Wielkimi krokami zbliża się Euro 2024. Zawsze w takich przypadkach popadam w nostalgiczny nastrój, wspominając przeszłe mistrzostwa. Pamiętacie “swój” pierwszy wielki turniej piłkarski? Nie jakieś przebłyski i pojedyncze momenty (dla mnie np. przestrzelony karny Baggio w ‘94), tylko takie mistrzostwa, które obejrzeliście świadomie – wiedząc co oglądacie, kto bierze udział i o co gra?
Dla urodzonych w drugiej połowie lat 80. mógł to być Mundial w USA ‘94 albo Euro ‘96, dla mnie to Francja ‘98. Gdy wspomina się coś, co przeżywało się po raz pierwszy – ciężko mówić o obiektywnej ocenie. Nostalgia to w końcu potężny “narkotyk”. Ale tak się składa, że Mundial ‘98 to jeden z najlepszych, najbardziej barwnych i efektownych turniejów w historii. Chcecie wiedzieć dlaczego?
Druga połowa lat 90. XX wieku to okres szczególny dla fanów sportu. Z jednej strony byliśmy jeszcze zakorzenieni w “dawnej epoce” – o najlepszych piłkarzach i meczach często mogliśmy jedynie poczytać w gazetach. Zagraniczne rozgrywki ligowe nie były tak łatwo dostępne jak dziś. Internet co prawda był, tylko kto miał do niego dostęp? A nawet jeśli, to było tam tyle co w Telegazecie. Portale z materiałami wideo czy streamingowe to była pieśń przyszłości. Z drugiej strony – to właśnie był ten okres “wchodzenia w nowoczesność” – w telewizji Liga Mistrzów, magazyny piłkarskie (i niezapomniane NBA Action!), w kioskach “Ruchu” zaczęły królować wszelkiej maści kolorowe magazyny sportowe, naklejki, plakaty i gadżety związane ze sportem. Jednym słowem – komercjalizacja, więc i popularyzacja sportu. Koszykarski GOAT Michael jordan był u szczytu, a do mainstreamu wdzierali się piłkarze: Beckham, Ronaldo (ten brazylijski!), Zidane czy Del Piero. W Polsce fascynował Marek Citko, a każdy domorosły trampkarz chciał mieć “plaster sportowy” na nosie jak Marcin Mięciel. Podróbki piłkarskich koszulek kupowało się na lokalnym targowisku, bo oryginałów nie było, albo kosztowały pół miesięcznej pensji przeciętnego Polaka.

MUNDIAL PIĘKNY I KOLOROWY
W tym klimacie 10.06.1998 rozpoczął się Mundial we Francji. Na stadionach oszałamiała feeria kolorów i wymyslne stroje kibiców, a na murawie była absolutna plejada najlepszych graczy na świecie. To nazwiska, które do dziś rozpalają wyobraźnię, a większość z nich w swoim “prime” lub wchodzący na największą piłkarską scenę. Brazylijczycy Ronaldo, Rivaldo, Cafu i R. Carlos, argentyński snajper Batistuta, Veron i wiecznie niespełniony Ortega, holenderska złota generacja z Bergkampem, Davidsem, Kluivertem i Overmarsem na czele. Z Włoch Christian Vieri z Del Piero, legendy Premier League Alan Shearer i David Seaman do spółki z Scholsem i Beckhamem, eksplodujący piłkarsko Michael Owen, duński dynamit z braćmi Laudrup na czele. Z Ameryki Południowej przybyli owiani legendami: Chilavert (paragwajski bramkarz strzelający gole z wolnych i karnych) i kolumbijczyk Valderrama, do tego zabójczy duet chiijskich napastników – Salas i Zamorano. Nigeryjczycy wystawili bodaj najsilniejszą ekipę w swojej historii – Super Orły reprezentowali: Kanu, Babangida, Taribo West i magik “Jay-Jay” Okocha, którzy dwa lata wcześniej wygrali złoto na olimpiadzie.

Mimo że większość wymienionych zawodników i krajów zaprezentowała się w ‘98 świetnie, to nie do nich należał ten Mundial. Najjaśniej rozbłysły bowiem gwiazdy Francji i Chorwacji. W przypadku gospodarzy wcale nie było to takie oczywiste. Choć dziś brzmi to jak kiepski żart, wtedy poza Zidanem skład Les Blues raczej nikomu nie imponował. Francuska piłka na początku lat 90. XX pogrążyła się w kryzysie, przegrane eliminacje do MŚ rozgrywanych we Włoszech (‘90) i USA (‘94) traktowano nad Sekwaną jak katastrofę. Wtedy też zaczął się proces reformy francuskiej piłki, ale jej owoców nie było jeszcze widać. Kadra szykująca się do mistrzostw, w grach kontrolnych prezentowała się przeciętnie. W ogniu ciągłej krytyki był trener Aimé Jacquet.
Występ Chorwacji na francuskim Mundialu był za to absolutnym szokiem i objawieniem turnieju. Ten kraj tyle co odseparował się od Jugosławii, dopiero podnosił się po okresie wewnętrznych niepokojów, wojen i biedy na Bałkanach. Francja ‘98 była piłkarskim debiutem Chorwacji na mistrzostwach. Poza Davorem Sukerem chorwaccy piłkarze byli kompletnie nieznani szerszej publiczności.
Na francuskim Mundialu po raz pierwszy zagrały 32 zespoły. To pozwoliło zadebiutować drużynom jak Jamajka, Japonia czy RPA i zaprezentować światu futbol w całej swej różnorodności. Przez lata był to też Mundial z najwyższą liczbą goli (171). Rekord wyrównano dopiero w Brazyli w 2014, a jedna bramka więcej padła w Katarze. Prawie 3 bramki na mecz to naprawdę piękny wynik.
GRUPOWE POTYCZKI CZAS ZACZĄĆ
W fazie grupowej faworyci przeważnie nie zawodzili, choć nie obyło się bez niespodzianek. Warta odnotowania jest porażka naszpikowanej gwiazdami Brazylii z Norwegią, która co prawda “kanarkowym” nie zaszkodziła, ale skandynawom dała awans do dalszych gier rzutem na taśmę. Do największej sensacji doszło w grupie D, gdzie kosztem imponującej Nigerii i Paragwaju z turniejem pożegnały się Hiszpania i Bułgaria. La Furia Roja miała skład pełen zawodników Realu Madryt, który tyle co wygrał Ligę Mistrzów, ale Hiszpanii nic to nie dało. W Bułgarii grał Christo Stoiczkow (Złota Piłka ‘94), który na amerykańskim Mundialu doszedł z kadrą aż do półfinału. To też ci sami Bułgarzy, którzy do rozpaczy doprowadzili Francję w eliminacjach do MŚ ‘94, kosztem trójkolorowych jadąc na turniej do USA.
A jak przy amerykanach jesteśmy – ci w grupie F zmierzyli się z Iranem, a mecz był traktowany jako spotkanie wielkiego ryzyka. Od lat trwał konflikt i interwencjonizm amerykański na Bliskim Wschodzie, relacje obu państw były niezmiernie napięte. Nie będziemy wchodzić w politykę, ale dość powiedzieć, że Stany były nazywane przez Iran “szatanem” – przed meczem obawiano się brutalnych incydentów, a nawet ataku terrorystycznego. Na szczęście na obawach się skończyło, na boisku obie ekipy wzniosły się ponad brudną politykę i wojnę. Amerykanie, mimo że wylosowali rolę “gospodarzy”, przeszli wzdłuż ekipy irańskiej podając im ręce, choć zwyczajowo robią to “goście” meczu. Irańczycy za to wykonali gest, który przeszedł do historii, wręczając Amerykanom białe róże na znak pokoju. W meczu Iran wygrał 2:1.

Tymczasem w grupie H szalał Argentyńczyk Batistuta, który strzelając hat tricka Jamajce, zapisał się do elitarnego grona piłkarzy, którzy na Mundialach zdobyli po dwa hat tricki. Poza Batigolem tej sztuki dokonali tylko legendarni: Sandor Kocsis (1954), Just Fontaine (1958, 13 goli w 6 meczach!!!) i Gerd Müller (1970). Ofiarą Batistuty w 1998 padła też Japonia, która w swoim debiucie na Mundialu nie zdobyła ani punktu.

ZŁOTY BLANC, CZERWONY BECKHAM
Prawdziwych rumieńców francuski turniej nabrał jednak w fazie pucharowej. Po łatwej przeprawie w grupie, męczarnie z Paragwajem przeżyli Francuzi, którzy do zwycięstwa potrzebowali gola w dogrywce. Bramka była historyczna, bo okazała się pierwszym “złotym golem” (kończącym od razu mecz) w dziejach MŚ. Jej strzelcem był stoper Laurent Blanc.
W innym meczu 1/8 finału spotkali się mundialowi arcyrywale: Anglia i Argentyna, a sam mecz okazał się jednym z najlepszych nie tylko na tych mistrzostwach, ale w historii Mundialu. Mecz miał niesamowitą temperaturę, już po kilku minutach było 1:1 (karne Batistuty i Shearera). Potem błyskiem geniuszu popisał się nastoletni Michael Owen, który z szybkością błyskawicy przebiegł obok bezradnych obrońców Argentyny u mocnym strzałem pod poprzeczkę nie dał szans bramkarzowi Albicelestes. Bramka może nie tak piękna jak rajd Maradony z ‘86, ale z pewnością jedno z trafień turnieju (ten gol otworzył wrota do wielkiej kariery młodemu Anglikowi). Na koniec pierwszej połowy wyrównał Zanetti. Kolejny ikoniczny moment to czerwona kartka Beckhama, za kopnięcie Diego Simeone, który pewnie ledwo poczuł to kopnięcie, ale padł jak rażony piorunem. Po tym incydencie Beckham został znienawidzony w Anglii. Prasa pisała o 10 walecznych lwach i jednym głupim chłopaczku. W tym legendarnym meczu padła jeszcze jedna, lecz z wątpliwych przyczyn anulowana, bramka Sola Cambella. Jako że w dogrywce gole nie padły – rozstrzygały karne, a tu tradycyjnie Anglicy musieli przegrać.

foto: www.sbs.com.au
CHORWACKA SAMBA I “WONDER GOAL” BERGKAMPA
Równie gorąco było w ćwierćfinałach. Brazylijczycy wpadli na świetnie dysponowanych Duńczyków i obie ekipy dały jeden z efektywniejszych meczów na turnieju. Na zmianę prowadzili jedni a to drudzy, lecz ostateczny cios wymierzyli Canarinhos za sprawą Rivaldo i mecz zakończył się wynikiem 3:2. Niestety, do tego poziomu nie nawiązali Francuzi i Włosi. To był chyba najnudniejszy mecz fazy pucharowej. Bezbramkowo po 120 minutach i karne, które lepiej strzelali trójkolorowi. Na brak atrakcji nie można było narzekać w pozostałych spotkaniach. Szokiem okazał się mecz Chorwacji z Niemcami. Co prawda gracze z Bałkanów prezentowali się dotychczas świetnie, ale w opinii większości to był ten moment, gdy piękna bajka Chorwatów dobiegnie końca. Stało się wręcz odwrotnie – Chorwaci grali swój najlepszy mecz Mundialu i zdemolowali Niemców 3:0. W tym momencie już nikt nie ważył się ich lekceważyć.

foto: www.fifa.com
Ostatnią parę 1/4 utworzyli starzy znajomi w poprzednich Mundiali – Argentyna i Holandia. Los wyjątkowo lubi splatać losy tych dwóch reprezentacji (Holandia z Cruyffem zmiażdżyła rywala 4:0 w 1974, Argentyna wygrała z Oranje finał MŚ 1978 wynikiem 3:1, itd). W 1998 obie ekipy wymieniły się ciosami w pierwszych 20 minutach i do samej końcówki utrzymywał się remis 1:1. Drużyny kończyły mecz w dziesiątkę bo czerwień obejrzeli Numan i Ortega. Wtedy nadeszła 89. minuta spotkania, chyba najbardziej ikoniczny moment mistrzostw. Frank de Boer posyła “lagę” do przodu, ale w ataku pomarańczowych jest piłkarski geniusz – Dennis Bergkamp. Idealnie przyjmuje lecącą przez całe boisko piłkę, jednym eleganckim ruchem mija bezradnego obrońcę i zewnętrzną częścią stopy wbija piłkę do argentyńskiej bramki. Ograni Roberto Ayala i bramkarz Roa mogą tylko w rozpaczy patrzeć na radość Holendra. Ten gol był analizowany, rozbierany na czynniki pierwsze i powtarzany do znudzenia. Jeśli jest coś takiego jak poezja w ruchu, to była nią ta bramka. Argentyńczycy odpadli, ale zostawili po sobie niezapomniane wrażenia na francuskiej ziemi.

foto: www.theguardian.com
“FENOMEN” W GAZIE I ZAGWOZDKA THURAMA
W pierwszym półfinale zagrały Brazylia z Holandią. Obie ekipy naszpikowane gwiazdami, obie rozkręcające się w trakcie turnieju. Języczkiem u wagi był oczywiście brazylijczyk Ronaldo, słusznie nazywany Fenomenem. Jego karierę naznaczą później liczne kontuzje, ale we Francji był u szczytu swoich fizycznych możliwości. Wydawał się być napastnikiem idealnym – zjawiskowa szybkość, dynamika, fantastyczna technika i drybling, a przy tym dobra siła fizyczna i umiejętność wykończenia każdego rodzaju akcji. Fenomeno nie zawiódł w półfinale. Od początku nękał Holendrów, w 46. minucie wyprowadził Brazylię na prowadzenie. Pomarańczowi też jednak grali dobrze i zdołali w końcówce wyrównać po główce Kluiverta. Do wyłonienia finalisty potrzebne były karne, gdzie Brazylijczycy byli bezbłędni i to oni mieli na Stade de France bronić tytułu z 1994.

Kto był faworytem drugiego półfinału? Gospodarze? Czy może rozpędzona Chorwacja, ze zmierzającym po koronę Króla Strzelców Sukerem? Wspierali go Prosinecki, Robert Jarni i reszta walecznego składu. Francuzi, nawet jeśli nie zachwycali, byli świetnie zorganizowani i mieli żelazną defensywę, która dotychczas dała sobie wbić tylko jednego gola. W obronie brylowali Blanc, Desailly i Thuram, za plecami mając bramkarza, który stał się swego rodzaju talizmanem drużyny – Fabiena Bartheza. Ten łysy zawodnik miał charyzmę, świetnie bronił i prezentował sporą odwagę na przedpolu. Tradycją zespołu stał się pocałunek składany na glacy Bartheza przez lidera obrony – Laurenta Blanca. Tym razem jednak coś się zacięło i to Chorwacja objęła prowadzenie po golu niezawodnego Sukera. Błąd popełnił Thuram (wyraźnie złamał linię spalonego), który tak sobie wziął do serca winę, że już minutę po stracie gola strzelił bramkę. A potem kolejną. Wykonał też wtedy jedną z najbardziej charakterystycznych “cieszynek” turnieju. Po drugim golu uklęknął i położył palec na ustach w geście zadumy, jakby pytając: “Co tu się dzieje? Co ja właściwie zrobiłem?”. Pytanie zasadne, bo Thuram rozegrał dziesiątki meczów dla Francji i nigdy nie strzelał bramek. Ani wcześniej, ani już nigdy później. A tutaj dublet i Francja melduje się w finale marzeń.

foto: www.bfrplshop.ibermaticoss.com
BRĄZOWE CZY ZŁOTE POKOLENIE CHORWATÓW?
Chorwaci musieli oczywiście czuć rozczarowanie, ale to czego już dokonali na Mundialu i tak przechodziło z miejsca do historii. Debiutant dociera do półfinału, po drodze prezentując klasowy futbol, bijąc jedną z najbardziej utytułowanych reprezentacji w historii i niemal pokonując gospodarzy turnieju. A to nie był jeszcze koniec tej pięknej opowieści. Do rozegrania został mecz o trzecie miejsce. Niektórzy twierdzą że zupełnie zbędny. Chorwaci jednak uważali, że do domu lepiej przywieźć brązowy medal, niż zastanawiać się kto powinien stanąć na podium. Pokonali więc Holandię 2:1. Zwycięską bramkę po prostu musiał strzelić Davor Suker, który tym samym niemal pieczętował Złotego Buta Mundialu, chyba że Ronaldo planował ustrzelić hat tricka z Francją. Wyczyn Chorwacji przeszedł do legendy MŚ. W kraju stał się przyczynkiem do ogromnej dumy narodowej i rozwoju futbolu – Chorwacja do dziś bywa nazywana “Brazylią Europy”, ze względu na świetne wyszkolenie techniczne zawodników i liczbę talentów, które rusza z Bałkanów na podbój piłkarskiego świata. Sukcesu Chorwatów z 1998 roku nie była nawet w stanie przyćmić… reprezentacja Chorwacji, która w 2018 i 2022 zdobyła srebro i brąz MŚ. Tak to już jest z pierwszymi razami.
TAJEMNICA RONALDO I ŁYSE GŁOWY FRANCUZÓW
W finale Mundialu ‘98 wielu zwiastowało porażkę Francuzów i koronację Ronaldo na nowego “Króla Futbolu”. Faktycznie droga obu ekip do finału na to wskazywała. Francuzi grali dobrze i sporo strzelali, ale tylko na tle słabych rywali w grupie. W fazie pucharowej męczyli się niezmiernie, jedyne bramki zdobywali obrońcy i to w heroicznych okolicznościach. Ten, który miał być liderem i ponieść Francuzów, czyli Zinedine Zidane, trochę rozczarowywał. To nie on doprowadził Les Bleus do finału, po drodze dostał jeszcze czerwoną kartkę i pauzował 2 mecze. Tymczasem Brazylia i Ronaldo, którzy w grupie nie zachwycili, rośli w trakcie turnieju. W 1/8 finału rozbili Chile, potem dali doskonałe mecze ze wspomnianymi Duńczykami i Holendrami. Przed trenerem Zagallo stała historia – mógł zostać absolutnym rekordzistą medalowym MŚ (dwa razy złoto jako piłkarz w 1958 i 1962 oraz jako trener w 1970). Czterech złotych medali nie miał nawet Pele.
Jednak to co wydarzyło się 12.07.1998 obrosło już mitami. Nagle okazało się że Ronaldo, który miał dać Canarinhos 5 tytuł – nie zagra. Nikt nie wiedział co się dzieje. Piłkarski świat obiegły plotki o “tajemniczej chorobie” piłkarza. Lider Brazylijczyków miał trafić do szpitala. Właściwie do dziś nie udało się dokładnie ustalić co tak naprawdę miało miejsce. Ronaldo w dniu finału miał dostać konwulsji, przypominających atak epilepsji. Ratowali go koledzy, którymi to wydarzenie wstrząsnęło. Trudno było myśleć o meczu, gdy nie było wiadomo co ze zdrowiem kolegi. Czy to padaczka? Atak paniki? Nerwica? A może zła reakcja organizmu na przeciwbólowe leki, które miał przyjmować napastnik? W Brazylii potem powoływano specjalne komisje do wyjaśnienia sprawy. Tymczasem na moment przed meczem Ronaldo wraca ze szpitala. Lekarze stwierdzają, że jest zdrowy i może grać. Co ma zrobić trener? Posadzić największą gwiazdora na ławce, skoro medycy dopuszczają go do gry? Ronaldo wybiega zatem na boisko, ale w trakcie meczu jest cieniem samego siebie – snuje się po murawie, nie umie odnaleźć formy z wcześniejszych dni.

foto: www.beinsports.com
Tylko czy zdrowy Ronaldo coś by tu pomógł? Tak krytykowany wcześniej trener Francuzów Aimé Jacquet przygotował na ten mecz mistrzowski plan. Anulował absolutnie wszystkie atuty Brazylijczyków, a jego gracze byli naładowani elektryzującą tego wieczora atmosferą Stade de France. Byli szybsi, silniejsi, sprytniejsi i kontrolowali spotkanie od pierwszej do ostatniej minuty. W końcu “odpalił” Zizou, który dwukrotnie trafił do bramki Canarinhos. Oba gole były bliźniacze – strzelone łysiejącą już wtedy głową po rzutach rożnych. Brazylia, tak jak i Ronaldo zdawali się być oszołomieni i bez argumentów. Co prawda Barthez raz niesamowicie zaryzykował i wybijając piłkę z 16 metra wpadł z ogromnym impetem w Ronaldo, czym ryzykował czerwoną kartą i karnego dla Canarinhos, ale sędzia nie dopatrzył się faulu. Francja i tak kończyła w osłabieniu bo czerwień zobaczył Desailly, ale nic to nie zmieniło. Brazylię dobił Emmanuel Petit, który wykończył kontrę Les Bleus. Francja eksplodowała w szale radości. Puchar odebrał nazywany przeciętniakiem i wyrobnikiem Didier Deschamps. Ten sam, który potem wzniesie go w 2018 jako trener trójkolorowych. Euforia we Francji była niesamowita. Wznoszono nawet hasła, jakkolwiek naiwne, że oto futbol pokonał francuskie podziały społeczne, klasowe i rasowe. Ale przynajmniej na moment zunifikował kraj. Na pocieszenie Ronaldo dostał Złotą Piłkę turnieju.

FRANCJA TO BYŁ TYLKO POCZĄTEK
Francuski Mundial napisał wiele niesamowitych historii. Te narracje były potem omawiane przez lata, a niektóre miały też wielkie epilogi.
Lżony na każdym angielskim stadionie Beckham, z którego zrobiono winowajcę przegranej z Argentyną, z czasem zaczął odbudowywać swój status klasowego piłkarza. Najpierw wygrał w iście bajkowym stylu potrójną koronę z Manchesterem United. Potem założył opaskę kapitańską Anglii, by stać się bohaterem narodowym – wprowadził reprezentację na Mundial 2002 firmowym rzutem wolnym w ostatnich sekundach meczu eliminacyjnego z Grecją. A na samym Mundialu historia zatoczyła koło. Anglia spotkała się z Argentyną w grupie i nadszedł moment słodkiej zemsty. W meczy z Argetyczykami Beckham podszedł do rzutu karnego i pewnym strzałem rozstrzygnął zawody. Ten wynik w ostatecznym rozrachunku dał awans Anglii, a wyeliminował Albicelestes z MŚ.
Mistrzowska Francja czasem krytykowana na nienajlepszy styl na swoim Mundialu, dwa lata później zdeklasowała wszystkich na Euro 2000, prezentując czystą maestrię w wykonaniu Zizou i spółki. Henry i Trezeguet na MŚ byli jeszcze mało doświadczeni, ale Mundial pozwolił im sportowo dojrzeć. Na Euro byli fantastyczni, a kolejny “złoty gol” w finale z Włochami dał im mistrzostwo Europy i przypieczętował status tej ekipy, jako jednej z lepszych w historii.
A Brazylia? Finał z ‘98 to oczywiście trauma, bo w Kraju Kawy wszystko poza mistrzostwem traktowane jest jak porażka. Ale już w 1999 roku Canarinhos dosłownie zmiażdżyli konkurencję na Copa America. Ronaldo i jego koledzy byli w tym turnieju poza jakimkolwiek zasięgiem kontynentalnej konkurencji. Niestety kolejne dwa lata dla Fenomeno to istna katorga – zamiast grać musiał operować zniszczone kolano, a niekończące się leczenie i rehabilitacje poddawały w wątpliwość czy kiedykolwiek jeszcze wróci do piłki na wysokim poziomie. Nie tylko wrócił, ale zaliczył jeden z najbardziej spektakularnych “comebacków” w historii futbolu. Praktycznie bez gry powrócił na MŚ w Korei i Japonii. Okazało się że przygotował idealną formę. Brazylia, która wcale nie była faworytem… wygrała wszystkie swoje mecze. Fenomeno strzelił 8 bramek, w tym 2 w finale, zakończonym wynikiem 2:0 z Niemcami. Ronaldo zmazał wszystkie traumy przeszłości. Wygrał upragniony Puchar Świata, przy okazji zostając Królem Strzelców turnieju. Tym samym potwierdził że jest jednym z najlepszych piłkarzy w dziejach. Oczywiście triumf nie byłby tak spektakularny, gdyby nie przegrana we Francji w ‘98.

Od tych zdarzeń minęło już ponad ćwierć wieku, ale zostaną one w pamięci kibiców już na zawsze. Na naszych oczach pisała się historia. Takie momenty należy doceniać, bo tak jak starsi koledzy mieli możliwość podziwiać Maradonę czy Van Bastena – moje pokolenie zna tych piłkarzy jedynie ze wspomnień, książek i klipów w internecie. My za to mogliśmy podziwiać Ronaldo “Il Fenomeno”, Zidane’a, Batistutę i całą plejadę fantastycznych graczy z przełomu wieków. Czy są tu tacy co nie marzyli w latach 90. o fryzurze na grzyba à la Beckham? A Francja ‘98 to obok Kataru 2022 najlepszy Mundial w historii. Change my mind!

