Wtorkowe granie w Champions League im. Pau Cubarsiego

Poznaliśmy dwóch kolejnych ćwierćfinalistów rozgrywek ligi mistrzów. Do Manchesteru City, PSG, Bayernu i Realu Madryt, dołączyły Barcelona oraz Arsenal. Nie obyło się jednak bez dramaturgii.

Cudowne dzieci z La Masii

Barcelona do wtorkowego meczu przystępowała bez kluczowych ogniw środka pola, wychowanych w katalońskiej szkółce La Masia, czyli Gaviego i Pedriego. Próżno było też szukać Frankiego de Jonga. Mimo to, od samego początku oglądało się ten zespół z przyjemnością. Można było zachwycać się stoperem, urodzonym w 2007 roku. Tak, ten chłopak ma 17. lat, debiutuje w meczu ligi mistrzów i nazywa się Pau Cubarsi. Rozegrał te zawody po profesorsku, mimo że jest w wieku licealnym. Był to dopiero 9. mecz młokosa w barwach Blaugrany w tym sezonie. Został z resztą wybrany graczem spotkania – w pełni zasłużenie. Barcelona i reprezentacja Hiszpanii ma już gotowego środkowego obrońcę na wiele lat. Ktoś powie, że za wcześnie na takie ferowanie wyroków, ale takie rzeczy widać od razu. Trenerowi Franzowi Smudzie wystarczył widok piłkarza wchodzącego po schodach. W tym przypadku Cubarsi wygląda jak weteran wojenny, który właśnie wrócił z kolejnej batalii na Dalekim Wschodzie, gdzie nawet nie odniósł zadrapania.

Patrząc na to, jaki ten młody człowiek ma spokój w rozegraniu, można zastanawiać się, skąd on się tam wziął. Wyłączanie z gry wielkiego Osimhena, który w przeciągu ostatniego roku strzelił prawie 40. bramek? Da się zrobić. Przerzut na 50. metrów z tzw. „kroka” na nos kolegi z drużyny? Żaden problem. Po chwili Fermin Lopez jest perfekcyjnie obsłużony i znajduje się w sytuacji sam na sam. Tym razem się nie udało. Chwilę później, po asyście Raphinhi już się poszczęściło. Trzeba dodać, że ważną pracę przy tej bramce wykonał niewidoczny w pierwszej połowie Lewandowski. Absorbował on uwagę obrońców, a w ostatniej fazie przepuścił piłkę, która ostatecznie trafiła pod nogi Fermina. Po dwóch kolejnych minutach Barcelona prowadziła już 2-0. Tym razem w gola zamieszany był ponownie brazylijski skrzydłowy, który trafił w słupek. Dobitka Cancelo była skuteczna. Po tej bramce do głosu zaczęli dochodzić przyjezdni z miasta Boskiego Diego. Kontaktowego gola zdobył Rrahmani po asyście Politano. Chwilę później mogło być 2-2, lecz fantastyczną interwencją popisał się Ter Stegen, który wyciągnął się jak struna po strzale głową Di Lorenzo. Jeśli chodzi o zespół gospodarzy, trzeba też wspomnieć o rówieśniku Cubarsiego – Lamine Yamalu. Ten chłopak w ostatnich tygodniach niesie ofensywę Barcelony na swoich smukłych plecach. Patrząc na prowadzenie piłki, drybling i naturalność, z jaką się porusza, mamy talent czystej wody. Gra bez żadnych zahamowań, nie zatrzymując się. Jeśli przypomnimy sobie wejście do Barcelony Leo Messiego, możemy znaleźć sporo podobieństw. Duma Katalonii powinna dmuchać i chuchać na swoje największe talenty wychodzące ze swojej sławetnej szkółki.

Druga połowa nie obfitowała w taką liczbę sytuacji, ale trwała nieustanna wymianą ciosów z obu ston. Ekipa znad Wezuwiusza przejmowała długim fragmentami inicjatywę. Włosi byli częściej przy piłce, mieli swoje sytuacje (najlepsza Jespera Lindstoma), ale nie potrafili pokonać niemieckiego specjalisty. Duma Katalonii zadała ostateczny cios po pięknej akcji trójkowej, którą rozpoczął Gundogan, asystę zaliczył Sergi Roberto, a formalności dopełnił Robert Lewandowski. Było po wszystkim. Barcelona pokazując fragmentami bardzo dobre styl, w końcu awansowała do najlepszej ósemki Europy. Przy sprzyjającym losowaniu, niekoniecznie musi to być ostatnie słowo katalończyków w tej edycji. Oczywiście pod warunkiem, że będzie grała tak jak w początkowym fragmencie tego meczu.

Kanonierzy grają dalej

Na Emirates Stadium nikt z blisko 61. tysiąca fanów nie wyobrażał sobie innego scenariusza niż awans swojego ukochanego klubu. Na boisku jednak nie było tak łatwo. Porto to „stary wyjadacz” ligi bogaczy. Są zawsze groźni dla każdego. Bez względu na to, w jakim są obecnie podłożeniu i dyspozycji.

Podopieczni Sergio Conceicao postawili twarde warunki Kanonierom. Stoczyli bardzo wymagający dla rywali bój na pełnym dystansie, zakończony konkursem rzutów karnych. W regulaminowym czasie gry jedyną bramkę zdobył Leandro Trossard, pokonując bezradnego Diego Costę tuż przed końcem pierwszej polowy. Więcej bramek w tym meczu nie padło. W serii jedenastek lepsi okazali się gospodarze. Bohaterem tej części był bramkarz The Gunners – David Raya, który obronił w pięknym stylu strzały Wendella i Galeno. Kanonierzy byli bezbłędni w strzałach z 11. metrów. Na 10. minut przed północą, Londyn mógł zacząć świętowanie.

Z Piłką w Sercu (Kowal)

kowal
kowal