Kowalski
***

Dawid Kubowicz – urodzony 4 marca 1988 roku w Wałbrzychu, wychowanek tamtejszego Górnika. W wieku 15 lat przeniósł się do Wisły Kraków, gdzie spędził trzy sezonu, zdobywając na końcu mistrzostwo „młodej ekstraklasy”. Następnie nastał czas wypożyczeń po klubach 1. ligowych: Tur Turek, Flota Świnoujście, Termalica Bruk Bet. W tamtym okresie zadebiutował w kadrze młodzieżowej u-21, pod wodzą trenera Andrzeja Zamilskiego. Kolejne lata to zwiedzanie kraju wzdłuż i wszerz – Górnik Wałbrzych, Arka Gdynia, Olimpia Elbląg, Siarka Tarnobrzeg. W międzyczasie wydarzył się również się epizod norweski we Fram Larvik. Następny przystanek to stolica Podkarpacia, gdzie w sezonie 2019/2020 udało się uzyskać wraz z Resovią awans do 1. ligi. Pobyt w Rzeszowie trwał niemal 4 lata i był to najlepszy czas piłkarski w CV. Ostatnie lata gry, to powrót do Krakowa i występy w Hutniku oraz Kalwariance Kalwaria Zebrzydowska na zakończenie.







