Ostatnie tygodnie są smutne dla ludzi wychowanych na oglądaniu tenisa w latach 90. i 2000. Z wielkiej sceny na dobre zeszli Stan Wawrinka oraz Gaël Monfils.
W obu przypadkach wszyscy spodziewali się takiego obrotu spraw, ponieważ pożegnania były zapowiadane. Tylko jest różnica między czekaniem na coś a zdaniem sobie sprawy, że to już faktycznie koniec. 20 lat gry sprowadza się do ostatniego wyjścia, kurtuazyjnych dyskusji i kilku uścisków dłoni. Mimo że te chwile nadchodziły, kibicom tenisa jest najzwyczajniej w świecie smutno. Scena tenisowa już nigdy nie będzie taka sama.
Stan
Stan Wawrinka rozegrał swój ostatni mecz w turnieju ATP w Bazylei. Po raz dziewiętnasty. Na własnej ziemi, pożegnany owacją na stojąco. Nie obyło się bez łez i ciarek na plecach. Ostatni mecz rozegrał przeciwko Jiříemu Lehečce. Tydzień wcześniej zdołał jeszcze pokonać zdolnego Hiszpana Martina Landaluce, ale Czechowi już nie dał rady sprostać. Zadecydowały tzw. detale.
W trakcie 25 sezonów jako zawodowy tenisista rozegrał 985 oficjalnych meczów i odniósł 590 zwycięstw. Został trzykrotnym mistrzem wielkoszlemowym (nie wygrał tylko na Wimbledonie), 16-krotnym triumfatorem imprez głównego cyklu ATP, zdobywcą Pucharu Davisa ze Szwajcarią oraz złotym medalistą olimpijskim w deblu w parze z Rogerem Federerem. W rankingu ATP najwyżej wspiął się na trzecią pozycję. Trzeba przyznać, że dorobek niczego sobie. Najcenniejszy dla Wawrinki był jednak Puchar Davisa. Stan nie ukrywał, że gra w barwach narodowych zawsze była dla niego czymś szczególnym.
Wyniki to jedno, ale ważniejsze w przypadku Szwajcara było coś innego – to, w jaki sposób grał w tenisa. Jego jednoręczny bekhend był bez wątpienia jednym z najlepszych w historii tej gry. Operował tym uderzeniem niczym najznakomitszy artysta – Pablo Picasso. Stan używał swojego koronnego uderzenia jak Picasso pędzla – z gracją, delikatnością i artyzmem. Mecze Wawrinki zawsze oglądało się z niezwykłą przyjemnością i sympatią.
Miał w tym wszystkim mocnego pecha, że trafił na okres czterech muszkieterów, czyli Djokovicia, Nadala, Federera oraz Murraya. Gdyby nie to grono, to miałby spokojnie dwucyfrową liczbę triumfów w Wielkich Szlemach. Żeby zobrazować wielkość wielkiej czwórki, przywołam tylko jedną statystykę – między rokiem 2009 a 2014 tylko dwóch innych tenisistów niż „Big 4” wygrywało Szlema: Juan Martín del Potro w 2009 roku w Nowym Jorku i Stan Wawrinka w 2014 roku w Paryżu. Wymowne, prawda?
Mimo dominacji wielkiej czwórki Stan był zawsze postrzegany jako piąty do brydża. Nie jest to oczywiście żadna przesada, bo styl gry i liczba stoczonych bojów z największymi były zatrważające. Na przeszkodzie często stawały też niestety kontuzje, które wyraźnie wyhamowały karierę Szwajcara.
Gaël
Kiedy kibice nie do końca pogodzili się z odejściem Wawrinki, ze sceny oficjalnie zszedł kolejny z wielkich. W przepięknej hali Bercy w Paryżu podziękowano za znamienitą karierę Gaëlowi Monfilsowi.
Ostatni oficjalny mecz Francuza miał miejsce we wrześniu w US Open. Od tamtego momentu już nie zagrał. Zszedł ze sceny po cichu. W tym roku występował już incydentalnie, zawieszenie rakiety na kołku było kwestią czasu. Wspominając Monfilsa, do głowy przychodzą mi wyłącznie pozytywne rzeczy. Dla niego kort tenisowy był sceną. Gaël rozgrywał swój spektakl wyłącznie na jego zasadach.
W jego repertuarze mogliśmy dostrzec elementy magii, gimnastyki artystycznej, akrobatyki, łyżwiarstwa figurowego oraz oczywiście tenisa. Nie można zapominać o najważniejszym, czyli o tym, jak był postrzegany przez innych. Każdy bez wyjątku podkreślał, jak wspaniałą i ciepłą osobą był dla wszystkich. Uśmiech nie schodził mu z twarzy. Potwierdza to filmik nagrany przez tenisistów. To po prostu dobry człowiek.
Monfils w swoim dorobku odnotował 13 triumfów w turniejach ATP. Dotarł również do dwóch półfinałów Wielkiego Szlema (French Open 2008, US Open 2016). Szczególnie w pamięci zapadł półfinał w Nowym Jorku przeciwko Djokoviciowi. Gaël grał w tamtym turnieju znakomicie i można było sądzić, że to jest jego moment – wtedy niestety po raz kolejny dała o sobie znać „przeklęta” wielka czwórka. Podobnie jak Stan – trafił na nieodpowiedni okres do wygrywania. W 2016 roku osiągnął najwyższą w karierze, szóstą pozycję w rankingu ATP.
Jeszcze w styczniu ubiegłego roku Gaël Monfils został najstarszym zwycięzcą turnieju ATP od 1977 roku, dokonując tego w wieku 38 lat. Przechodził przez to nowozelandzkie wydarzenie w plażowych klapkach na stopach, będąc turystą na urlopie. Przemierzając tę drogę turnieju w Auckland, stracił tylko jednego seta. Taki właśnie był.
Jeśli prześledzimy skróty z najlepszych zagrań Francuza, to zabraknie nam doby. Jego gra była oparta na nietuzinkowych i niekonwencjonalnych uderzeniach. Zostanie zapamiętany jako magik, po prostu francuski magik z rakietą do tenisa.
Obaj panowie, urodzeni w latach 80., są niemal ostatnimi, którzy jeszcze do wczoraj ostali się w cyklu. Na scenie wciąż występuje niezniszczalny Novak Djoković, który jeszcze nie planuje kończyć. Serb jest obecnie 11. w rankingu ATP i miesiąc temu zdołał wygrać nawet turniej w Pekinie. To tyle w temacie dominacji „wielkiej czwórki”.
Gaël i Stan zeszli ze sceny, zostawiając za sobą kawał tenisowej historii. Jestem wdzięczny, że mogłem obu panów podziwiać przez te wszystkie lata. To był zaszczyt. Dziękuję. Po prostu.


Dodaj swój pierwszy komentarz do tego posta