Dotarły do nas bardzo smutne informacje z Bukowna. W wieku 79 lat zmarł pan Ryszard Michalski, czyli legendarny trener oraz wychowawca dzieci i młodzieży. Człowiek, który większość życia spędził na hali sportowej.
Legendarny Orzeł
Pan trener Michalski wychował się na Wodącej, czyli wsi należącej do Bukowna, w którym spędził niemal całe swoje życie. Studia ukończył na krakowskiej Akademii Wychowania Fizycznego. Przez 16 lat był czynnym piłkarzem GHKS „Bolesław” z miasta Bukowno. Działo to się to w czasach, kiedy drużyna znad rzeki Sztoły awansowała do III ligi. Były to niewątpliwie lata świetności dla tego klubu. Do dzisiaj krążą legendy, że była tylko jedna osoba, która strzałem głową trafiła w Orła, znajdującego się dobre kilkanaście metrów za bramką. To nikt inny, tylko Pan Michalski. Pan Ryszard występował również w reprezentacji województwa krakowskiego i reprezentacji uczelni. Poza koronną piłką nożną, specjalizował się w siatkówce, tenisie stołowym, badmintonie oraz lekkoatletyce. Nie było sportu, w którym p. Ryszard nie byłby „profesorem”.

Gdybyśmy mieli wypisać osiągnięcia wychowanków trenera Michalskiego, mogłoby nam „zejść” kilka tygodni na zebraniu wszystkich materiałów. Chcemy napisać, że przez 42 lata pracy w bukowiańskiej szkole pan Ryszard zbudował sport od podstaw. Postawił go, wyznaczył zasady, na jakich ma to wszystko funkcjonować, następnie trzymał się ich kurczowo. Dzięki tym żelaznym zasadom, twardej ręce i szacunku, osiągał sukcesy. To był człowiek nie stosujący półśrodków. W jego słowniku nie występowały takie słowa, jak wymówka lub usprawiedliwienie. Coś było czarne albo białe, nigdy nic pomiędzy.
Rutyna
Tydzień trenera zaczynał się w poniedziałek od lekcji wf-u o godzinie 7.00, kiedy klasa sportowa ustawiała się na białej linii w trakcie zbiórki w głównej sali gimnastycznej. Kończył „robotę ” w sobotę w godzinach popołudniowych, kiedy stworzona przez trenera „liga” rozgrywała ostatni mecz danej kolejki. Mogło oczywiście zdarzyć się tak, że w niedzielę wypadał jakiś turniej w pobliskim Chrzanowie, czy też Krakowie. Jeśli była to zima, to oczywiście halówka, lato to zielona murawa. I tak tydzień w tydzień. W domu głównie spał, ewentualnie oglądał jakiś mecz, bo niemal każde popołudnie spędzał w szkole, na zajęciach SKS-u dla różnych roczników. Po lekcjach wracał na chwilę do mieszkania w celu zjedzenia obiadu, następnie znowu pędem do szkoły. Latem, wsiadał w charakterystyczną ciemnozieloną Toyota Corolla i gnał na stadion.

Tak mijały kolejne lata. Wszystko to dzielnie znosiła małżonka trenera, jego wieczna opoka, szanowna pani Halina. To w niej miał bezgraniczne wsparcie. Żona trenera znała temat od podstaw, ponieważ również była z zawodu nauczycielką wychowania fizycznego.
Mikst i wrzaski
Czwartkowe wieczory były zaś zarezerwowane na popularny „MIKST”, czyli spotkania głównie panów w średnim wieku, w trakcie których grali w siatkę. Zaczęło się to w połowie lat 90., trwa do dzisiaj. Atmosfera unosząca się w trakcie tych wieczorów podsumowuje charakter trenera Michalskiego. Walka do ostatniej piłki, słowne utarczki, mimo że po drugiej siatce byli koledzy, to w trakcie tych gierek nie było przyjemnie. Liczyło się tylko zwycięstwo. Zaciętej rywalizacji towarzyszyły krzyki z sali gimnastycznej, które były słyszane w pobliskich blokach przy ulicy Szkolnej, mimo całkiem szczelnych szyb. Najbardziej donośny głos miał oczywiście p. Ryszard. Z ust rywalizujących często leciały „liryczne”wiązanki, nie do zacytowania.
To była tradycja. Najpierw pięciosetowy mecz, następnie symboliczne piwko. Lokale wybierane do wzniesienia toastu były przeróżne, pewnie zostały zwiedzone wszystkie istniejące w Bukownie. W zamierzchłych czasach był to bar Jędruś czy też Rene, w obecnych najczęściej Pizzaklub. Pana Michalskiego nie było na Mikście od kilku dobrych lat. Kiedy jeszcze chodził, to zawsze był jednym z lepszych, mimo że wiekowo najstarszy.
Koniecpol
Wakacje, to zaś przede wszystkim obozy sportowe, na które wielu podopiecznych trenera czekało z utęsknieniem, bo w końcu lato w Bukownie w tamtych czasach to tylko boisko i basen. Wyjazd do legendarnego już Koniecpola był dla niektórych jak wycieczka zagraniczna na Majorkę. Przed śniadaniem rozruch na basenie, dwa treningi, siatkonoga, czasem jakiś mecz, znalazły się oczywiście też różne konkurencje dla delikatnego urozmaicenia standardowego dnia z obozu.

Wszyscy wpatrzeni w wychowawcę jak w posag. Nikt raczej nie odważył się zaprotestować na którąkolwiek z rutyn trenera, bo doskonale wiedział jakby to się skończy. Kiedy po latach p. Ryszard spotykał swoich wychowanków, pamiętał nawet najmniejszy szczegół ze wspólnych wypraw. Każda pogawędka kończyła się żartem. Taki to był człowiek.

Liga i cytrynka
Lekcje wf-u, treningi, turnieje, mecze ligowe, obozy, czasem też mniej przyjemne bieganie za szkołą po lasku. Wszystko to kojarzyło się z osobą trenera. Wracając do „dziecka” pana Ryszarda, czyli popularnej ligi, robi się wielu osobom smutno na sercu. Było to coś, czym żyła cała szkoła. Kiedy przychodziła jesień i ciężko było już grać na zielonej trawce, wszyscy wiedzieli co się zbliża. Czas zapisów, podział na ekstraklasę, I, II i III ligę, układamy terminarz, rozpisujemy w legendarnym zeszycie i startujemy.
Była to świętość dla wszystkich. W trakcie meczów ligowych zdarzało się panu Ryszardowi wyciągnąć nawet z magazynu specjalna piłkę, czyli popularną „cytrynkę”. Ta żółta futbolówka leżała tam od kilku dobrych lat, czekając na taką właśnie okazję. Wszystko po to, aby dodać temu specjalnemu wydarzeniu rangi. Po to, aby młodzi chłopcy mieli radochę. Właśnie takie detale sprawiały, że to przedsięwzięcie było dla wielu niczym wigilijna wieczerza. Kiedy przychodził poniedziałek, wszyscy gnali w kierunku drewnianej tablicy, wiszącej blisko sali gimnastycznej. W jakim celu? Sprawdzali, czy pan Ryszard zdążył już wywiesić kartkę z wynikami, tabelą i listą najlepszych strzelców. Bo w końcu w weekend grała kolejna kolejka ligowa. Tak, to było najważniejsze w rozpoczynającym się tygodniu.

Żyły tym setki kandydatów na piłkarzy z całej szkoły. W czasie ligi oglądaliśmy pokaz różnych koszulek, grali: Batistuta, Jardel, Kluivert, Rivaldo, Saviola czy Dugarry. Na początek wiosny zawsze było podsumowanie całych zmagań, zakończone wręczeniem pucharów i nagród indywidualnych na apelu przed całą szkoła. Takie wystąpienie to była nie lada nobilitacja. Nic nie wywołało takich emocji, jak popularna liga, autorstwa trenera Michalskiego.
Ferie i niezapomniana herbata
Pozą wspaniałą i legendarną „ligą”, Pan Michalski kojarzy się również z organizacją ferii zimowych w szkole. Oczywiście nie mógł wykorzystać czasu wolnego od swojego miejsca pracy na odpoczynek – to nie byłoby w jego stylu. W głowie układał już rozpiskę, jaki turniej będzie o której. Zawody w koszykówkę, siatkę, tenis stołowy, piłka w różnych odsłonach, turniej braci oraz format ojciec i syn – to wszystko tylko na feriach w Bukownie. Na starej sali rozkładano stoły do „pingponga”, o 9.15 nie było już żadnego wolnego. Rywalizacja trwała w najlepsze, wszyscy szykowali się, bo w końcu kolejnego dnia 1. turniej mistrzowski.
W przerwie między pojedynkami można było podejść na świetlicę, napić się czarnej, przesłodzonej herbaty, której smak do dzisiaj wspomina nie jeden adept. I te wyjątkowe przezroczyste kubki. Tak, pamięta się o takich rzeczach, jak o ostatnim dniu w pracy. 2 tygodnie ferii mijały ekspresowo. Można było na nich spotkać ludzi, którzy podstawówkę już dawno skończyli. Rekordzista, który przychodził na zawody był popularny „Cycek”, który opuścił szkołę w latach 90. Nawet nie tyle po to, żeby w nich czynnie uczestniczyć, bardziej, żeby zamienić kilka słów z trenerem Michalskim. Ferie miały swój niepowtarzalny urok. Wszystko to w głównej mierze dzięki Panu Ryszardowi.

Dzięki trenerowi Michalskiemu Bukowno kojarzyło się innym ze sportem. Jeśli ktoś usłyszał, że na zawody przyjeżdża SP z Bukowna z trenerem Michalskim, ten wiedział, że to raczej nie jest wycieczka w celach krajoznawczych. Trenera znał każdy, i tak pozostało do dzisiaj.
3 kwietnia pan Ryszard zapadł w wieczny sen. Zostanie zapamiętany na długo, bo to w końcu on stworzył sport w Bukownie…







