Klubowy sezon piłkarski właśnie dobiegł końca, za chwilę Mistrzostwa Europy. Wiadomo, że zawsze będą wielcy wygrani i przegrani w każdych rozgrywkach. Ci drudzy muszą się jakoś wytłumaczyć. Jedną z najbardziej irytujących mnie wymówek jest ta o “przemęczonych piłkarzach”.
Przemęczeni piłkarze – na takie tłumaczenie porwał się nawet wynaleziony przez niezawodne algorytmy AI, (na szczęście) były już trener Wisły Kraków – Albert Rude. Faktycznie katorżniczy był to sezon dla Białej Gwiazdy – mecze (o zgrozo!) raz na tydzień plus kilka spotkań w Pucharze Polski. Do tego kilka miesięcy przerwy wakacyjnej i zimowej. Ale nie kopmy leżącego, bo Pan Rude wcale nie jest jedyny w tych “mądrościach”.
Spotkałem się z takim argumentem, że wyśmiewanie “przemęczenia piłkarzy” to populizm. No i faktycznie, do pewnego stopnia muszę się zgodzić. Bo powiedzenie “zarabiają, więc mają zapieprzać!” nie jest do końca logiczne. Organizmu nie obchodzi czy za wysiłek płacą sto czy milion euro miesięcznie. Nie zatrzymujmy się zatem na frazesach.
Na czym w zasadzie polega zawód piłkarza? Ano na tym, żeby dobrze zjeść, wyspać się, dbać o siebie, regularnie trenować i raz lub dwa w tygodniu pokopać piłeczkę na stadionie. Organizm jest zatem narzędziem pracy. Tak jak samochód dla rajdowca czy wiertarka, łopata i kielnia dla budowlańca. Jak dbasz tak masz. Zaraz, czy to znowu populistyczne banały? Kto ma w takim razie zadbać o zdrowie piłkarza? Chyba on sam, jego trenerzy, fizjoterapeuci, masażyści, dietetycy, psychologowie – słowem sztab ludzi, którzy nic innego nie mają w życiu do roboty. To kto jest wobec tego populistą? Ten który krytykuje piłkarzy, czy trenerzy i piłkarze mydlący oczy, a de facto przyznający się, że źle wykonują swój zawód?
Faktycznie – bidule. Najbardziej “zarobieni” zawodnicy w sezonie (a więc rocznie) grają jakieś 40 gier klubowych, do tego powiedzmy 15-20 reprezentacyjnych (choć to i tak bardzo wysokie liczby, wielu zawodowców nie dobija to takich wyników). Wedle moich obliczeń 365 dzielone na 60 to 6,08 (wyniki konsultowane z wiślackim AI Synerise). Mecz grany co sześć dni. Do tego trening, jedzonko, masaż, sauna, basen, komora kriogeniczna.
Ja nie mówię, że zawodników nie można “zajechać” grą i treningami. Od razu przypomina mi się Mundial 2018 w Rosji. W polskim sztabie szkoleniowym chyba z 40 osób, podobno po kilka dziwacznych treningów dziennie, a potem piłkarze powłóczący nogami na boisku. Łukasz Piszczek, piłkarz z żelaza, po 30 minutach meczu – dyszący, zgięty w pół, z rękami na kolanach. Czyja to wina? Ciężkiego piłkarskiego grafiku? FIFA z UEFĄ odessały powietrze?
Czy to jednak zasługa beznadziejnego planu przygotowawczego polskiej kadry?

Ciekawe, że obok tych zmęczonych zawodników, choćby z Wisły Kraków, biegają inni – z takim samym grafikiem. Choćby piłkarze GKS Katowice i Lechii Gdańsk. Gdyby im kazać, to w każdej akcji przeciwko “wykończonym” wiślakom zrobiliby po 3 pompki i 3 przysiady przed sprintem, a i tak wygraliby każdy pojedynek biegowy. Ale ja znowu o tej Wiśle! Koniec! Po co ja to wszystko piszę? Bo chciałbym merytorycznej rozmowy o piłce nożnej. Nie błądzenia, puszenia się lub rzucania banałami. Jak coś nie działa, to miło byłoby usłyszeć dlaczego. O taktyce, strategii meczowej, przygotowaniu mentalnym, itd. A bzdur o przemęczeniu i związanej z tym niskiej jakości futbolu nie akceptuję.
O Piszczku już było, to teraz o Bellinghamie. Ten to akurat ma prawo narzekać. Najczęściej gra po 90 minut, często “box to box” – broni, atakuje, strzela bramki i asystuje. Był taki moment sezonu, że Real między 9, a 21 kwietnia tego roku zagrał 4 mecze.
Pierwszy to ćwierćfinał LM z City, potem liga z Majorką, morderczy rewanż z Manchesterem z dogrywką
i karnymi, po czym El Clasico z Barceloną. Bellingham zmianę dostał tylko z Majorką. Z City biegał jak maszyna przez 120 minut. Co zrobił z Barceloną? W 91 minucie na pełnym sprincie wpadł w pole karne i dał Królewskim wygraną 3:2. Czego natomiast nie zrobili Jude, Carlo Ancelotti, ani nikt inny z Realu? Nie zająknęli się ani słowem o zmęczeniu. Męczące jest co najwyżej jak Real ciągle wygrywa Champions League. Kto by nie chciał mieć takich “problemów”?!

foto: SkySports
Interesujące, że na zbyt dużą ilość meczów często psioczy Pep Guardiola. Ten sam, który z najlepszej ligi świata (Premier League) uczynił swój folwark. Co roku mistrzostwo, regularnie puchar krajowy i puchar ligi, rok temu potrójna korona z pierwszą Ligą Mistrzów dla City (choć półfinały i finał bywały i wcześniej). Guardiola perfekcyjnie rotuje składem, gdy mu wypadnie jakiś zawodnik ze składu to ma na to miejsce drugiego tak samo dobrego grajka.
Klubowe warunki w City są jednymi z najlepszych na świecie. Ale Pep też człowiek (czasem mam wątpliwości…), co ma powiedzieć? Że stoi za nim siła finansowa całych Zjednoczonych Emiratów Arabskich i ma komfort jak mało kto na świecie? Zauważył ktoś plagę kontuzji w Man City, albo ogólnie we współczesnym futbolu? Bo ja tam widzę zawodników, którzy po 30-tym roku życia grają lepiej niż za młodu. Kiedyś 32 lata dla piłkarza to był wiek emerytalny, zniszczone kolana i spustoszony organizm. Dziś te “staruchy” rywalizują o Złotą Piłkę.

regeneracja? foto: Sports Bibble
Nigdy nasza wiedza na temat treningów, odnowy biologicznej, medycyny, dietetyki, suplementacji i innych aspektów związanych ze sportem nie była na tak wysokim poziomie. Najlepsze kluby sportowe na świecie wyniosły je niemal do rangi sztuki. Szkoda z tego nie korzystać, zwłaszcza jak wykonuje się jeden z najpiękniejszych zawodów świata, czyli piłkarza. Życie płynie na uprawianiu sportu, zdrowym funkcjonowaniu, splendorze i wielkich pieniądzach.
Właśnie – pochylmy się nad finansami. Faktem jest, że kluby i piłkarze zarabiają astronomiczne kwoty. Takie, które mogą przyprawić o zawrót głowy i większości ludzi nawet się nie śniły. Zawodowy sport to też rozrywka – stąd tak wielka kasa. Piłkarze i kluby chcą zarabiać coraz więcej i więcej. Tak się składa, że produkt który oferują, polega na wysiłku fizycznym. Coraz większe wymagania finansowe? Potrzeba zatem coraz więcej produktu. Bilety, wpływy reklamowe i sponsorskie, licencje same się nie sprzedadzą. Trzeba
“ostro zapieprzać”. Chcesz zarabiać miliony? To się lepiej przyłóż.

Ja mam natomiast alternatywną propozycję dla każdego klubu, trenera, zawodnika, menadżera i działacza piłkarskiego. Skoro jest tak ciężko to zawrzyjmy taką umowę: od dziś zmniejszymy liczbę meczów o połowę, zlikwidujemy te wszystkie puchary lig, Ligę Konferencji, Ligę Narodów, ograniczymy liczbę drużyn biorących udział rozgrywkach ligowych, pucharach i mistrzostwach. Zamiast po 4-5 drużyn z topowych lig do Champions League, dla odciążenia tych wielkich – zaprośmy mistrzów krajowych z Polski, Bułgarii, Litwy czy Słowacji.
Jest jeden mały haczyk – wraz z ograniczeniem do połowy liczby spotkań piłkarskich – zarobki wszystkich w piłce spadną o połowę. Zgoda? Myślę, że to uczciwy układ. Wszyscy jesteśmy przecież tak bardzo zmęczeni piłką nożną…
Gwarantuje, że znajdą się po nieudanym Euro „przegrywy” narzekające na ciężki sezon, w czasie gdy prawdziwie zmęczeni będą zakładać na szyje medale Mistrzostw Europy.







