„Proszę, wygeneruj mi zapowiedź najbliższej kolejki Ekstraklasy. Tym razem napisz krótki tekst o piątkowej potańcówce w Dolince. Przygotuj grafikę z pierwszej kolejki Serie A. Teraz napisz życzenia dla cioci na 65. urodziny. A może spróbuj napisać ciekawą powieść dla dzieci, o smokach lub czymś związanym z rodzinnym miastem. Dasz radę?” Bez najmniejszego problemu. Czego tylko sobie życzysz. Wszystko zostanie dopieszczone jak należy.
Do wyboru, do koloru
Gdzie nie spojrzymy, widzimy jego. Dzisiejszą zmorę, a dla niektórych zbawcę. Nie wiesz czegoś? Możesz szybko się dowiedzieć. Chociaż może jednak nie do końca, bo nigdy nie masz całkowitej pewności, czy akurat tym razem nie walnie paskudnej gafy. Tak czy inaczej, wystarczy napisać krótką komendę i nacisnąć „wyślij”.
Nie trzeba spędzać kilku godzin przed ekranem komputera, głowiąc się nad tym, jaki temat na tekst może być interesujący. ChatGPT przyjdzie z pomocą. Napisze ci dokładnie to, co chcesz przeczytać. Nie doczekasz się niemiłej odpowiedzi. Będzie grzeczny, pomocny, posłuży radą. Chyba że poprosisz go o większą dawkę krytyki – wtedy otrzymasz nieco surowszą ocenę. Do wyboru, do koloru.
Robot przy biurku
Już dziś mówi się o zawodach, które mogą zostać mocno zmienione przez sztuczną inteligencję. Hydraulicy i elektrycy mogą chyba jeszcze spać spokojnie. Więcej powodów do zmartwień mogą mieć osoby wykonujące proste prace biurowe czy niektóre zadania, które do tej pory wykonywali początkujący programiści. AI potrafi przygotować zestawienie, napisać wiadomość, podsumować dokument, stworzyć prosty kod, wygenerować grafikę czy przygotować tekst.
Problem z czytaniem
Jest jeszcze jeden problem. Według badań Biblioteki Narodowej znaczna część Polaków nadal nie sięga po książki. W 2025 roku książki nie czytało prawie 60% społeczeństwa. Nie jesteśmy więc narodem, który z niecierpliwością oczekuje kolejnych pięciuset stron do przeczytania. Słowo pisane coraz częściej przegrywa z obrazem i filmem. W internecie królują krótkie materiały, rolki, nagrania i komentarze. Jeśli ktoś zobaczy przy tekście informację „18 minut czytania”, może poczuć, jak ciśnienie podskakuje do 170 na 90. Przypomina mu się szkolna mordęga. Przed oczami ma „Dziady” czy „Pana Tadeusza”. Lekturę, którą trzeba było przeczytać, chociaż człowiek zdecydowanie wolałby obejrzeć streszczenie.
Oczywiście trochę generalizuję. Nadal mamy ludzi, którzy czytają i którzy naprawdę lubią długie teksty. Ale trudno nie zauważyć, że sposób konsumowania informacji zmienił się diametralnie. Nie ma już nawet tej kultury porannego wyjścia po gazetę. Zapach świeżego druku pozostał przede wszystkim na biurkach przedstawicieli „starej szkoły”. A teraz do tego wszystkiego dochodzi sztuczna inteligencja.
Przyjaciel robot
Osobiście najbardziej przeraża mnie skala wykorzystywania AI w internecie. Wchodzimy na profile klubów sportowych, przede wszystkim tych z niższych lig, i widzimy ogrom treści wygenerowanych przez sztuczną inteligencję. Czasami trudno już odróżnić rzeczywistą opinię człowieka od tekstu, który powstał po wpisaniu kilku zdań w odpowiednim okienku.
Brzmi poprawnie, jest gramatycznie. Ma początek, rozwinięcie i zakończenie. Są też oczywiście emotikonki i długie myślniki (znaki rozpoznawcze). Tylko czasami nie ma w tym człowieka. A przecież można byłoby napisać coś własnego. Można trochę się pomęczyć. Posiedzieć nad zdaniem. Zastanowić się, co właściwie chce się powiedzieć. Można też otworzyć Canvę i spróbować samemu zrobić grafikę. Tylko po co? Łatwiej przecież wpisać krótką komendę i poczekać.
Kiedy robot zaczyna kłamać
W zeszłym roku głośnym echem obiła się publikacja znanej dziennikarki, w której książce pojawiły się nieistniejące pozycje źródeł. Wywołało to nie lada dyskusje, ale koniec końców okazało się, że palce w tym wszystkim maczał rzecz jasna przyjaciel robot. Autorka biła się w pierś, a książka miała początkowo zostać nawet wycofana ze sprzedaży. Wydawnictwo tłumaczyło się błędem technicznym, ale później jednak książka poszła do druku. Z całej historii bez wątpienia pozostał niesmak.
Nowi wieszcze narodowi
Technologia zmieniła również rynek wydawniczy. Dzisiaj człowiek, który nigdy wcześniej nie napisał książki, może w ciągu chwili stworzyć jej zarys, bohaterów, dialogi, opisy, a nawet kolejne rozdziały. Dzięki kilku kliknięciom może powstać „wiekopomne dzieło”. Henryk Sienkiewicz pisał swoją Trylogię przez lata. Nowy wieszcz, wyposażony w odpowiedniego robota, może spróbować zrobić to w jeden wieczór.
Oczywiście przesadzam. Ale tylko trochę. Dzisiaj człowiek, który w szkole z każdej rozprawki przynosił kartkę pełną czerwonych poprawek, może poprosić sztuczną inteligencję o poprawienie stylu, stworzenie tytułu, napisanie opisu na okładkę czy przygotowanie materiałów promocyjnych. Nagle średni uczeń może stać się prymusem. Tylko czy nadal jest autorem? Czy za chwilę może stawiać siebie w jednym szeregu z Norwidem, Hłaską czy Mickiewiczem? A za kilka lat na rynku miasta powstanie pomnik z jego podobizną?
Gdzie jest granica?
I tutaj dochodzimy do najważniejszego pytania. Granica między autorem a narzędziem zaczyna się coraz bardziej zacierać. Gdzie ona tak naprawdę jest? Jeżeli człowiek sam wymyśla historię, pisze tekst, a AI pomaga mu poprawić literówki – trudno mieć z tym problem. Jeżeli jednak człowiek podaje maszynie temat, a następnie otrzymuje gotowy tekst, poprawia kilka zdań i publikuje go jako własny, sprawa zaczyna wyglądać zupełnie inaczej. Bo czym właściwie różni się wtedy autor od osoby obsługującej maszynę?
I nie chodzi tylko o książki. To samo dotyczy artykułów, komentarzy, grafik, reklam, postów w mediach społecznościowych, a nawet zwykłych wiadomości. Ludzie proszę chat o napisanie trzech zdań do publikacji na Facebooku czy nawet zwykłych życzeń świątecznych. Łatwo jest rozpoznać, kiedy lokalny polityk pisze orędzie do narodu, w którym nie ma ułamka wiarygodności. Jest za to populistyczny bełkot oprawiony nienaturalnym językiem. Dochodzimy do kuriozum, gdzie za chwilę jeden z drugim nie będzie wiedział, czy to jego myśli, czy też przyjaciela robota.
Rozmawialiśmy kilka razy z czatem. Podając mu kilka faktów, niemal od razu otrzymywaliśmy ciekawe, choć czasem mniej interesujące historie książkowe. Nam to się szczególnie nie podobało, ale gdybyśmy prosili go dalej, wydawali kolejny komendy poprawy tekstu, to powstałoby pewnie coś lepszego. Może po kilku godzinach udałoby się stworzyć nowy bestseller, kto wie? Tylko czy na koniec dnia mógłbym nazwać siebie twórcą czy oszustem? Bliżej mi do tego drugiego określenia.


Dodaj swój pierwszy komentarz do tego posta