Nareszcie doczekaliśmy się powrotu zaplecza angielskiej ekstraklasy (czytaj najbogatszej ligi świata). Jako że w maksymalnie skomercjalizowanym futbolu o wynikach decyduje głównie zaplecze finansowe, to automatycznymi faworytami do wygrania batalii w tej lidze są spadkowicze z Premiership czyli Luton, Burnley i Sheffield United.
Najbardziej przegranym i podrażnionym zakończonym sezonem jest zespół Leeds, który nie dość, że rzutem na taśmę przegrał bezpośredni awans do ekstraklasy, to na dodatek sromotnie poległ w barażach. Na pewno zespół ten nie powiedział ostatniego słowa i po raz kolejny podejmie rękawicę walki o awans. Również bardzo ciekawie (przynajmniej na początku sezonu) zapowiada się start beniaminków tej ligi czyli Portsmouth, Derby i Oxford United.

W meczach piątkowych inaugurujących start ligi można było zobaczyć beniaminka Derby, który poległ w Blackubrn 2:4 po w miarę wyrównanym meczu. Jednakże czegoś zabrakło beniaminkowi. Może doświadczenia, a może po prostu szczęścia. Analogii można się doszukać w starciu spadkowicza Sheffield United, które po wyrównanym meczu wywiozło 3 punkty z Preston po zwycięstwie 2:0. Widać w tym przypadku szalę przeważyło doświadczenie.
W meczach sobotnich wyniki w większości zgodne z przewidywaniami ekspertów: Hull — Bristol City 1:1, Middlesbrough — Swansea 1:0, Millwall- Watford 2:3, Stoke — Coventry 1:0 oraz QPR — West Bromwich 1:3.
Do niespodzianek można zaliczyć wyjazdowe zwycięstwo Sunderlandu 2:0 z Cardiff, zwycięstwo beniaminka Oxford United w meczu z Norwich 2:0, a na miano największej – mocne postawienie się beniaminka Portsmouth w „jaskini lwa” czyli w Leeds. Mimo przewagi w posiadaniu piłki 65%-35%, a w sytuacjach bramkowych 23-6 faworyt dopiero w piątej minucie doliczonego czasu gry uratował remis. Jak widać napój znanego nam wszystkim sponsora drużyny „dodał jej skrzydeł”. Jednocześnie na tym meczu była największa frekwencja ligi tj. 36 tysięcy 432 widzów.
Koncert Sów
W meczu niedzielnym sezon rozpoczął „mój zespół” czyli Sheffield Wednesday. W obecności 29 535 widzów (co było drugą w kolejności frekwencją kolejki) Sowy wysoko pokonały Plymouth 4:0. I trzeba przyznać, że zrobiły to jak najbardziej zasłużenie. O ile statystyka posiadania piłki była w miarę wyrównana 55%-45%, to w sytuacjach bramkowych (21-5) i strzałach na bramkę (7-1) mieliśmy przepaść. Do przerwy na tablicy wyników widniał wynik 1:0, ale po samobójczej i bardzo pechowej bramce gości -poszło z górki. Do rozstrzygnięcia przez pana Sławka (i to niekoniecznie Stempniewskiego) jest fakt, czy w tej sytuacji nie było na pewno spalonego.
W 82 minucie oraz w 6 minucie doliczonego czasu gry padły dobijające drużynę Plymouth bramki dla Sheffield.

Dobrze nam wszystkim znany 38 letni trener gości, czyli Wayne Rooney musiał przełknąć gorzką pigułkę. Za to niemiecki 35 letni trener Sów — Danny Rohl mógł być w pewni szczęśliwy. Swoją drogą jako ciekawostkę mogę podać, że Plymouth to trochę takie polskie Władysławowo. Może nie z liczby ludności ale położenia — na początku mierzei.
A Sowy, oby nie zapeszać i oby tak dalej. W meczu z Plymouth spokojnie mogły strzelić drugie tyle bramek i niewiadomą jest, czy to nadzwyczajna dyspozycja z końcówki sezonu, czy może tylko beznadzieja gości. Na pewno efekt dają owocne sparingi z Salzburgiem (choć przegrany 0:4), z Werderem Brema (remis 2:2) i hiszpańskim Leganes (remis 0:0). Ja osobiście liczę na spokojne granie w górnej połówce tabeli, a może uda się powalczyć o coś więcej?
W środę zresztą Sówki pokonały w pierwszej rundzie EFL Cup Hull na wyjeździe i już szykują się do starcia w 1/32 z Grimsby.

W hicie ligi, czyli poniedziałkowym meczu pomiędzy spadkowiczami Lutonem, a Burnley padł wynik 1:4, który jednoznacznie wskazuje aspiracje gości do powrotu ligę wyżej. Ciężko po jednym meczu wyrokować ale myślę, że jest to główny faworyt do wygrania tej ligi. A Luton? Na razie przegrał jedną bitwę, jest mocno pokiereszowany, ale najprawdopodobniej pozbiera się i będzie w czołówce wyścigu.







