Czas beztroski o smaku gazowanej kaskady. Na każdym skrawku ziemi za piłką uganiają się dzieci. Beton, las, żwir, asfalt – nie ma żadnego znaczenia. Wszyscy wszędzie grają w piłkę. W telewizorze oglądamy skrawki spotkań ze smutnej polskiej ligi. Szczęśliwcy mają satelitę, a tam inny świat. Nasi zachodni sąsiedzi mają ligę, która jest dla nas idyllą. Spotkania Bundesligi działają na wyobraźnię każdego, zwłaszcza kiedy do akcji wkracza magiczne TRIO ze Stuttgartu. Fredi Bobić, Giovane Elber i Krasimir Balakov w każdą sobotę zabierają nas w inny, lepszy świat czarów i piłkarskiej magii.
26 października 1996 roku
Jest sobota, a za oknem już ciemno. Wielu z nas jest po kąpieli, w której do wanny wiadomo jako ostatni wszedł tato. Mama pozwoliła mu dolać sobie ciepłej wody. Wszystko na szybko, bo przecież zaraz Bundesliga. Satelita już dawno przestawiona miotłą na Astrę. Zmieniona na niedzielę pościel już czeka, ale nam do łóżka nie prędko. Zasiadamy przed odbiornikiem i odlatujemy, zwłaszcza kiedy na zieloną murawę wychodzą piłkarze VFB Stuttgart. W 12.kolejce ich rywalem jest zawsze solidna Borussia Mönchengladbach. Temat jest szybki. Nie wiemy tylko na ilu golach się skończy. Liczymy raz, dwa, trzy, cztery i pięć, a więc fünf zu null dla VFB.
Bramki tego wieczora strzelali wirtuozi futbolu. Pierwszą w 3 minucie – Fredi Bobić, zaraz po przerwie Giovane Elber, następnie Krasimir Balakov z rzutu karnego i zabawę zakończył Bobić, który jeszcze dwa razy rzucił na kolana Uwe Kampsa. Golkiper z M’Gladbach miał dość piłki – przynajmniej tego dnia.
VFB zagrało wtedy w składzie: Wohlfahrt – Berthold, Schneider, Verlaat, Poschner, Legat, Hagner, Balakov, Soldo, Bobić, Elber. Z ławki rezerwowych weszli Grimm, Herzog i Buck. Trenerem był Joachim Löw nazywany pieszczotliwie Jogim, który na stanowisku pierwszego trenera w Stuttgarcie zastąpił Rolfa Fringera.
Mecz ten wrył się w głowę niesamowicie. Minuta po minucie, każde zagranie, każda akcja i strzał. Trójkowe kombinacje w konfiguracji Balakov – Elber – Bobić miały w sobie coś jakby nie z tej planety. Na smutnych polskich boiskach tego nie było. Nie było takiej radości, lekkości i polotu jak u tych trzech chłopaków, którzy rozpalali zmysły do czerwoności.
W Polsce w tym samym czasie, w tym samym dniu – Widzew bił GKS Katowice 4-0. Na oczach 6 tysięcy widzów katowiczanie zbierali gongi od Sławka Majaka, Radosława Michalskiego, Daniela Bogusza i Andrzeja Michalczuka. Niby też najwyższa klasa rozgrywkowa, niby też nasi najlepsi piłkarze, ale gdzieś to jednak nie było to. Nikt nie miał czarodziejskiej różdżki w nodze, a więc nie było magii jak w Stuttgarcie.
Piłkarscy Czarodzieje
Jako pierwszy do VFB zastukał Giovane Elber, a tak właściwie to Elber de Souza, który na świat przyszedł 1972 roku w brazylijskim Londrinie. Jego droga do Stuttgartu wiodła przez AC Milan i Grasshopper Zurich, aby ostatecznie w 1994 roku dołączyć do ekipy VFB, dla której w przeciągu trzech sezonów zagrał 87 razy i zdobył 41 goli. U szczytu kariery do swoich szeregów wciągnął go wielki Bayern Monachium.

W tym samym roku co Giovane do Stuttgartu zawitał Fredi Bobić, ale on akurat do stolicy Badenii i -Wirtembergii miał najbliżej. Grał wcześniej dla drugoligowego wtedy Stuttgarter Kickers. Na świat przyszedł w 1971 roku w Mariborze, który wtedy należał do Jugosławii. W VFB zadebiutował tuż po Mistrzostwach Świata w Ameryce, a dokładnie 19 sierpnia 1994 roku w meczu przeciwko HSV Hamburg. Gorące to było lato, a jego przywitanie z kibicami było najlepsze z możliwych. VFB zwyciężył 2:1, a on oczywiście zdobył gola. W Stuttgarcie czuł się znakomicie, spędził tam 5 upojnych sezonów. Zagrał w 148 oficjalnych spotkaniach i zdobył dla VFB 69 goli. W sezonie 1995/96 założył na głowę koronę króla strzelców Bundesligi (wystarczyło do tego 17 trafień).

Jako ostatni z Trójcy Świętej do Stuttgartu dotarł Krasimir Genczew Bałykow, czyli najlepsza bułgarska kierownica jaką ten kraj wypuścił na piłkarski rynek. W VFB rządził i dzielił w środku pola niemiłosiernie, a wszystko to trwało 8 sezonów, od 1995 roku na 2003 kończąc. 236 występów i 54 trafienia. Warto dodać, że każdy jego występ był praktycznie bardzo dobry lub wzorowy, a te w sezonach w których skrzyżował się z Bobićem i Elberem – były perfekcyjne. Balakov z trójki tych piłkarskich wirtuozów był najstarszy. Na świat przyszedł w 1966 roku w Wielkim Tyrnowie. Nigdzie wcześniej i nigdzie później nie grał tak genialnie jak w Stuttgarcie.

Święta Trójca – Magiczne Trio – Zabójczy Trójkąt
Tak właśnie mówiło się o tych trzech artystach futbolu w tamtych beztroskich czasach. To ofensywne trio VFB Stuttgart największy popłoch w szeregach rywali siało w sezonie 1995/96 i 1996/97. To był ich najlepszy czas i choć nie udało się wygrać Bundesligi to swoimi występami na stałe wpisali się w kanon niemieckiej piłki, obrastając wręcz legendą.
W środku pola rządził i dzielił Bułgar, który na tzw. kierownicy przechodził samego siebie. Tak obsługiwał swoich kolegów, że królem strzelców Bundesligi został Fredi Bobić z 17 golami, a tylko jednym trafieniem ustąpił mu Giovane Elber. Nie trzeba dodawać, że praktycznie przy wszystkich ich trafieniach maczał palce, a raczej swoje nogi. VFB dzięki tej trójce grało magicznie, a każde dotknięcie piłki przez tych osobników było jak z innego świata. Dla Stuttgartu zdobyli Puchar Niemiec, a w sezonie 1996/97 tylko ich nogi dały VFB 49 goli.
Magiczny czas dla Stuttgartu skończył się gdy wielki Bayern Monachium zabrał do siebie Giovane Elbera. Borussia Dortmund skusiła Frediego Bobića, a osamotniony Balakov już nigdy nie grał tak pięknie. Nie miał po prostu z kim. Kilka dni później ze sklepów zniknęła kaskada, a z wraz z jej brakiem ulatywał magiczny zachwyt piłką.
Mija czas
Od tamtych wydarzeń minęło już prawie 28 lat, a człowiek pamięta każdy szczegół, każdą akcję, każdy gol. Jutro nasza reprezentacja zagra być może najważniejszy mecz ostatnich lat. Jeśli wygra to następny mecz będzie jeszcze ważniejszy. W piątek z tego meczu człowiek pewnie oprócz wyniku i ewentualnych strzelców nie będzie pamiętał już nic więcej. Za kilkanaście dni ulecą także strzelcy i wynik. Może to już początek Alzheimera? Pamięta się to co dawno temu, a to co teraz – niekoniecznie. A może to po prostu zwykły przesyt piłki? Meczów jest zdecydowanie za dużo, nie ma dnia żeby ktoś z kimś nie grał. Dostępność piłki jest wszechmogąca i wszechogarniająca. A może to jeszcze coś innego? Może to brak tej pysznej, gazowanej kaskady?
Z Piłką w Sercu (ST)
Obecnie VFB Stuttgart po 26.kolejkach Bundesligi jest na 3 pozycji. Ma 56 punktów i znów gra dobrze w piłkę. Gole dla VFB strzela głównie Gwinejczyk – Serhou Guirassy i Niemiec – Deniz Undav. Znów przyjemnie patrzy się na Die Schwaben, ale w tym wszystkim nie ma gdzieś tej iskry i magii jak była wtedy.


