Legia miała w lutym rozpocząć wiosenny marsz w pucharowej drabince Ligi Konferencji. Niektóre gorące głowy wieszczył nawet, że ciężko będzie się jej zatrzymać, no chyba że na ostatnim szczeblu. Obiecanki cacanki, a głupiemu radość. W obu meczach z Molde, stołeczni dostali w mordę i pożegnali się z piłkarską Europą.
Nie każdy z kibiców zdążył zasiąść na swoim krzesełku, a Kacper Tobiasz już musiał wyciągać piłkę z siatki. Nie jest to najlepszy czas w przygodzie z piłką bramkarza legionistów. Gdyby jego cięty język przekładał się na jakość bronienia, biłyby się dzisiaj o niego Manchester City z Realem Madryt. Obecnie bliżej mu jednak do Realu Oviedo. Katem po raz kolejny okazał się Fredrik Gulbrandsen (dwa trafienia w 1. meczu w Molde). W kolejnych minutach Legia próbowała iść do przodu, jednak bez żadnych konkretów. To Skandynawowie byli groźni i po bardzo ładnej akcji w 20. minucie było po wszystkim. Hestad w stylu Zlatana Ibrahimowicia uciszył warszawką publikę. Druga połowa była tylko historią i bardziej jednostką treningową dla obu drużyn.
Aspirującą do tronu mistrzowskiego – warszawską Legię za burtę wyrzucił piąty zespół tamtego sezonu z norweskiej ligi. Wyrzucił zdecydowanie, pewnie i ani myślał się za nią oglądać. Smutne to zwłaszcza jak uzmysłowimy sobie, że Legia to mimo wszystko najlepszy przedstawiciel naszej piłki w europejskich rozgrywkach. Przedstawiciel, z którym nikt poważny za bardzo się nie liczy, a zwykły średniak daje mu w mor(L)de dwa razy.
Z Piłką w Sercu (Kowal i ST)
***
W 75. minucie wyłączyłem telewizor i poszedłem spać.

