Chwilę po godzinie 12.30 czasu polskiego, poznaliśmy ostatniego tryumfatora tegorocznego Australian Open. Był głównym faworytem imprezy od samego początku i nie zawiódł. Janik Sinner obronił tytuł mistrza, wygrywając w finale w sposób przekonujący z Saszą Zverevem, zostając niekwestionowanym królem Melbourne. Królową poznaliśmy wczoraj – swój pierwszy wielkoszlemowy skalp zdobyła nieoczekiwanie, Madison Keys. Urodzona w Rock Island, Amerykanka, pokonała po emocjonującym boju, najwyżej rozstawioną w turnieju, Arynę Sabalenkę.
Zawsze czegoś brakowało
Jeśli ktoś dwa tygodnie temu przejrzał opinie ludzi znających się na tenisie, którzy dyskutowali o potencjalnej zwyciężczyni kobiecej drabinki, to przewijały się głównie trzy nazwiska. Po pierwsze, Aryna Sabalenka, po drugie, Coco Gauff, po trzecie – Iga Świątek. Nikt o zdrowych zmysłach nie mógł wymienić Madison Keys, gdyż nie miał ku temu żadnych podstaw.
Był rok 2017, korty Flushing Meadows w Nowym Jorku, naprzeciwko siebie stanęły dwie przyjaciółki i zarazem nadzieje amerykańskiego tenisa – Madie i Sloan. Okazał się to finał bez jakiejkolwiek historii, błyskawiczne 6-3, 6-0 dla Stephens. Keys obeszła się smakiem, będąc wtedy najbliżej tryumfu w Wielkim Szlemie. W kolejnym roku był jeszcze co prawda półfinał na paryskich kortach Rolanda Garrosa, gdzie ponownie Madison musiała uznać wyższość swojej przyjaciółki z nowojorskiego finału. Poza tym? Wszyscy wiedzieli, że ma spore możliwości i liczyli się z nią, jednak nic z tego nie wynikało. Była w stanie wygrywać turnieje WTA, natomiast w Wielkich Szlemach prędzej odpadała w pierwszych rundach niż była poważna przeciwniczką dla najlepszych. Co wydarzyło się nagle, po tylu latach? Ciężko stwierdzić, wiemy jedno – zagrała na pewno turniej życia. To, że posiada niezwykle mocne uderzenie z forhendu wiedział każdy. Podobnie jak to, że ma kruchą psychikę i nie potrafić „domknąć” wygranych pojedynków.
W meczu drugiej rundy miała ogromne problemy w pojedynku ze 125. rakietą Świata, Gabrielą Ruse. Przegrywała nawet z przełamaniem w trzecim secie – ostatecznie wygrywając 7-5 w rozstrzygającej partii. Dzisiaj, nikt już o tym nie pamięta. W głowach kibiców, szczególnie polskich, został jeden z najbardziej dramatycznych pojedynków tej imprezy – półfinał z Igą Świątek, w którym Keys, była początkowo w niebie, później zbliżyła się na chwilę do bram piekła, aby ostatecznie wylądować w tym nieco przyjemniejszym miejscu. To było kluczowe spotkanie, pokazujące niezwykły charakter Madison. Wtedy też można było przecierać oczy ze zdumienia, gdyż nastąpił przełom w grze Amerykanki. Wygrała mecz, w który obroniła piłkę meczową przy serwisie rywalki. Wyglądało to, jak gierka treningowa, gdzie wszystko „wchodzi”, grając bez presji trybun, na pełnym luzie. W najważniejszych momentach nie zawiodła jej kluczowa broń, czyli atomowe uderzenie z forhendu, prędkościami przypominające zagrania Fernando Gonzaleza z Chile, który swego czasu rozdawał karty na kortach popularnej mączki.
W drodze po wygraną, Amerykanka okazała się lepsza od wyżej notowanej Eleny Rybakiny czy Eliny Svitoliny. W finale wytrzymała próbę nerwów, w potyczce z najwyżej rozstawioną zawodniczką turnieju, Aryną Sabalenką. Mecz był niezwykle emocjonującym, ale w najważniejszym momencie boju zimną krew zachowała Madison, przełamując Białorusinkę w dwunastym gemie trzeciego seta. Rozstawiona z numerem 19. Amerykanka podniosła tego dnia piękny puchar na korcie im. Roda Lavera. Pierwsze, co zrobiła po zwycięstwie, to pognała w stronę swojego sztabu szkoleniowego. Obecnym trenerem Keys jest jej mąż oraz były tenisista, Bjorn Fratangelo, który jest współautorem tego ogromnego tryumfu tenisistki urodzonej w Rock Island.
Slalomista z San Canido
Rok 2024 w wykonaniu tenisisty wychowanego na pograniczu Austrii i Włoch, Tyrolu, był niemal perfekcyjny. Tryumfy w Melbourne, Nowym Jorku oraz w kończącym sezon Mastersie, półfinały w Wimbledonie i French Open, zwycięstwo drużynowe w Pucharze Davisa. Poza tym, był niezwykle równy – zaczynając turniej, nigdy nie skończył go szybciej niż na etapie ćwierćfinału. Jesteśmy w stanie sobie wyobrazić, że taki bilans nie będzie łatwy do powtórzenia. Jego rekord to 78-6! Niebywałe. Powiedzieć o nim dominator, to nic nie powiedzieć. Sinner nie przegrał w roku 2024 z zawodnikiem spoza top 10. Kiedy jest faworytem – to nie zawodzi. Nie ma takiej opcji. Radzi sobie doskonale z presją, wygląda na gościa, którego nic nie jest w stanie wyprowadzić z równowagi.
Ma wszystko, aby obserwować tenisową rywalizację w najbliższych latach z pozycji tronu. Jego najgroźniejszy rywal, Carlos Alcaraz, pokazuje po raz kolejny, że coś u niego „nie gra” tak, jak powinno. Tym razem Carlitos dał się ponownie ograć nieśmiertelnemu Serbowi, Novakowi Djokovicowi. Nole po wycieńczającym ćwierćfinale z Hiszpanem, musiał poddać mecz po pierwszym secie z dzisiejszym przegranym, Alexandrem Zverevem. Niemiec nie miał tego wieczoru na korcie Roda Lavera nic do powiedzenia. Sinner w trakcie trzech rozegranych setów nie musiał bronić żadnego break pointa. Popularny Sasza wyglądał na takiego, który nie wierzył, że może tego dnia zagrozić Włochowi. Nie podjął od początku niemal żadnego ryzyka. Grał zachowawczo, pasywnie, bojaźliwie, bez wystarczającej werwy. Tak nie da się wygrać z Sinnerem.
Podsumowując, można powiedzieć, że Janik w trakcie australijskiego turnieju specjalnie się nie spocił. Pisząc półżartem, półserio, wyobrażamy sobie, że Sinner przez dwa tygodnie zmienił tylko dwa razy koszulkę meczową. Zaledwie jeden pojedynek trwał dłużej niż 3 godziny. Były jakieś stracone sety, krótkie chwile słabości fizycznej (mecz z Rune), jednak to wszystko to tylko drobne przeszkody, które zostały momentalnie przełamywane. Historycznie, był to jeden z najłatwiejszych Szlemów wygranych przez pojedynczego zawodnika. Sinner ma wszystko, aby rok 2025 był jeszcze lepszy niż poprzedni. Ten chłopak jest kozakiem, który wygra jeszcze wiele. My, jako kibice, możemy być wdzięczni, że oglądamy go przed teleodbornikami. Mamy pewne obawy, że zatęsknimy za czasami trzech dominatorów, gdzie niemal każdy finał Wielkiego Szlema był ucztą dla oczy. Dzisiejszy mecz będzie zapomniany już jutro. Nikt o nim nie wspomni w tramwaju czy na stoiskach targowych.
Dla Sinnera to trzeci wielkoszlemowy skalp, w tym drugi na australijskiej ziemi, co czyni go najbardziej utytułowanym włoskim tenisistą w historii. Wyprzedził tym samym swojego rodaka, Nicole Pietrangeli, który w latach 1959-1960 był królem Paryża, sięgając po dwa wielkie szlemy.
Młodzi gniewni
Kogo jeszcze zapamiętamy z tegorocznych potyczek na australijskich kortach? Jest kilku młodych chłopaków, którzy za chwilę będą starać się walczyć z Sinnerem. Jednym z nich jest bez wątpienia tegoroczny półfinalista, Ben Shelton. 23-latek już od dwóch lat pokazuje, że wchodzi z przytupem do „Touru”. Ten chłopak gra z wielką fantazją, posiada wspaniały serwis, świetnie się porusza, „czyści” przy siatce, jak doskonały deblista. W jego grze można dostrzec pierwiastek fantazji połączonej z szaleństwem. Z czasem, ten Amerykanin powinien być gotowy do podjęcia walki ze światową czołówką. Już wiemy, że tego chłopaka ogląda się na kortach z wielką przyjemnością. Możemy być przekonani, że w najbliższych latach sympatyczny Ben jeszcze nie raz mocno zamiesza.
Poza Sheltonem, trzeba wspomnieć o dwóch nastolatkach – Learnerze Tienie (urodzonym w 2005 roku), kwalifikancie, który był współautorem jednego z najlepszych, a na pewno najbardziej dramatycznego meczu, w tegorocznym Aussie Open. W drugiej rundzie, pokonał ubiegłorocznego finalistę, Daniła Miedwiedwiwa. Sam mecz trwał niemal 5 godzin, a panowie kończyli spektakl o godzinie 3 nad ranem czasu australijskiego. Wymiany, który były serwowane tamtego dnia na korcie Margaret Court Arena są wizytówką tej imprezy. Tien, ostatecznie zakończył udział w turnieju na 1/8, pokazując niezwykły potencjał zagrań, drzemiący w niepozornej lewej rączce (wspaniały slajs).
Drugi nastolatek, o którym mówiła cała Australia po pierwszych dniu zawodów, to Joao Fonseca. Ten 18-latek – zwycięzca ubiegłorocznego „Next Gen Finals” – w pierwszej rundzie nie dał szans, rozstawionemu z numer 9. – Andriejowi Rublowowi. Brazylijczyk był tego dnia niezwykły i zjawiskowy. Pięknie przedstawił się wielotysięcznej publice, która ujrzała go po raz pierwszy. Jego wygrywający forhend miał najwyższą prędkość, wygenerowaną w 1. dniu turnieju (181 km/h!). Wymowne było również pożegnanie obu panów przy siatce. Rosjanin dziękując młokosowi z Brazylii, śmiał się szyderczo. Jest to o tyle zaskakujące, że Rublow to nerwus, który nie wygląda na stabilnego psychicznie. Kiedy przegrywa, niszczy kolejne rakiety, jakby to była jego główna specjalizacja. Tego dnia nie był nawet szczególnie zły, jedynie pogodzony z klęską.
Tak, był pełen podziwu dla Fonseci, jakby wiedział, że ten chłopak za chwilę zdominuje salon tenisowy. On już na niego wszedł, póki co, jest w przedpokoju i dopiero ściąga buty. Za chwilę rozsiądzie się wygodnie na kanapie, później weźmie pilot od starszyzny, następnie będzie zmieniał kanały w tv, jednocześnie nakazując tym doświadczonym, żeby przynieśli mu przekąski. To w końcu nastąpi, możemy być tego niemal pewni. Brazylia ma perełkę, największą od czasów, wielkiego Gugi Kuertena, który jest symbolem tenisa w kraju Copacabany. Gustavo był wielki, Joao ma wszystko, aby stać się kolejną legendą tenisa z tego południowoamerykańskiego państwa.

