Zanosiło się na świąteczne jajo do jaja, ale Bukowno zmartwychwstało

Przy Spacerowej w Bukownie u wielu osób zagościł na twarzach uśmiech. Ci co zawsze – przyszli jak zwykle. Wiele sobie nie obiecywali, a jednak się udało. Choć mecz do wybitnych nie należał to Bukowno po mądrej grze podniosło z murawy ważne 3 punkty. Punkty, które dają nadzieję, że uda się utrzymać Bolesław w klasie okręgowej. Choć sytuacja w tabeli nadal jest beznadziejna to mecz ze Świtem Krzeszowice może być przełomowy. W końcu widać było drużynę przez duże D.

Jaki tu spokój

Ani trochę nie czuć było podniosłej atmosfery tego ważnego przecież meczu. Na ulicach kilkutysięcznego miasta – sza, cicho sza. Oklejone banerami skwery, płoty i place żyją bardziej wyborami samorządowymi niż losem szóstoligowego klubu, który walczy o przetrwanie na tym poziomie rozgrywkowym. Rzec można, że w mieście nie działo się nic szczególnego, czyli dzień jak co dzień.

W lasku koło dawnego totolotka kilku mężczyzn ukradkiem obraca popularne dwusetki. Nie za bardzo chcą rozmawiać. Patrzą spod byka, ale na pytanie czy pójdą rzucić okiem na mecz Bolesława? – mówią stanowczo, że nie.

A więc wszystko jasne – lud wydał wyrok. W Bolesława nie wierzy praktycznie nikt.

Nie daję za wygraną, a więc pytam Taty.

Idziesz popatrzeć na Bukowno?

Będzie grał Brożek to może przejdziesz się ze mną, bo samemu to mi się nie chce?

Ano, co zrobisz…

Odpuszczam, nie drążę.

Nie wierzy nikt, a nawet gorzej. Nikt za bardzo w mieście o tym nie myśli. Klub jest obojętny, ale to wszystko przez lata zaniedbań w wielu kluczowych sprawach. Są, a jakby ich nie było. Na ulicach też pusto, miasteczko wymarło, choć urzędujący obecnie w mieście magnaci zapowiadają – NOWE ROZDANIE i miasto marzeń. Wystarczy tylko na nich zagłosować i będzie wszystko, są w stanie obiecać nawet dostęp do morza. Co komu szkodzi, a nuż ktoś uwierzy. I nie ważne, że przecież w mieście rozdają karty już od wielu lat. Budowę City of Dreams rozpoczną właśnie 7 kwietnia. Trzeba tylko zagłosować.

Nic się nie dzieje

Wszędzie gdzie spojrzę – jest pusto. Cholernie pusto jak w jakimś filmie katastroficznym. Czasem ktoś przemknie na rowerze, czasem ktoś inny przejdzie z psem – tyle.

W środku lasu przy szkole – plac zabaw. Nigdy chyba tam nie było żadnego dziecka. Ulica 1-go Maja też straszy pustką. Ruch największy przy sklepie. Wiadomo jaki towar cieszy się największą popularnością. Te mniejsze schodzą najlepiej. Łatwo je schować, a i cena niezbyt wygórowana.

Na Orliku też życia nie uświadczysz. Ktoś się zatrzymuje, zagaduje.

Przytakuję, kiwam głową, ale nie mówię nic. Bo co mam powiedzieć?

Im bliżej stadionu przy Spacerowej tym wcale nie lepiej, a przecież za chwilę mecz. Pusto jak na pustyni i tylko facet w średnim wieku w pomarańczowej kamizelce rzuca się w oczy. To słynny Desens, który chyba w kościach czuje, że będzie to dobry dzień. Wita uśmiechem – jak nigdy. W ręce ma puszkę, ale nie jest namolny. Dasz coś to fajnie, a nie dasz też się nic nie stanie.

Daje, a co. To w końcu na klub, na ukochaną piłkę w rodzinnym mieście. Desens uśmiecha się, pozostaje wierzyć, że nie odkręci puchy, tylko zrobi z tym co należy.

Rzuca w bramie.

Nie wiem, skąd mam wiedzieć (to przecież tak pilnie strzeżona tajemnica, jak akta lądowania UFO w Emilcinie). Nie odpowiadam.

Miejsc na obiekcie do wyboru, do koloru. Można usiąść na murku, albo ławeczce. Jak boli tyłek, to krzesełek też pod dostatkiem.

Na stadionie są ci co zawsze, jest też kilka osób z Krzeszowic. Mają nawet szaliki. Łuskają słonecznik i w spokoju obserwują rozgrzewkę.

fot. ST

W zupełnej ciszy obie ekipy wychodzą na rozruch. Wśród gości jest Piotr Brożek, zawodnik z innego świata, który najlepszy czas ma już dawno za sobą. Buja się jednak na boki jak za najlepszych lat w Wiśle Kraków. Lud wie kim jest, ale serce ma tego dnia zielono-czerwono-czarne. Kilka okrzyków dość niesympatycznych jednej osoby, odbija się echem od pobliskich domów i niecki stadionu. Pietia to słyszy, ale co ma zrobić – udaje, że to nie do niego. Rozgrzewa się do samego końca w połowicznym spokoju.

Kiedyś to było

Gdy jest już pewne, że nikt więcej tego dnia nie zasiądzie na słynnym gigancie, porządkowy w spokoju udać się może do szefostwa. Potem spokojnie zajmie miejsce na trybunach. Nadal jest porządkowym, ale profesjonalizmu trudno się doszukać, bo serce kibica bierze górę nad wykonywanym zadaniem.

fot. ST

I tak w koło – do znudzenia. Cenne wskazówki „najwierniejszego” tylko czasem są zakłócane przez okrzyki z drugiej strony stadionu. Tam od strony hali sportowej, w dżinsowej katanie stoi oparty o murek – Zdzisław. Ten potrafi miodu wybrać każdemu. Jeńców nie bierze – taki jest. Wypunktuje każde nieudane zagranie, a tych w tej klasie rozgrywkowej jest dość sporo. Wszystko to oczywiście w dobrej wierze.

Na trybunie głównej ważne rozmowy trwają w najlepsze. Nie podsłuchuję, ale nie da się nie słyszeć. Zwłaszcza, kiedy każdy z tubylców wita człowieka z radością. Jedni taką zupełnie szczerą, inni może bardziej dobrze udawaną, ale zawsze.

fot. ST

Przytakuję, bo wiem, że tak właśnie było.

Znów przytakuję, uśmiecham się.

Uśmiechają się wszyscy, w powietrzu czuć fajną atmosferę minionego czasu. W głowę wbijają się te 80-metrowe krosy popularnego Rockeffelera. Nie było w nich błędu, szły na sam nos. Dzisiaj tego nie ma.

Robi się nostalgicznie, a na murawie wieje nudą. Niby gra nie jest zła. Bukowno walczy, biega, stara się, ale nie przekłada się to na sytuacje do zdobycia gola. Świt z kolei próbuje kontrować, ale też bez szału.

Lud ożywia się gdy ot tak, rzucam czy coś strzelają skoro na murawie póki co jajo do jaja.

Jeden się zarzeka, że absolutnie nic i trwa to już kilka lat, ale przecież tego jednego zawsze można strzelić. Można i drugiego, tylko już trzeba by przejść się do sklepu. Z tym to problemu za bardzo by nie było, bo nogi wciąż sprawne, ale gorzej z przysłowiową flotą. Temat umiera śmiercią naturalną, ale smak raczej pozostaje na dobre.

fot. ST

Bolesław i Świt schodzą na przerwę bez goli, a ja idę na drugą stronę. Tutaj za bardzo żyją przeszłością, a przecież już nie jest rok 1996 tylko 2024.

fot. ST

Zamigotał świat

Czas leci na rozmowach.

Pewnie, że wiem. Jak mogę nie wiedzieć? To nie Nowy Jork, tutaj wszyscy się znają, nawet jak się nie znają. Głupie zdanie, ale prawdziwe. Gadka, szmatka. Schodzę niżej, a tam przy samej murawie rozmowy już kluczowe.

O funkcjonowaniu klubu, planach, przyszłości. Pani Prezes uśmiecha się spod ciemnych, chroniących przed słońcem okularów. Widzi, że jej chłopcy grają poprawnie. Brakuje tylko tego jednego, decydującego ciosu, który zabije ten mecz.

W 63. minucie spełnia się to, o czym marzyli zebrani tego dnia na obiekcie ludzie. Nowakowski dogrywa do Lutsenki, a ten pakuje piłkę do sieci tuż przy prawym słupku i tuż pod poprzeczkę. I nic to, że minutę później na skutek drugiego napomnienia z boiska wylatuje Tryba.

fot. ST

Trener miejscowych choć mało energiczny na ławce, to tego dnia robi mądre zmiany, a jego zespół gra bardzo dojrzale. Za Nowakowskiego wchodzi Rasała, za popularnego Marianka i Ondrejco na boisku pojawiają się Michalik i Kałduński.

Czas leci, a promienie słoneczne walą po murkach stadionu jakby mecz był latem, a nie w czasie Świąt Wielkanocnych. Gorąco jak w piecu, a na boisku też iskrzy. Już nie ma pieszczot i odstawiania nogi, mimo to gospodarze nie gotują się. Grają swoje, stanowczo do samego końca.

fot. ST

Ostatni gwizdek arbitra, który zaliczył właśnie swój debiut w tej klasie rozgrywkowej – wybrzmiewa. Mecz prowadził bardzo poprawnie, nie był widoczny, a pojawiał się wtedy kiedy już musiał. To piłkarze byli głównymi aktorami tego spektaklu, który dla wielu zakończył się dość niespodziewanie. Ich roli w tym sukcesiku nikt absolutnie nie umniejsza. Tak jak i roli kierownika, piłkarza, człowieka orkiestry, który uśmiechał się tego dnia od ucha do ucha.

Sukces zazwyczaj ma wielu ojców i wiele matek, a porażka jest sierotą. Trzeba być jednak szczerym z samym sobą i całą resztą. Pierwsze od dawna zwycięstwo Bukowna to jedna jaskółka, która być może uczyni wiosnę w Bukownie bardziej radosną. Zwłaszcza tę piłkarską. Ten mały sukces ma przede wszystkim jedną matkę i jednego ojca. I nie ma co mydlić oczu, że jest inaczej. Ojciec tego dzieła nie był obecny na tym spotkaniu. Czasem trzeba odpuścić, przewietrzyć głowę i nic to, że serce mówi inaczej. Brak Bartka Kusia tego dnia był dla Bolesława szczęśliwy, ale całkowity brak tej osoby za sterami byłby nieszczęściem.

Kończąc trzeba podkreślić rolę i mocno zwrócić uwagę na matkę tej pierwszej jaskółki. To Magdalena Misztal-Piasny. Tego dnia obecna na ławce rezerwowych gospodarzy w czerwonej bluzie dresowej i okularach przeciwsłonecznych. Nikt nie ma wątpliwości, że bez niej nie byłoby dzisiaj co zbierać z tego klubu. Nie byłoby tych wszystkich rozmów na trybunach, narzekań, uśmiechów i często irytacji, której towarzyszy ciągle dół tabeli. Nie od razu Kraków zbudowano. Na wszystko trzeba czasu i zdrowego podejścia do tematu. Tak trzymać, po prostu.

Wracając do domu pustymi ulicami w głowie powstało kilka przemyśleń i może warto też w najbliższym czasie nad tym wszystkim mocniej się pochylić. Niech pomyśli społeczność skupiona wokół klubu, ale także i przede wszystkim – mieszkańcy tego miasteczka.

Z dwoma psami po stadionie przechadzała się kobieta, która bzdur nie opowiada. Ta krótko obcięta brunetka w okularach mówi jak jest i wie, że cudów nie wymyśli, ale solidną pracą u podstaw zdziałać może wiele z korzyścią dla Bukowna i jego mieszkańców. Inni mieli na to wszystko wiele lat, a działali tak, że cholernie tu wszędzie pusto. Pacjent niby jakoś żyje, ale serce już dawno przestało mu bić. Jakby na przekór temu co obecnie w klubie. Serce znów bije, choć pacjent ciągle czeka z łbem na pniu. Topór spadnie lub nie. Do końca 11 kolejek i znów wszystko możliwe.

Nawet akredytację w systemie elektronicznym się udało zdobyć. Stałą, na cały sezon.

Z Piłką w Sercu (ST)

***

30.03.2024r. Bukowno, godzina 16:00

MGHKS Bolesław Bukowno – Świt Krzeszowice 1:0 (0:0)

Bramka: Lutsenko 63′

Bukowno: Stryczek – Bruzda, Flakiewicz, Czapla, Chojowski (76′ Michalik), Tryba, Ondrejco (76′ Kaduński), Lutsenko, Bujakiewicz, Kańczuga, Nowakowski (65′ Rasała).

Świt: Kurdziel – Paciorek, Grochal, Marszałek, Bodzęta, Księżyc (62′ Jędrszczyk), Hrabia (82′ Zając), Widzyk (46′ Rozmus), Kiełtyka, Noworyta, Brożek.

Żółte kartki: Tryba (2), Kałduński, Bujakiewicz, Bruzda – Marszałek, Rozmus.

Czerwona kartka: Tryba 64′

Sędziował: Maksymilian Sanetra (Olkusz)

Widzów: 93 (w tym 4 osoby, które pojawiły się na stadionie już w drugiej połowie)

ST
ST