Z okazji rozpoczynających się wkrótce lekkoatletycznych Mistrzostwa Świata w Tokio 2025, pora na tekst o polskiej lekkiej atletyce i jej szansach na tej imprezie. Niestety chłodna analiza nie napawa optymizmem. Jedna z moich ulubionych dyscyplin sportu zmierza niestety nie w tym kierunku, co potrzeba, a w Tokio raczej nie uniesiemy rąk w geście triumfu, lecz prawdopodobnie załamiemy je z rozczarowania.
Od euforii do zderzenia z rzeczywistością
Jeszcze do niedawna Polacy z każdej lekkoatletycznej imprezy rangi mistrzowskiej wracali z workiem medali. W trakcie Mistrzostw Świata w Londynie 2017 Polacy zdobyli 8 medali (2 złote, 2 srebrne, 4 brązowe), w trakcie Mistrzostw Świata w Dausze 2019 było to 6 medali (1 złoty, 2 srebrne, 3 brązowe), a Igrzyska olimpijskie w Tokio 2021 przyniosły aż 9 medali (w tym cztery złote). Był to wynik bez precedensu od czasów lat 60, stawiający Polskę w gronie lekkoatletycznych potęg. Okazało się jednak, że był to szczyt możliwości wyjątkowego pokolenia naszych sportowców. Od tego czasu następuje bolesne przebudzenie. Jeszcze na Mistrzostwach Świata w Eugene w 2022 (przesuniętych przez COVID z roku 2021) zdobyliśmy 4 medale (z jednym złotem Pawła Fajdka), ale już MŚ w Budapeszcie 2023 okazały się zimnym prysznicem. Zdobyliśmy tam tylko dwa medale, w tym ani jednego złotego krążka. To był najsłabszy występ biało-czerwonych od 2009 roku. Niestety, na igrzyskach w Paryżu było jeszcze gorzej, bo zdobyliśmy tylko 1 brązowy medal. W zbliżających się mistrzostwach świata nawet ten niechlubny wynik może niestety zostać pobity.
Właśnie w takiej atmosferze polska kadra jedzie do Tokio 2025, na ten sam stadion, na którym cztery lata temu nasi lekkoatleci dokonali historycznych rzeczy.
Czym mamy jakieś szanse medalowe?
Polska ekipa na 20. Mistrzostwa Świata w Tokio liczy 61 zawodników, z czego 31 stanowią kobiety, a 30 mężczyźni. Nie brak w niej znanych nazwisk, ale widać też świeżą krew, która ma w przyszłości stanowić o sile naszej lekkoatletyki. Warto jednak podkreślić słowa „w przyszłości”, bo póki co żaden z młodych zawodników nie jest rozpatrywany w gronie szans medalowych.
Moim subiektywnym zdaniem realną szansę medalową mamy jedną, a i to dzięki naturalizacji. Chodzi oczywiście o skok wzwyż i Marię Żodzik.

Ze swoim rekordem życiowym 1.97 na otwartym stadionie i 1.98 w hali może ona bić się o wysokie miejsca, choć nie jest w gronie głównych faworytek. Do medalu musiałaby z pewnością pobić rekord życiowy i skoczyć co najmniej 2.00, najlepiej w pierwszej próbie, albo 2.02. Nie będzie to łatwe, ale przecież od tego właśnie są imprezy mistrzowskie. Wymagałoby to też potknięć głównych faworytek do medali, takich jak rekordzistka świata Yaroslava Mahuchikh, Nicola Olyslagers, Eleanor Patterson, Morgan Lake czy Yuliia Levchenko. Wszystkie, a zwłaszcza dwie pierwsze, skaczą wyżej niż nasza reprezentantka, ale walka o brąz wydaje się być możliwa.
A co poza tym? Niestety niewiele. Każdy inny medal dla Polski byłby dużą niespodzianką. Mamy kilka szans na TOP6, ale nawet w tych konkurencjach medal nie wydaje się możliwy. Osobiście najwięcej szans dawałbym weteranom rzutu młotem, a więc Pawłowi Fajdkowi i Anicie Włodarczyk, ze wskazaniem na tą drugą.

Paweł Fajdek pokazał w tym sezonie obiecującą formę (79,07 m) i jako 4-krotny mistrz świata na pewno chciałby wrócić na podium tej imprezy, ale do tego trzeba rzucać ponad 81 m. Anita Włodarczak, startująca już w kategorii „masters” ma „season best” na poziomie 74.70m. Do medalu pewnie trzeba będzie rzucić powyżej 76 m, co oczywiście nie jest poza zasięgiem, ale wciąż wydaje się trudne. Do dobrego miejsca oboje potrzebowaliby więc rzutów znacznie przekraczających ich SB. Podobnie jak oni, o czołową szóstkę powinien zawalczyć, będący w życiowej formie, oszczepnik Cyprian Mrzygłód. Jego tegoroczny rekord życiowy -85.92 m, to oczywiście bardzo dobry rezultat, ale medalowe rzuty będą prawdopodobnie oscylować w okolicach 88 m – 92 m. Trudno będzie się do tego zbliżyć.
Jeszcze na początku sezonu szansy medalowej upatrywać moglibyśmy w biegu na 400 m kobiet, gdzie startuje nasza jedyna medalistka olimpijska w lekkiej atletyce z Paryża, czyli Natalia Bukowiecka.

Natalia, to także srebrna medalistka ostatnich MŚ w tej konkurencji, legitymująca się rekordem życiowym 48,90 s. W Tokio wciąż będzie jedną z faworytek, ale rywalki wydają się znacznie mocniejsze i Natalia będzie biła się raczej o TOP6 niż TOP3.
Mówiąc o 400m nie można nie wspomnieć o sztafecie mieszanej 4×400 m, czyli polskiej specjalności ostatnich lat. Ta sztafeta może znów dostarczyć emocji nam emocji, pod warunkiem, że wystartujemy w pełnym składzie, tj. z Natalią Bukowiecką, a lider męskiej kadry na 400m – Maksymilian Szwed, utrzyma swoją formę do tych mistrzostw. Będzie to trudne, bo jego impreza docelowa (Mistrzostwa Europy U23 w Bergen), odbyła się miejsc temu. Uzupełnieniem składu powinni być Justyna Święty-Ersetic oraz Kajetan Duszyński. Oboje nie są w formie z igrzysk w Tokio, ale wciąż stać ich na dobre biegi. Czy realnie możemy walczyć o medal? To zależy od składu naszej reprezentacji oraz tego w jakich składach pobiegną najgroźniejsi rywale, jak np. USA, Holandia, Wielka Brytania, Jamajka czy Włochy
Co poza tym?
O miejsca w TOP8 mogą powalczyć też nasi chodziarze: Katarzyna Zdziebło i Maher Ben Hlima, wracająca do formy Adrianna Sułek-Schubert oraz Jakub Szymański, który już kilkukrotnie był bliski przebiegnięcia 110 m przez płotki w czasie poniżej 13.20s, ale zawsze coś się nie udawało w drugiej części dystansu. Może w półfinale mistrzostw świata w końcu uda mu się skleić idealny bieg? Niewielkie szanse na finał mają natomiast nasze topowe sprinterki, czyli Ewa Swoboda i Pia Skrzyszowska. Obie prezentują dobrą formę, ale niestety nie „mistrzowską”.

Podobnie jest w biegach średnich, gdzie w tym roku mamy jak na polskie warunki bardzo dobre wyniki, ale niestety bardzo dobre wyniki w warunkach polskich są dalekie od najlepszych wyników na świecie. Przykładowo, nasi 800-metrowcy biegają ok 1.59s u kobiet i 1.44s u mężczyzn, a świat biega odpowiedni 1.55-1.57s i 1.41-1.42s. Walka o medal nie wydaje się możliwa. Choćby jeden finał, z całej 6-tki naszych reprezentantów byłby wynikiem dobrym. Podobnie finał jest celem Klaudii Kazimierskiej i Filipa Raka na 1500m oraz Kingi Królik na 3000m z przeszkodami. Wydaje się, że są na to realne szanse, choć wszystko zależy też od tego jak ułożą się biegi eliminacyjne – czy będą tempowe, czy jednak wolne, z nastawieniem na mocny finisz.
Na pewno na żadne cuda nie liczymy w pozostałych konkurencjach rzutowych, poza wspomnianym rzutem młotem i męskim oszczepem. Mimo, że do niedawna byliśmy tu potęgą, to tym razem kula, dysk oraz żeński oszczep (mimo, że startuje Marii Andrejczyk) raczej nie przysporzą nam satysfakcji.

O skokach, poza kobiecym skokiem wzwyż nawet nie warto wspominać. O finał mogą natomiast powalczyć obie sztafety 4x100m, pod warunkiem idealnych zmian. Żeńska sztafeta 4x400m, która przyzwyczaiła nas do sukcesów i medali, tym razem ma małe szanse na awans choćby do finału.
Podsumowując, zmiana pokoleniowa niestety odcisnęła swoje piętno na polskiej lekkiej atletyce. Legendy ostatniej dekady albo już zakończyły kariery, albo są dalekie od dawnych możliwości. Anita Włodarczyk nie jest już murowaną faworytką do złota. Czasy jej dominacji minęły, a dziś wynik 75 m może nie wystarczyć na podium). Podobnie jest z Pawłem Fajdkiem, który jednak wciąż walczy. Piotr Lisek w skoku o tyczce wciąż marzy o wysokościach powyżej 5.90, ale era „latającego Liska” zdaje się mijać. A nawet gdyby tyle co skoczył, to raczej nie zbliżyłby się do medalu. Wojciech Nowicki i Michał Haratyk są kontuzjowani, a wcześniej i tak byli bez formy.
Biegi średnie tęsknie spoglądają z Adamem Kszczotem, Marcinem Lewandowskim, Joanną Jóźwik czy Angeliką Cichocką. Sztafeta 4x400m kobiet jest daleka od wyników, jakie osiągała, mając w składzie Igę Baumgart- Witan, Małgorzatę Hołub – Kowalik, Annę Kiełbasińską czy Patrycję Wyciszkiewicz
Skąd wzięła się ta nagła zapaść medalowa polskiej lekkoatletyki?
Czy to wina zaniedbań systemowych, braku szkolenia młodzieży, a może po prostu naturalna kolej rzeczy? Zapewne po trochu wszystkiego. Przez lata mogliśmy się cieszyć sukcesami ponad stan (np. igrzyska w Tokio, które były wręcz wyskokiem ponad oczekiwania). Trafiła nam się grupa wybitnych sportowców w podobnym czasie, co dało efekt kuli śnieżnej. Teraz nastąpiła bolesna zmiana pokoleniowa i wróciliśmy na ziemię. Równocześnie coraz szybciej rośnie poziom na świecie. Konkurencja nam ucieka. Małe kraje wysyłają utalentowanych zawodników na stypendia do USA i potem nawet z małych krajów wyrastają medaliści. Globalizacja sportu sprawiła, że dyscypliny kiedyś zdominowane przez Europę (np. rzut oszczepem) teraz są areną sukcesów Indii czy Pakistanu. Trzeba sobie powiedzieć jasno worka medali na światowych imprezach możemy długo nie zobaczyć. Z pewnością czeka nas kilka lat „chudych”, nim doczekamy się nowych Włodarczyków, Fajdków czy Kszczotów.
Na co powinien nastawić się polski kibic?
Kibice pamiętający jeszcze ciarki wzruszenia przy złotych rzutach Anity Włodarczyk i szalonych finiszach naszych sztafet, pewnie zadają sobie pytanie czy warto się emocjonować nadchodzącymi mistrzostwami? Cóż, serce kibica nie tak łatwo ugasić. Mimo obaw i chłodnej analizy, wciąż gdzieś tli się nadzieja, że nasi lekkoatleci pozytywnie nas zaskoczą. Ja z pewnością będę śledził całe mistrzostwa i cieszył się nie tylko z medali, ale także z każdego awansu do finału czy rekordu życiowego. lekkoatletyka wciąż potrafi dostarczyć pięknych emocji, nawet jeśli nie kończą się one medalem.
Sport uczy nas cieszyć się sukcesem, ale i godzić z porażką. Przed nami mistrzostwa prawdopodobnie skromniejsze w polskie triumfy, lecz mimo wszystko usiądziemy przed telewizorami z nadzieją na dobre wyniki.



Dodaj swój pierwszy komentarz do tego posta