Kiedyś to było – czyli mój piłkarski idol

Każdy z nas miał kogoś na kim się wzorował. Na podwórku byliśmy Maradoną, Del Piero, Romario, Ronaldo czy Luisem Figo. Nie brakowało też polskich nazwisk. Po łąkach, skwerach i placach biegały dzieci, którym wydawało się, że są piłkarzami. Ja zdecydowanie byłem Markiem Citko, który w Widzewie na tamte czasy robił magiczne rzeczy z piłką u nogi.

Urodziłem się jesienią 1988 roku. Nie pamiętam pierwszego meczu w telewizji, ani tego który akurat w rozgrywkach amatorskich rozgrywał mój Tata. Jak przez mgłę pamiętam za to sukces młodych wilków z Amsterdamu z 1995 roku. Rok później najlepszy był Juventus z niespełna dwudziestojednoletnim Alessandro Del Piero. Wiadomo kibicuje się mistrzom. Wierność to cecha, która ma dla mnie duże znaczenie, stąd wieczna sympatia do „Starej Damy”.

Podobnie sytuacja miała się na rodzimym podwórku. W latach 1995-1997, w kraju liczyły się tylko dwa zespoły: Widzew i Legia. Ich potyczki mają status legendarnych. Jednych się kocha, drugich nienawidzi i na odwrót.

Wybór mojej sympatii to decyzja, która była ukierunkowana m.in. kolorem. Oczywiście wybrałem barwy te bardziej patriotyczne.

Zielone koszulki? Zielona to powinna być trawa. Jednym z głównych bohaterów tych starć był zawodnik z nr 6. Urodziłem się szóstego, więc kolejne pozytywne skojarzenie. Marek Citko, bo o nim mowa działał na moją wyobraźnię jak nikt inny w tamtym okresie. Jego rajdy, drybling, podania i strzały to była magia.

To co wtedy oglądało się w telewizorze z odtworzenia, w głowie było jeszcze bardziej spektakularne. W szklanych odbiornikach pochodzący z Podlasia wirtuoz robił coś niespotykanego, niepowtarzalnego. Gol z rożnego to było coś pięknego. Na wiejskim „stadionie” po niedzielnej sumie, powtórkę potrafił zaserwować mój sąsiad, który również dzierżył magiczne wtedy imię – Marek.

Bramka z Atletico… nasi grali przecież wtedy z mistrzami Hiszpanii, a Citko z połowy boiska lobował Molinę. W kadrze dziesięć meczów i dwie bramki. Racja gdzie mu tam do liczb Rasiaka czy innego Matusiaka. Tylko warto zwrócić uwagę, że Citko strzelał na Wembley i to samym Anglikom. Ładował też magicznym Canarinhos. Strzelić gola wielkiej Brazylii, to działało na wyobraźnię dziecka.

Wychowywałem się w małej wiosce. Młody zakompleksiony – szczyl. Miałem bohatera, który robił coś niemożliwego. Biegając w dziurawych trampkach po nierównym boisku z wbitymi do ziemi gałęziami udającymi bramki powtarzałem pod nosem jego nazwisko. Wtedy byłem nim – utożsamiałem się z tych piłkarzem. 

Dziś wiadomo, wszystko oglądamy z każdej perspektywy po kilka, a nawet kilkanaście razy. Łatwiej nam ocenić, nic nam nie umknie. Wtedy rejestrowaliśmy wszystko w naszej pamięci, po stokroć nawet. Najpiękniejszy czas.

Kiedyś to było!

Z Piłką w Sercu (ŁM)

***

ŁM
ŁM