Twierdza Kraków wciąż niezdobyta

W meczu emocjonującym do ostatniej sekundy Wisła Kraków pokonała Śląsk 2-1. Bohaterem gospodarzy został kapitan, „wciąż 18-letni” Alan Uryga.

Jeszcze „chwilę temu” przy Reymonta unosiły się dobrze brzmiące przyśpiewki „Trzej Królowie Wielkich Miast – Śląsk, Wisełka, Lechia Gdańsk”. Obecnie? Z trybuny C niesie się szumne „Cała Polska nie szanuje Śląska”. No może środek jest minimalnie inny, ale to szczegół. Ponad 40 lat przyjaźni kibicowskiej zostało zakończone krótkim komunikatem ze strony kibiców z Dolnego Śląska: „W dniu 21.06.2016 r. zostaje zakończona zgoda pomiędzy kibicami Śląska Wrocław, a Wisły Kraków. Łódź, którą obecnie płynie ekipa decyzyjna Wisły ze względu na pamięć o naszym zmarłym koledze jest dla nas nie do przyjęcia.” To wszystko, koniec historii. Obecnie jedni lubią się z innymi, a drudzy pozostali wierni swoim dawnym braciom.

Oliwa do ognia została dolana 7 marca, kiedy to miał odbyć się mecz w ramach – jeszcze wtedy – rozgrywek I ligi. Ostatecznie hitu kolejki nie było, a co najwyżej wydarzyło się coś niespotykanego jak na realia polskiej piłki, czyli Wisła nie stawiła się na meczu we Wrocławiu. Dlaczego? Śląsk przyjął postawę kabareciarzy i napisał piękne oświadczenie „Powstaje uzasadniona obawa, czy organizator meczu (Śląsk Wrocław) jest w stanie zapewnić odpowiedni poziom ochrony również zawodnikom pierwszej drużyny Wisły Kraków, członkom sztabu szkoleniowego oraz delegacji klubowej podczas pobytu we Wrocławiu i w trakcie samego meczu.”

W efekcie do stolicy Dolnego Śląska nie przyjechali ani kibice, ani piłkarze. Biała Gwiazda otrzymała karę w wysokości miliona złotych, a gospodarze dopisali do swojego konta trzy oczka, ale również musieli zapłacić okrągłą „bańkę” za niewpuszczenie kibiców gości. Mimo że żadna ze stron nie osiągnęła celu, w końcowym rozrachunku to właśnie te dwa zespoły okazały się najlepsze w lidze i awansowały na salony ekstraklasy.

Od tamtej pory relacje między klubami są jeszcze gorsze. Faktem jest, że sternikiem Śląska jest Remigiusz Jezierski, który w trakcie całej afery niejednokrotnie wysyłał sprzeczne komunikaty i zaprzeczał sam sobie.

Z drugiej strony mamy obraz Jarosława Królewskiego, na każdym kroku podszczypującego wrocławian, co już momentami robi się nudne i ulewa się od tego, gdyż chyba już wszystko zostało napisane w tym temacie. Po co zarządzający wciąż podsycają ten konflikt, skoro zapatrzonych w nich kibiców nie trzeba już dodatkowo nakręcać?

W naszej opinii jednak lepiej byłoby skupić się na sobie i własnym podwórku, nie prowokując przy tym rywali. Ciężko nie odnieść wrażenia, że zachowanie momentami wygląda jak u obrażonego chłopca, którego ktoś kiedyś nie posłuchał. I ten chłopiec wciąż chowa urazę i robi mu teraz na złość. Wszystko byłoby w porządku, jednak nie jesteśmy w zerówce, tylko na poziomie osób rządzących największymi klubami w Polsce.

Na szczęście ostatecznie i tak najważniejsze jest to, co dzieje się na zielonej murawie. Tam przez większość meczu dominował zespół z Krakowa. To wszystko nie było może tak efektowne, jak tydzień temu przeciwko Jagiellonii, ale wystarczyło, żeby prowadzić grę i móc kreować kolejne okazje. Dokładne podanie wcielającego się w rolę prawoskrzydłowego Kacpra Dudy wykorzystał po raz kolejny Angel Rodado. Od 16. minuty Biała Gwiazda prowadziła 1-0. Kibice zgromadzeni w liczbie 33 tysięcy mieli swoje chwile euforii. Ich drużyna znowu prezentowała odpowiednią jakość.

Kiedy wydawać się mogło, że mają ten mecz pod kontrolą, w 76. minucie dała o sobie znać nieszczelna defensywa z początku sezonu. Nieporozumienie w kryciu wykorzystał małolat Adam Ciućka. Gra wrocławian nie kleiła się tego dnia od samego początku. Widoczny był brak najlepszego zawodnika początku sezonu, czyli kontuzjowanego Piotra Samca-Talara. Możemy również przypuszczać, że na gorącym krześle już siedzi trener drużyny, Ante Simundza.

Końcowy fragment spotkania to ponownie krakowska nawałnica – jak ta z początku meczu z Jagą. Ostatecznie – udało się dopiąć swego – dośrodkowanie nieocenionego Ertlthalera na gola zamienia Alan Uryga. Kapitan ma swoje kolejne chwile radości i wciąż wygląda jak 18 latek wchodzący do szatni ówczesnych mistrzów Polski w 2012 roku. Kilka sekund później sędzia Kuźma zakończył te zawody. Wisła wyszarpała to zwycięstwo, będąc generalnie zespołem lepszym i w pełni zasługując na pełną pulę.

Ludzie wychodzący ze stadionu byli w znakomitych nastrojach. Wisła pokazała po raz kolejny, że każdy powinien się z nią liczyć. W Krakowie znowu jest zespół, na który chce się chodzić na stadion.

W powietrzu czuć ponownie modę na Białą Gwiazdę. Chwilę trzeba było na to poczekać, po drodze zdarzało się zdecydowanie więcej upadków niż wzlotów, ale w końcu jest dobrze. I chyba właśnie tym należy się teraz cieszyć.

Oczywiście nikt przy Reymonta nie powinien jeszcze otwierać szampana. To dopiero dziewięć kolejek, a przed maszyną Jopa długa i wyboista droga do mety. Stan na 19 września jest jednak bardzo przyjemny: 17 punktów, pięć zwycięstw w pięciu domowych meczach i stadion, który znowu żyje każdym spotkaniem. Twierdza Kraków wciąż pozostaje niezdobyta.

Kowal

Dodaj swój pierwszy komentarz do tego posta