Prowadził piłkę jak Chico Robertę w lambadzie. Wczoraj magia wróciła do Chorzowa

Są takie chwile, które nie zdarzają się często. Takie momenty, kiedy czas na chwilę zatrzymuje się, a piłka nożna przestaje być grą i zamienia się w sztukę. Wczoraj Chorzów miał zaszczyt gościć Ronaldinho Gaucho. Tego samego, który przed laty czarował świat swoją grą, uśmiechem, swobodą i luzem, o jakim marzył każdy chłopak kopiący piłkę na podwórku.

Ronaldinho – uosobienie brazylijskiej radości z gry, człowiek, który tańczył z piłką jak Chico z Robertą de Brito w lambadzie. Jego uśmiech zna cały piłkarski świat. Magik z futbolowych niebios, geniusz, piłkarz idealny.

Bóg zazwyczaj nie jest chętny by ot tak, rozdawać talenty. Jemu nie skąpił. Rzucił mu taką szczyptę jak nikomu innemu. Boisko było jego sceną, piłka – partnerką w tańcu. I nawet jeśli teraz nie porusza się jak dawniej, a w jego krokach czuć czas, to jedno pozostaje niezmienne – uśmiech. Ten legendarny uśmiech, który zdobył serca kibiców na wszystkich kontynentach. Wczoraj uśmiechał się do nas w Kotle Czarownic, który wypełnił się po brzegi. Geniusz przyciągnął na trybuny chorzowskiego giganta więcej ludu niż Biało-Czerwoni w meczu z Mołdawią.

fot. Ronaldinho Gaucho/FB

Bo kiedy Ronaldinho dotyka piłki, to nie jest zwykłe prowadzenie – to taniec. Ten chłopak płynie z piłką przy nodze, a ta zachowuje się jak zaczarowana. Prowadzi ją tak, jak Chico prowadził partnerkę w lambadzie – zmysłowo, pewnie, z niepowtarzalnym rytmem. Ciało mówi jedno, nogi robią drugie, a piłka słucha się jak natchniona. I choć lata lecą, ten taniec wciąż ma w sobie ogień. Już nie taki, jak wtedy w Paryżu czy Barcelonie, ale wciąż wystarczający, by poruszyć serca kibiców. Taki piłkarz trafia się być może raz na całe nasze życie. I choć doskonale zdajemy sobie sprawę, że karierę piłkarską ma już za sobą to za cholerę nie chcemy go wypuścić ze swojej głowy.

Kto widział go wczoraj w Chorzowie, ten wie, że to nie była zwykła wizyta byłego piłkarza. To była wizyta legendy i geniusza. A legenda zawsze żyje swoim życiem. Gdy dotknął piłki, kiedy podniósł wzrok i posłał ją z uśmiechem na twarzy i błyskiem w oku – na trybunach znów zapanowała magia. Na chwilę wróciliśmy do czasów, kiedy Ronaldinho rządził Barceloną, kiedy całe Camp Nou wstawało z miejsc po jednym jego zagraniu. Tych czasów, gdy futbol był czystą przyjemnością, a czas stawał w miejscu.

I ten mecz, który wczoraj miał miejsce w Chorzowie nie ma przecież żadnego znaczenia. Ani jego wynik, ani składy w jakich wybiegły reprezentacje Brazylii i Polski.

fot. Ronaldinho Gaucho/FB

Czy warto było? Bez dwóch zdań! Zwłaszcza dla tych, którzy nie mieli okazji zobaczyć Rooniego na żywo w czasach, kiedy był w największym gazie. Mi na szczęścia to się udało. Było to w 2005 roku, tuż przed mundialem w Niemczech przy okazji Pucharu Konfederacji. Na stadionie w Lipsku Brazylia pogoniła Grecję 3:0. Ronaldinho gola nie strzelił, ale ten mecz w moim piłkarskim życiu przeszedł do historii. Od tego momentu minęło równe 20 lat. Od tamtej pory obejrzałem tysiące piłkarskich spotkań. Nikt nie wywarł na mnie takiego wrażenia jak Ronaldinho. Był na tle wszystkich jak przybysz z innej planety.

I co z tego, że jego nogi nie są już tak szybkie, a ruchy nieco cięższe. Jego obecność przypomniała nam, za co kochamy tę grę. Nie za liczby, statystyki czy analizy wszechobecnych wszędzie ekspertów. Za błyskotliwość, za radość, za chwilę, w której piłka staje się czymś więcej niż tylko przedmiotem. Wczoraj Ronaldinho znów sprawił, że Chorzów stał się centrum futbolowego wszechświata. A on na kilkadziesiąt minut spadł nam z kosmosu.

I oby takich chwil było więcej. Bo świat futbolu w dobie VAR-u i taktycznych niuansów, wciąż potrzebuje magików. A Ronaldinho był i pozostanie największym z nich.

Z Piłką w Sercu (ST)

ST
ST

Jeden komentarz

Piszesz konkretnie, a zarazem z polotem.Dobrze się to czytało. Forma i treść – jedno wspiera drugie. Zapisuję stronę – za jakiś czas będę chciał tu wrócić, żeby poczytać nowe mam nadzieje równie dobre teksty. Co skłoniło Cię do podjęcia właśnie tego tematu? Czy to był impuls, czy wynik dłuższych przemyśleń?