Jest coś cholernie dziwnego w tym, że między ostatnim mistrzostwem Arsenal F.C. a obecnym minęły całe 22 lata. Dwadzieścia dwa. W świecie piłki to praktycznie epoka geologiczna. Kiedy Arsenal ostatnio wygrywał Premier League, świat wyglądał zupełnie inaczej – Highbury jeszcze żyło, Thierry Henry był bardziej zjawiskiem niż piłkarzem, a internet dopiero zaczynał zamieniać futbol w niekończący się młyn opinii, memów i toksycznych debat.
Arsenal Arsène’a Wengera był drużyną, którą ludzie pamiętają trochę jak sen. Niepokonani. “Invincibles”
Brzmi jak nazwa zespołu z komiksu i właściwie tak byli odbierani. Oni nie grali meczu po to, żeby cię zmęczyć pressingiem i kontrolą przestrzeni. Oni cię upokarzali techniką. Piłka chodziła lekko, wszystko wyglądało naturalnie. Dennis Bergkamp potrafił przyjąć futbolówkę tak, jakby miał z nią prywatną rozmowę, Vieira wyglądał jak człowiek wysłany do ligi z przyszłości, a Henry biegał z tym swoim charakterystycznym luzem, jakby cała Premier League była po prostu jego prywatnym boiskiem.

fot. Goal.com
Właśnie dlatego obecny Arsenal jest tak fascynującym kontrastem
Drużyna Mikela Artety nie przypomina tamtej romantycznej ekipy prawie wcale. To nie jest futbol, który ma cię oczarować. To futbol, który ma cię udusić. Dzisiejszy Arsenal jest zimniejszy, bardziej wyrachowany, bardziej nowoczesny. Tamci wyglądali jak artyści. Ci wyglądają jak laboratorium.
Najbardziej symboliczne jest chyba to, że twarzą obecnego mistrzostwa nie został kosmiczny showman pokroju Henry’ego, tylko Bukayo Saka – chłopak wychowany w klubie, który przeszedł z Arsenalem wszystkie etapy odbudowy. Od żartów o “procesie”, przez przegrywane końcówki sezonów, po moment, w którym wreszcie przestali się bać własnych ambicji.
Warto też wspomnieć o Maxie Dowmanie, który przy okazji tego mistrzostwa zapisał się na kartach historii Premier League. W momencie zdobycia tytułu miał dokładnie 16 lat i 144 dni, co czyni go najmłodszym w historii mistrzem Anglii. Trochę absurdalne, kiedy pomyśli się, że większość piłkarzy w tym wieku dopiero marzy o debiucie w seniorskiej piłce, a on już ma na koncie tytuł mistrza Premier League

fot. BBC
Arsenal i łatka drużyny, która zawsze pęknie
Od wielu lat każdy wiedział, że przyjdzie marzec albo kwiecień i wszystko się rozsypie. Trochę jak trauma ciągnąca się od końcówki ery Wengera. Klub z północy Londynu, po 2004 roku, już nigdy nie odzyskał ligi. I z czasem sam Arsenal zaczął wyglądać jak klub żyjący wspomnieniami – pięknymi, ale coraz bardziej zakurzonymi.
Dlatego to mistrzostwo smakuje inaczej niż tamto
W 2004 roku Arsenal miał aurę drużyny, która po prostu wie, że jest najlepsza. Niepokonani szli przez ligę z pewnością siebie graniczącą z arogancją. Dzisiaj ten triumf bardziej przypomina historię o obsesji i cierpliwości. O trenerze, którego wyśmiewano za słowo “process”. O drużynie, która przez kilka lat uczyła się przegrywać, zanim nauczyła się wygrywać.

fot. Arsenal/FB
Może właśnie dlatego wielu kibiców mówi, że emocjonalnie ten tytuł smakuje lepiej?
Bo “Invincibles” byli mitem już w trakcie swojego istnienia. Dzisiejszy Arsenal bardziej przypomina ludzi, którzy latami próbowali wrócić do własnej legendy. I w końcu im się udało.
A najpiękniejsze jest chyba to, że oba mistrzowskie zespoły pokazują dwa kompletnie różne oblicza futbolu. Wenger udowodnił, że można dominować ligę pięknem gry. Arteta pokazał, że nowoczesna piłka wymaga obsesyjnej kontroli każdego detalu. Dwa różne światy, dwa różne temperamenty, jeden klub. Klub, który po ponad dwóch dekadach wrócił na szczyt.








Dodaj swój pierwszy komentarz do tego posta