Wszyscy zgodnie mówią o Nim – niesamowity pracuś, dla którego dobro zespołu jest najważniejsze. W życiu lekko nie miał, wiele razy buty wieszał na kołku i rzucał się w wir ciężkiej pracy. Do piłki zawsze jednak wracał, bo to jego wielka miłość. Wielka na tyle, że nie umiał bez niej żyć. Specjalnie dla nas Piotr Domański, czyli popularny Bobik – zawodnik Bolesława Bukowno, dla którego ten sezon był słodko-gorzki. Słodki, bo Piotr swoją grą wyróżniał się na tyle, że zdobył miano najlepszego zawodnika w swojej ekipie. Gorzki, bo właśnie ta ekipa mimo heroicznej walki o utrzymanie, ostatecznie gruchnęła w przepaść A-klasowej otchłani. Pozbierać się będzie ciężko, ale wyjścia innego nie ma.
O piłce może rozmawiać zawsze i nie przeszkadza mu nawet to, że obok stoi potężny piec, a na nim temperatura 65 stopni Celsjusza. To się w końcu nazywa pasja, czyli największa życiowa miłość.
ZPWS: Zacznę nietypowo. Jak wiesz czasem rzucam okiem na mecze Bukowna. Mam nadzieję, że nie masz żalu za te słynne minus 20 dioptrii? (śmiech)
PD: Oczywiście, że nie mam żalu. Jak wiesz tonący nawet brzytwy się chwyta, a jak z gry nie idzie to tak właśnie mnie uczyli za dzieciaka w Krakowie, że czasem trzeba ratować się cwaniactwem. Tak też próbowałem w tamtym przypadku. Rodzina miała ze mnie ubaw, śmiali się, a ja musiałem słuchać, że nic się nie zmieniam i nawet nie muszą patrzeć co zrobiłem, bo już doskonale wiedzą jak to musiało wyglądać (śmiech).

ZPWS: Z tego co widzę, to klub docenił Twoje zaangażowanie i piłkarskie umiejętności, bo to właśnie Ciebie wybrano najlepszym zawodnikiem w barwach Bolesława w tym sezonie. Cieszy Cię to, czy wobec spadku drużyny na poziom A klasy ta radość obojętnieje i przechodzi w smutek?
PD: Nie jestem szczęśliwy wobec tego co się stało. Spadek mojej drużyny boli bardzo, chociaż robiliśmy wszystko żeby się utrzymać. Ostatecznie się nie udało. Wydaje mi się, że zrobiłem błąd gdy na początku sezonu odszedłem na pół roku do innego klubu. Cieszy mnie natomiast fakt, że w wieku 37 lat ktoś mnie docenił i dostałem takie wyróżnienie. Spadek boli jednak bardziej niż cieszy ta nagroda.
Charakterny walczak. Zawsze miał dryg do niekonwencjonalnych zagrań. Potrafi wymyślić „coś z niczego”. Dobrze się ogląda tego rodzaju zawodników, co nie jest powszechne na niższym poziomie rozgrywkowym.
Piotr Kowalski – Redaktor Naczelny portalu Z Piłką W Sercu
ZPWS: Kilka osób podpytałem o Twoją osobę. Wszyscy zgodnie mówią, że masz cholerny charakter do tej piłki. Jesteś zadzior i nie wiesz co to znaczy odpuścić. Wkładasz głowę tam gdzie nikt nie pomyśli żeby wsunąć nogę. Skąd w Tobie jeszcze tyle pasji i energii, zwłaszcza że jak wiesz pesel – ciężko oszukać? Do młodzieniaszków, już niestety nie należysz.
PD: To prawda, z tą energią jest coraz trudniej, ale tak właśnie zostałem wychowany. Stare czasy, a wtedy tak mnie właśnie uczono. Kiedy nie możesz wygrać umiejętnościami, to trzeba cwaniactwem i przede wszystkim morderczą walką. Uważam, że umiejętności i techniki – Bóg mi poskąpił i od samego początku te braki musiałem niwelować i nadrabiać co się da ciężką pracą na treningach. Każde ćwiczenie wykonuje zawsze na 100% i potem to samo staram się przekładać na mecz.

ZPWS: Rozmawiałem też z Twoim pierwszym trenerem – Mateuszem Misiem. Trener Miś ma trochę inne zdanie niż Ty. Oczywiście podkreśla fakt, że na treningach pracowałeś za trzech, ale właśnie zwraca uwagę na Twoje umiejętności. Twierdzi nawet, że miejsce Twoje było w wyższych ligach i że miałeś do tego predyspozycje. Czego według Ciebie zabrakło żeby żyć z piłki?
PD: Miałem 18 lat, to był czas kiedy brałem udział w wielu testach w różnych klubach i właśnie wtedy nie wytrzymało mi kolano. Nie było mnie stać na operację, bo sytuacja w domu była trudna. Ojca zabrakło na parę lat, a ja musiałem pomagać mamie przy sprzątaniu na dozorówce w Krakowie. Miałem też mnóstwo obowiązków przy młodszym bracie i siostrze. To wszystko sprawiło, że wybrałem szkołę zawodową w Krakowie o profilu kucharza, właśnie po to żeby móc szybko zacząć pracę i jak najszybciej zarabiać jakieś pieniądze. Zostawiłem piłkę zupełnie, a rozbrat z futbolem trwał prawie 7 lat. Gdy miałem 25 lat znalazłem się w Bukownie i wróciła miłość do piłki. Zacząłem znów grać w nieistniejącej już dzisiaj Bukowiance, ale kolano oczywiście nadal bolało. Po wielu namowach przeszedłem do MGHKS-u, zżyłem się z Bukownem, ale życie znów chciało inaczej. Musiałem wyjechać do pracy do Norwegii i znów kilka lat grania uciekło, ale nie było wyjścia.
Piotra poznałem gdy byłem na 4 roku studiów.Wtedy pojechałem na swój pierwszy obóz w roli trenera z Salosem Kraków. To była amatorska drużyna, w której byli bracia Domańscy. Od razu dostrzegłem w Piotrku olbrzymi potencjał. Miał wrodzoną charyzmę, wydolność i niesamowite serce do gry.
Trener Mateusz Miś
ZPWS: Jak wspominasz ten czas grania w piłkę pod batutą trenera Misia? Czas najważniejszy, bo Twoje początki.
PD: Mogę tylko w samych superlatywach wypowiadać się o tym trenerze. W tamtym okresie grałem w Wawelu Kraków, brat grał w Wiśle, ale mama nie dawała rady i musiała nas przenieść do jednej drużyny, w której nie było tak wysokich składek. Trafiliśmy do Salezjańskiej Organizacji Sportowej „Salos” Kraków. Tam nam bardzo pomogli, wtedy trafił tam też trener Mateusz Miś i tak przez kolejne 5 lat trenowaliśmy wspólnie i wspólnie świętowaliśmy kolejne awanse. Od trampkarzy po juniorów. Jeździliśmy na obozy, które wiele mi dały. Braliśmy także udział w Mistrzostwach Polski Salosu i innych międzynarodowych turniejach. Gdy skończył się wiek juniora pojawiła się dziura, bo Salos nie miał drużyny seniorów. Wtedy doszło do fuzji z Pogonią Skotniki i tak znalazłem się w Pogoni Kraków. Trener Mateusz Miś dał mi wiele, gdyby nie on to zapewne dzisiaj byśmy nie rozmawiali, a ja bym nie kopał piłki tylko co najwyżej siebie po czole.
Piotr był zawsze pracusiem, który harował dla zespołu. Dzięki jego postawie zgłosiliśmy drużynę Salosu Kraków do rozgrywek MZPN. Awanse, wyjazdy na turnieje międzynarodowe. Zawsze gra o najwyższe cele, a Piotr tej ekipie przewodził. Później zespół na tyle się rozwinął, że przeszliśmy z drużyną do Pogoni Skotniki i najlepsi debiutowali w pierwszym zespole. Piotr miał 17 lat i od razu walczył o awans do IV ligi, choć nikt się tego nie spodziewał. Bardzo miło go wspominam, a do tych czasów wracam zawsze z sentymentem. Ile ten chłopak wykonał pracy, szkoda tylko, że nikt go nie wypatrzył i nie dał poważnej szansy. Miał potencjał by grać wyżej. Zabrakło szczęścia i pomocnej dłoni, której nikt do niego nie wyciągnął.
Trener Mateusz Miś
ZPWS: Wawel Kraków, Salos Kraków, Pogoń Kraków i nagle bum i lądujesz na rozstaju dróg Wapiennej i Wodącej w Starym Bukownie lub jak co poniektórzy złośliwi mówią – w Bukownie Wsi. Skąd się tam wziąłeś, przecież nie spadłeś z nieba?
PD: W wieku 25 lat życie rzuciło mnie właśnie tam. Przeprowadziłem się z mojego ukochanego śródmieścia w Krakowie do Bukowna. W nowym miejscu w środowisku piłkarskim nie znałem nikogo. Do Bukowianki poszedłem po to żeby poznać ludzi, a przy okazji trochę pokopać. Chciałem też sprawdzić czy jeszcze się do tego nadaję. Po roku czasu znalazłem się w Bolesławie Bukowno i tak na dobre rozpoczęła się moja przygoda z tym miasteczkiem. Potem jak już wiesz – praca w Norwegii i można powiedzieć, że grałem rotacyjnie. Kiedy byłem w Polsce to grałem, potem przerwa i znów wyjazd za chlebem. Wszystko było dobrze, ale w Norwegii miałem wypadek, przeszedłem też dwie operacje kolana, czyli kolejne 3 lata przerwy. Wróciłem do Polski na stałe i jak widzisz do kopania też. Wprawdzie na stare lata, ale może lepiej późno niż wcale (śmiech).
ZPWS: Co takiego było w Bukownie, że zostawiłeś dla niego Kraków?
PD: Moja mama przyszła na świat w Bolesławiu. W Bukownie z kolei mamy rodzinę, gdzie za dzieciaka przyjeżdżałem na wakacje. Pamiętam stary basen i skocznię i pamiętam jak raz Wisła Kraków była tam na zgrupowaniu. Najpierw mieli sprinty na piasku, a potem czas wolny. Wszystko to obserwowałem, byłem pod wielkim wrażeniem. Nie będę też ukrywał. Życie w Bukownie jest zdecydowanie tańsze niż w Krakowie.

ZPWS: Powiem Ci z własnego doświadczenia, że coś o tym wiem (śmiech). Wracając do piłki – wierzysz, że uda się poukładać Bolesław Bukowno tak żeby znów była to wizytówka lokalnej piłki i nie było go wstyd pokazywać w ciut poważniejszych ligach niż A klasa czy popularna okręgówka?
PD: Wierzę, że szybko wrócimy do okręgówki i ten poziom utrzymamy. Akademia rozwija się prawidłowo i trzeba tylko chwilkę poczekać na jej owoce. Tam są młodzi i utalentowani ludzie, którzy muszą nas niebawem zastąpić. Patrząc wstecz nie było to dobrze w Bukownie zorganizowane. Szkółka nie istniała, za to były inne. Wcześniejszy zarząd trochę to ustabilizował i zorganizował szkółkę, ale dalej czegoś mi brakowało. Od momentu kiedy ster w swoje ręce wzięła obecna Pani Prezes zaczęło to wyglądać dobrze, choć sam byłem temu przeciwny. Czas jednak pokazał, że nie miałem racji. Do pani Prezes dołączył pełny wiary Bartek i to wszystko nabrało zupełnie innych barw. Jest światełko w tunelu, ale musimy poczekać na młode pokolenie. Jak wszystko pójdzie zgodnie z planem, to prawdziwa liga kiedyś wróci na Spacerową.
Typowy charakterniak, który nie zna słowa – odpuść. Dostawi głowę tam gdzie ty będziesz bał się wsadzić kij. Jest po poważnej operacji kolana, ale walczy na całego. Jak się dowiedział, że na Wielmożę wybieramy się gołą jedenastką to potrafił się pokłócić z żoną i z bolącą nogą przyjechać. Strzelił wtedy dwie bramki. Taki jest – możesz przywiązać go do drzewa, ale jak on się na coś uprze to nie ma na to żadnej siły.
Bartek Kuś – Wiceprezes MGHKS Bolesław Bukowno
ZPWS: Jesteś doświadczonym zawodnikiem. Z wielu pieców jadłeś piłkarski chleb więc powiedz nam jak to jest. Kiedyś nie było praktycznie nic poza piłką i graliśmy w nią nieustannie. Dzisiaj młodzież ma piękne boiska, eleganckie buty, jest mnóstwo piłkarskich szkółek, a przychodzi co do czego i mało kto kopie na odpowiednim poziomie. Kiedyś podwórko i osiedle uczyło wszystkiego, nabywało się umiejętności i charakter. Czego dzisiaj brakuje młodym ludziom żeby dobrze grać w piłkę?
PD: Z biegiem czasu, z tego co widzę to sam też chyba popełniam ten błąd względem swoich dzieci. Chcemy im dać wszystko, a to chyba nie do końca dobre. My żyliśmy w czasach kiedy telefony dopiero wchodziły i nie każdy go miał. Teraz dzieci bez żadnego trudu mają wszystko podane na tacy. Uważam, że jeśli czegoś nie kochasz to nic z tego nie będzie. Piłkę trzeba kochać – tak prawdziwie kochać.
ZPWS: Czyli rozumiem, że dzieci grające w szkółkach piłkarskich robią to bardziej dlatego, żeby zaspokoić ambicje swoich rodziców niż spełniać swoje marzenia? Wiele takich szkółek funkcjonuje w naszym powiecie, a poważnych piłkarzy, którzy wyszli z nich na salony można wymienić na palcach jednej ręki. Co jest nie tak, że przechodząc cały proces szkolenia potem giną na poziomie A i B klasy, a przy dobrych wiatrach kopią w okręgówce?
PD: To co mówiłem, nie ma prawdziwej miłości. Nic w ich podejściu się nie zmienia, chodzą na treningi bo chodzą koledzy, ale w tych czasach to i tak już jest super, że jest tylu chętnych. Lepiej chodzić na treningi i się ruszać niż siedzieć w domu przed komputerem. Jeśli masz talent to już w najmłodszych latach możesz trafić do lepszego klubu. Wierze, że u nas będzie podobnie i paru chłopaków się wybije i to będzie nasz wielki sukces. Mam nadzieję, że w Bukownie przyjdą czasy, że IV liga to będzie normalność. Mamy do tego warunki i osoby, które w swoich działaniach kierują się sercem dla tego klubu.

ZPWS: Odnośnie serca i piłki…czytasz czasem Portal Z Piłką W Sercu? (śmiech)
PD: Oczywiście! Jak tylko powstał to jestem jego stałym czytelnikiem. Przeglądam oczywiście też wiele innych portali, które poświęcają swój czas niższym poziomom rozgrywkowym.
ZPWS: Czyta się nas jakoś?
PD: Pewnie, że tak! To jest bardzo dobre, a do tego człowiek uczy się nowych słówek. Tak było np. z tą dioptrią u mnie. Wcześniej nie wiedziałem co to znaczy, a dzięki Wam mam w tym temacie jasność. (śmiech)
Piotrek jest osobą skromną, ale niezwykle pracowitą. Na boisku widać ambicję, wolę walki i chęć pomocy drużynie. Został doceniony przez kolegów z obu drużyn i wybrany MVP sezonu, co świadczy o tym, że stanowi dużą wartość zarówno na boisku jak również w szatni.
Magdalena Misztal-Piasny – Prezes MGHKS Bolesław Bukowno
ZPWS: Rozumiem, że cel na nowy sezon jest jeden. Znów chcesz być najlepszy na murawie, ale jak to nie pójdzie w parze z awansem to raczej usatysfakcjonowany nie będziesz?
PD: Wcale nie muszę być najlepszy. Zresztą ja coraz mniej strzelam, a więcej asystuję i zawsze mam w głowie, że dla trenerów liczy się bardziej ten kto wypracuje sytuację, a nie ten kto zapakuje do pustaka. Najważniejsze zawsze są 3 punkty. W każdym meczu liczy się tylko zwycięstwo i szybki powrót do okręgówki. Pod koniec tego sezonu w naszym zespole przebudził się Ondrejco i Oleś. Wiem, że będziemy mieć mocną ekipę także każdy ma szanse być tym najlepszym. Musimy wygrywać!
ZPWS: Tego Ci życzę – zwycięstw! Życzę także mniej nerwów, na tyle mniej żebyś nie musiał sprawdzać wytrzymałości drzwi w Mosirze. (śmiech)
PD: Na szczęście nigdy ich chyba nie sprawdzałem (śmiech). Nie będę dziękował, bo nie chcę zapeszyć.
Rozmawiał: Sławomir Tomczyk
***
Piotr Domański – urodzony w 3 grudnia 1987 roku w Brzesku. W swojej przygodzie z piłką reprezentował barwy takich klubów jak: Zwierzyniecki Kraków, Wisła Kraków, Wawel Kraków, Salos Kraków, Pogoń Skotniki, LZS Bukowianka i Laskowianka Laski. Obecnie reprezentuje barwy MGHKS Bolesław Bukowno. Przez kolegów i przyjaciół sympatycznie nazywany „Bobikiem”.







