Koszykarski raport zza Oceanu

Przełom maja i czerwca to zawsze bardzo interesujący czas dla kibiców basketu. Wtedy, co roku poznajemy zwycięzcę Pucharu Larry O’Brien’a, czyli mistrza NBA. W tym sezonie wiemy jedno – będzie nowy tryumfator. Na placu boju pozostały cztery zespoły: Indiana Pacers, New York Knicks, Oklahoma City Thunder oraz Minnesota Timberwolves.

Komisarz i kontuzje

Larry O’Brien, czyli osoba, na której cześć przyznawane jest to ekskluzywne trofeum, była komisarzem ligi NBA w latach 1975-1984, a sam puchar nosi taką nazwę od 1977 roku. Trofeum jest wykonane z 16 funtów standardowego srebra i pokryte 24-karatową złotą powłoką. Najwięcej takich zdobyczy posiadają LA Lakers – 11. Ta złota kula wygląda całkiem sympatycznie, nie jest to tekturowy kot z allegro.

Tytułu na pewno nie obronią Boston Celtics, czyli jeden z głównych faworytów przedsezonowych do wygrania ligi. Na ich drodze stanęli Nowojorczycy, którzy wygrali serię w świetnym stylu 4-2. Głównym architektem tego sukcesu był Jalen Brunson, który drugi rok z rzędu udowadnia niedowiarkom, że można go bez wahania umieszczać w pierwszym szeregu największych gwiazd NBA. Plany Celtics pokrzyżowała również kontuzja ich lidera, Jasona Tatuma, który zerwał ścięgno Achillesa w meczu nr 4. półfinałów Konferencji Wschodniej.

O pechu mogą mówić również rewelacyjni w drugiej części sezonu, Golden State Warriors, którzy stracili Stephena Curry’ego w pierwszym meczu półfinałowym z „Wilkami” z Minnesoty. Był to punkt zwrotny tej rywalizacji. Bez najlepszego strzelca w historii tej gry, „Dubs” nie mieli większych szans z Timberwolves. Drużyna z Minneapolis tym samym drugi rok z rzędu dotarła do finału Zachodu. W zeszłym sezonie ulegli w nim Dallas Mavericks, obecnie mierzą się z nr 1. sezonu regularnego – Oklahomą City Thunder.

MVP

Wczoraj za pośrednictwem mediów społecznościowych Shamsa Charamii dowiedzieliśmy się, że nagrodę MVP za sezon regularny zdobył lider OKC, Shai Gilgeus-Alexander.

Kanadyjczyk jest pierwszym koszykarzem od czasów Michaela Jordana, który zakończył sezon regularny z linijką na poziomie średnich co najmniej: 30-5-5-1,5-1 (30 punktów, 5 zbiórek, 5 asyst, 1,5 przechwytu, 1 bloku), na skuteczności z gry powyżej 50%. Dokładne dokonania SGA to średnie: 32,7 punktów, 5 zbiórek, 6,4 asysty, 1,5 przechwytu, 1 blok, na imponujących 57% z gry. Mimo tak niezwykłych statystyk ten wybór nie był wcale taki oczywisty, jak mógłby się wydawać.

Wszystko to za sprawą koszykarza z innej planety, Nikoli Jokicia. Ta planeta to Europa, a miasto to serbski Sombor. To właśnie tam urodził się trzykrotny zdobywca tej nagrodę w ciągu ostatnich czterech sezonów (raz był drugi). To właśnie on jest obecnie uznawany za najlepszego gracza ligi. W tym roku obaj panowie zasłużyli na tę nagrodę – to nie podlega dyskusji. Smaczkiem tej rywalizacji był tegoroczny półfinał konferencji, gdzie zmierzyli się Thunder – SGA’a z Nuggets – Jokicia. Po świetnej 7-meczowej serii, górą byli zwycięzcy sezonu regularnego na Zachodzie. W trakcie całej rywalizacji obaj panowie liderzy błyszczeli, ale to Shai w decydującym meczu poprowadził OKC do tryumfu.

Nowy mistrz

W tym momencie jesteśmy dopiero po pierwszych meczach finałowych obu konferencji. Ostatniej nocy obejrzeliśmy najlepszy mecz tegorocznych playoff, gdzie NY Knicks ulegli we własnej hali Indianie Pacers 135-138. Do rozstrzygnięcia potrzebna była dogrywka. Na niespełna 3 minuty przed końcem 4. kwarty Pacers przegrywali 105-119. Idąc dalej – na 52 sekundy przed końcem na zegarze widniał wynik 112-121. Tak, to wydaje się nierealna, ale chłopcom z Indianapollis udało się odwrócić losy tego meczu. Wszystko to za sprawą dwóch ludzi: Aarona Naismitha oraz Tyrese’a Haliburtona. Ten pierwszy trafił w 4. kwarcie sześć trójek (rekord PO), drugi wykonał niezwykły rzut równo z końcową syreną.

Gdyby jego stopa nie dotknęła linii, byłyby to tzw. „gamewinner”. W tym przypadku ten niesamowity rzut za 2 dał Indianie dogrywkę, w której rozstrzygnęli mecz na swoją korzyść. Jest to tylko zapowiedź wspaniałej serii, która – powiedzmy sobie szczerze – jest zupełnie niespodziewana. W tym miejscu mieli się znaleźć Cavaliers oraz Celtics. Liga raz jeszcze pokazuje, że bywa niezwykle przewrotna, co jest w niej piękne i za co ją wielbimy. W końcu hasło „where amazing happens” to nie żadna mrzonka.

Tymczasem na Zachodzie, Thunder wygrali pierwszy mecz z Wolves, dominując ich w sposób okrutny w drugiej połowie. Ciężko nam sobie wyobrazić, aby w tej rywalizacji zespół z Minneapolis mógł sprawić niespodziankę. Faworyci z Oklahomy wydają się mieć wszystkie najlepsze karty w rękach. Młody, świetnie zbilansowany zespół, z wybitnym liderem, niezwykłą głębia składu oraz genialną obroną. Ich jedynym wrogiem mogą okazać się oni sami, a dokładniej ich brak doświadczenia. Playoffy pokazują, że dodanie przed sezonem dwóch stosunkowo starszych oraz niezwykle mądrych graczy w osobach: Alexa Caruso (jeden z najlepszych obrońców ligi) oraz Isaiah Hartensteina (uprzykrzał życie Jokiciowi w półfinale na zmianę z Caruso), było strzałem w dziesiątkę.

Oczywiście, wszystko jest możliwe, bo w składzie Wolves jest ktoś taki jak Anthony Edwards, czyli chłopak bez układu nerwowego. Nr 1. Draftu z 2020 to jeden z najbardziej widowiskowych koszykarzy ligi. W zeszłym roku doprowadził zespół do finału konferencji, w tym już udało mu się powtórzyć ten wyczyn. Czy jest zdolny do wykonania kolejnego kroku? Mamy pewne wątpliwości, ale pełną odpowiedź na to pytanie otrzymamy w ciągu dwóch tygodni.

Najbliżej nocy drugi mecz tej rywalizacji. Czekamy z niecierpliwością!

Z Piłką w Sercu (Kowal)