Kuman – największy piłkarski talent spod tartaku

W latach 90-tych po ulicach małego, robotniczego Bukowna za piłką uganiało się mnóstwo dzieciaków. Wielu z nich grało świetnie, ale był taki jeden, który czarował jak nikt inny. Od rana do nocy tłukł piłką w ukochanym przez siebie miejscu – przy tartaku. Był piłkarskim magikiem, a jego chude i mocno porośnięte nóżki do szału doprowadzały przeciwników i bramkarzy rywali. Wołali na niego Kuman, później zyskał przydomek Zico. Grał nieszablonowo, jakby spadł do nas z innej planety. Oprócz piłki ukochał jednak także uroki życia, a to chwyciło go mocno w swoje szpony. Poszarpało i wypluło na margines.

Upalne lato 94′

5 lipca 1994 roku (wtorek) – tego dnia w 1/8 finału piłkarskich Mistrzostw Świata w Ameryce dochodzi do starcia Bułgarii z Meksykiem. Zanim ekipa Hristo Stoichkova wyeliminuje kolorowego Camposa i spółkę z mundialu, w Bukownie jak zwykle toczy się zacięty mecz. Areną zmagań boisko obok dawnego, zabytkowego tartaku. Plac położony w samym sercu niezbyt przyjemnych bukowiańskich blokowisk, u zbiegu ulic Niepodległości i Wyzwolenia. Przechodnie, którzy w prażącym słońcu snują się po okolicy czasem przystają i rzucają spojrzeniami w stronę boiska. Ich wzrok przykuwa maleńki, drobny chłopczyk z czarnymi włosami, który na swoich szczupłych nóżkach z piłką u boku ośmiesza swoich rywali. Kiedy ma futbolówkę momentalnie doskakuje do niego czterech przeciwników, w myśl zasady siła złego na jednego, ale i to nic nie daje. Chłopczyk pląta się, przewraca, wstaje ale z każdego starcia wychodzi zwycięsko. Wszystkie akcje kończy w bardzo podobny sposób. Atomowe i precyzyjne uderzenie pod poprzeczkę. Piłka łopocze w siatce bezlitośnie. Siła strzału wprawia w podziw wszystkich. Rywale raz grę zaczynają od środka, raz od bramki jak to na podwórku bywa. Zaczynają w zasadzie tylko po to, żeby po chwili znów zaczynać. Kuman jest nie do zatrzymania. Nic nie daje nerwowa zmiana składów, wulgaryzmy rzucane w powietrze i częste kłótnie. Robi z piłką i z rywalami co chce. Tego dnia ma dopiero 9 lat. Wieczorny mecz Bułgarów z Meksykiem, kończy się dopiero po serii rzutów karnych. Bułgaria melduje się w ćwierćfinale mistrzostw świata. Bukowno żyje tym mundialem, dzieci na placach zabaw chcą być Stoichkovem, Bałakovem i Lechkovem. W promieniach zachodzącego już słońca koło tartaku słychać odgłos kopania piłki. Tradycyjnie o stare mury obija ją Daniel Kołomański. Tylko on tego dnia jest Kumanem, który już od najmłodszych lat żyje według własnych, czasem bardzo chaotycznych zasad. Koło niego nie ma już za dużo dzieciaków. Większość zniechęcona poszła już do swoich domów i zapewne wróci pod tartak jutro. Nowy dzień rozbudzi w nich nadzieję, że tym razem może uda się odebrać piłkę Kumanowi i nie przegrać z nim meczu. Czas pokaże, że te nadzieje będą bardzo złudne. Kiedy jest już całkiem ciemno, Kuman ściąga zieloną siatkę z bramki. Kręci się jeszcze koło bloków i też znika za ich murami. Przyjdzie na boisko jutro i na pewno jako pierwszy.

Bukowno jedno takie miasto na sto

W Bukownie nawet jak ludzie się nie znają to wiedzą o sobie praktycznie wszystko. Taka jest specyfika tego miasteczka, które w latach 90-tych sypnęło piłkarskimi talentami. Jest to fakt niezaprzeczalny. Inna sprawa, że większość tych obdarzonych darem od Boga dzieciaków, nie do końca z tego prezentu niebios skorzystało jak należy. Przyczyn takiego stanu rzeczy należy upatrywać w środowisku rówieśniczym i rodzinnym, które na dalsze życiowe losy miało niewątpliwie wpływ największy. Bukowno z lat 90-tych to miejsce i czas, który do łatwych nie należał, ale patrząc oczami dziecka dostrzegało się tylko beztroskę. Jakby czas stanął w miejscu, a problemów nie było żadnych. Te lata dzieciństwa to najpiękniejszy okres w życiu. Czas w którym królowała lemoniada na miejscu. Raptem parę groszy, a momentalnie pragnienie było zaspokojone. Zwłaszcza w przerwach długich piłkarskich meczów toczonych dosłownie wszędzie. Rarytasem była oranżada w proszku, a w blokach i domach pojawiały się pierwsze anteny satelitarne. Największą furorę robiły oczywiście te, które miały ruchomą automatycznie czaszę. Dzięki temu nie trzeba było wychodzić z miotłą na balkon i przekręcać z astry lub na astrę. Wystarczył „pyk” w pilocie i Telewizja Polonia zmieniała się w SAT1, gdzie w sobotnie wieczory królowały skróty piłkarskich spotkań z Bundesligi. Wyniki ich miały szczególne znaczenie zwłaszcza, że w piątek wszyscy puszczali piłkarskiego totolotka marząc o poprawnym wytypowaniu trzynastu meczów. Czasem jakiś grosz wpadał, a zysk z tej zabawy zazwyczaj przepuszczany był w sklepie zoologicznym, gdzie nabywało się petardy, które później odpalano w lesie koło szkoły. Po ulicach na rowerach przemykały dzieci, które wiozły pełne siaty pościeli. Wizyta w maglu była obowiązkiem przynajmniej ten raz w miesiącu. Krochmalenie pościeli, którą zawsze na niedzielę zmieniała mama – było wręcz rytuałem. W drodze powrotnej z magla można było przystanąć w sklepie wielobranżowym i zapodać na młody żołądek pyszną kaskadę, której smaku nie odtworzył później już żaden inny producent napojów. Bukowno lat 90-tych to właśnie smak pomarańczowej kaskady, ale i dorośli mieli swoje smaki. Na stołach królował czysty Cymes z żydem w kapeluszu, a tam gdzie obecnie znajduje się Lewiatan przy ul. Nowej był nieodżałowany bar o nazwie Express. Największy ruch panował w nim tuż po godzinie 14-tej. Wtedy to mężczyźni wracali z huty i dość szybko zapominali o bożym świecie. Załatwiali się na dobre wręcz ekspresowo. Nie ma się co dziwić, czasu na długie posiadówki nie było, bo rano o szóstej trzeba było znów zameldować się na stanowisku pracy. Wódka lała się tam szklankami, a i palić wolno, a nawet trzeba było. Z czasem Express upadł, zysków nie przynosił bo klientela piła swoje trunki, które rozlewała pod stołem. Czara goryczy przelała się kiedy do Expressu wjechał facet z koniem i bryczką. Był tak pijany, że nie zauważył szyby. Na asfalcie dziewczyny grały w gumę i klasy. Nie było ulicy, która nie zaznała malunków kredą. Chłopcy grali w piłkę – wszędzie. Mocną ekipę miała ulica Starczynowska, która swoje mecze rozgrywała na popularnej Kamionce. Silni zawsze byli chłopcy, którzy od rana do wieczora uganiali się za piłką koło cmentarza. Grano wszędzie, na 1-go Maja, na Reymonta, na działkach, koło tartaku, na Wygiełzie czy koło szkoły. W każdej tej części miasta są piłkarscy wirtuozi. Nie ma szkółek piłkarskich, nie ma telefonów, aplikacji, komputera ani internetu. Dzwonić można na żeton z automatu koło poczty, ale nie bardzo jest do kogo, gdyż wszyscy są gdzieś na dworze. Gdy zapada zmrok miasto pustoszeje, robi się cicho. Słychać tylko walenie piłką o mury tartaku. Strzały są mocne, to i odgłos niesie się dość wyraźnie. Jakby właśnie zbliżał się towarowy z Jaworzna Szczakowej.

Kuman czyli bukowiański Jean Pierre-Papin

„Niesamowite jaja! Trafiasz z tematem w sedno. Ostatnio z kolegą nawet wspominaliśmy wszystkie piłkarskie gwiazdki z naszego miasta. Nie ma tu żadnej przesady. Zico miał wszystko, wspaniała technika, wyborna lewa i prawa noga. Koniecznie zwróć uwagę, że w tym wieku mało kto posługiwał się dwoma nogami. Dla niego nie było żadnej różnicy, którą nogą kopał. On i Krzystanek z Niepodległości jako pierwsi strzelali z przewrotki. Ja wtedy takie coś widziałem pierwszy raz na żywo. Pełna szybkość i mocny, precyzyjny strzał przewrotką. Zazwyczaj każdy lądował w siatce. Walił z obu nóg i ciężko było to obronić. Tak strzelał tylko Jean Pierre-Papin, znałem to z telewizji. Kumana oglądaliśmy na żywo. Wiem coś o tym, bo sam byłem wtedy bramkarzem. Grałem z Zico u trenera Michalskiego. Ten chłopak miał wszystko, przegląd pola, drybling, szybkość. Do siódmej klasy wymiatał, a potem wiadomo…” – kończy swoją wypowiedź Wojciech Paś, który w tamtych czasach stał między słupkami i nie raz stawał oko w oko z Kołomańskim.
Daniel nie lubił opuszczać swoich rewirów. Oczywiście robił to kiedy była taka potrzeba, ale zazwyczaj starał się brylować na boisku koło tartaku. Sporadycznie odwiedzał też plac koło cmentarza. Piłka u nogi, głowa w dół i jazda. Nie było na niego siły, choć kopali go po nogach i poniewierali niemiłosiernie. Nikt nie lubił kiedy się wygrywało na jego terenie. Boisko koło cmentarza do takich miejsc należało. Nie był to teren przyjazny dla Zica, ale szanował go tam każdy.

Siła razy gwałt

23 luty 2019 rok (sobota) – dwóch przykurzonych pyłem mężczyzn układa cegiełkę na ścianie w jednym z krakowskich bloków. Idzie topornie, tu trzeba dociąć, tam coś odłazi, gdzie indziej znów coś nie pasuje. Typowa orka na ugorze. Jeden z nich to Paweł Jasik, chłopak który z Kumanem chodził kilka dobrych lat do klasy.

„Zico, Zico, Zico – co ja mogę powiedzieć? To był piłkarski artysta, jeden z lepszych, najlepszy. Graliśmy razem i rozumieliśmy się bez słów. Praktycznie wszystkie piłki, które mu dogrywałem zamieniał na gole. Walił jak z armaty, wszyscy się dziwili, że tak młody chłopak potrafi tak mocno kopać. Czasem miałem wrażenie, że to mocny, dorosły koń walnął piłkę kopytem, ale przecież żaden koń z nami nie grał. Bramkarze mieli ciężko. Szkoda, że Kuman nic z tym talentem nie zrobił. Wszystko zaprzepaścił…”.

Jasik rzeczywiście wie co mówi. W młodzieńczych latach dał się poznać jako niesamowicie pracowity zawodnik. Harował w obronie i w ataku. Odbierał, rozgrywał i blokował ataki rywali. Typowy pracuś od czarnej roboty. Grał razem z Kumanem w jednej drużynie. Potem w klubach piłkarskich, z którymi związał swoją przygodę sportową również słynął właśnie z tych cech. Był solidnym piłkarzem, który na treningach i meczach dawał z siebie wszystko. Zawsze wpasował się w ramy i założenia taktyczne trenerów. Kuman był jego przeciwieństwem. Nie interesowała go taktyka, nie słuchał nikogo. Wszędzie grał jakby był koło tartaku. Na treningi zazwyczaj nie chodził, bo po co? Co miał trenować? Wszystko przecież umiał. Tak chyba wtedy myślał. Bardzo chciał, ale nie potrafił do niego dotrzeć nawet trener Ryszard Michalski. Świetny pedagog, wychowawca i wspaniały trener młodzieży. Ostatnią szansę dawał mu sto razy. Michalski słynął z dobrego warsztatu trenerskiego ale i z solidnej dyscypliny. Kuman słowa dyscyplina nie miał w swoim słowniku. Robił co chciał, a jak czegoś nie chciał to nie było na niego siły. Dłużej taki układ nie mógł trwać, bo inni źle patrzyli kiedy w oficjalnych meczach w pierwszym składzie wychodził Kołomański, a na treningu widziano go może raz w przeciągu miesiąca.

„Kuman, Kuman znów siła razy gwałt!!!” – właśnie tak po jego golach krzyczał trener Michalski, bo Kuman chyba nie umiał inaczej. Strzelał jak natchniony, a do precyzji strzału dokładał niesamowitą siłę. Nawet jak pakował piłkę z bliskiej odległości do pustej bramki to musiało być z pełną mocą. Siatki ledwo wytrzymywały.

Historia ksywki na całe życie

20 maj 1992 roku (środa) – tego dnia rozgrywany jest finał Pucharu Mistrzów. Wielka Barcelona mierzy się z Sampdorią Genua. Zwycięska bramka pada dopiero w dogrywce, w 112 minucie meczu. Z rzutu wolnego z 25 metrów tuż przy słupku piłkę do siatki Gianluci Pagliuci pakuje Ronald Koeman. Uderzenie okropnie mocne, bramkarz nie miał szans nawet na drobne drgnięcie. Bukowiańskie dzieci oczywiście ten finał oglądają w swoich blokach i domach. Ci co są za Barceloną otwierają okna i w geście radości puszczają z kasety magnetofonowej wielki przebój Kaomy „Dancando Lambada”. Lambada niesie się na Wojska Polskiego i na Niepodległości. Kaoma ma też swoich zwolenników na Szkolnej, Wyzwolenia, Reymonta i 1-go Maja. Dzień później dzieci normalnie idą do szkoły. Do szkoły idzie też pierwszoklasista Daniel Kołomański. Teczkę jeszcze ma nabitą książkami, ma też piórnik i buty na zmianę. Dzieci szybko wyłapują szczegóły, widzą jak porusza się na przerwach, jak uderza piłkę. Ksywka Kuman pasuje idealnie, a i nawet pod nazwisko podchodzi. Identycznie ochrzczony zostaje starszy o rok brat – Sławomir.

Dancando Lambada

W rytm Dancando Lambady słynnej Kaomy – Kuman z piłką u nogi mija kolejnych rywali na boisku. Jest szybki, zwinny i zadziorny. Mknie z futbolówką wśród przeciwników niczym Alberto Tomba między tyczkami. Słynie już nie tylko z piekielnie mocnego uderzenia, ale i z techniki. Piłka mu nie przeszkadza, nie odskakuje na boki. Przyjmuje ją z wielką łatwością, kapkuje i kiwa. Ośmiesza bramkarzy lobami i podcinkami, a rywali wkręca w ziemię serią zwodów. Nie przepadają już za nim na starych blokach, koło cmentarza i koło szkoły. Wszędzie gdzie się pojawia jest praktycznie nie do zatrzymania, a koło tartaku już nawet nie ma o tym mowy. Robi co chce. Lgnie do niego druga i ostatnia ksywka – Zico. Ten brazylijski piłkarz w dawnych latach uchodził za jednego z największych piłkarzy w kraju Samby. Zachowując odpowiednie proporcje, bukowiański Zico, króluje w miasteczku nad jeszcze wartko płynącą Sztołą.

Szkolna liga, czyli ukochany przez wszystkich pomysł Ryszarda Michalskiego

Rudnik – Hyżyński, Sędzik, Jasik, Jarosz i Kołomański w takim składzie wybiega klasa 5 d na mecz z klasą o dwa lata starszą. Jest 18 styczeń 1997 roku (sobota) godzina 9:45. Zico mógł już zeszyty podpisywać jako szóstoklasista, ale do wiedzy spieszno mu nie było. Został na kolejny rok w tej samej klasie. Kilku jego kolegów z rocznika 85′ – także. Ten dzień to czas, kiedy w Szkole Podstawowej nr 1 im. 1000-lecia Państwa Polskiego trwa w najlepsze piłkarska liga. W szranki za sobą stają wszystkie klasy od czwartych zaczynając. Ligi są trzy, a w doborze do danej ligi decydują poszczególne umiejętności drużyn. Zico i jego ekipa zazwyczaj toczą boje na tej najwyższej półce. Tego dnia było bardzo zimno. Mróz dawał się we znaki wszystkim. Szron na szybach, pomarznięte ptaki na słupach wysokiego napięcia i niesamowicie duże zaspy. W niektórych domach ciężko otworzyć drzwi. Na blokach dużo pracy z odśnieżaniem mają pracownicy komunalki. Miedzy blokowiskami w czarnych trampkach przemyka Zico, po drodze kilka razy zaciąga się papierosem. Kurtka rozpięta jak zawsze, a pod nią cienki i rozwleczony podkoszulek. Taki jakby za duży na niego. Nóg praktycznie nie czuje. Butów zimowych jednak nie ubrał – nie chciało mu się. Wie jak zrobić, żeby nikt się nie zorientował, że nie ma obuwia na zmianę. Robi to nie pierwszy raz. Na wejściu umiejętnie omija woźną, a potem szybko wskakuje na drewniany parapet w sali gimnastycznej. Pod drewnianym obiciem parapetu znajdują się grzejniki. Szkoła grzeje uczciwie, a u Zica czarne trampki wracają do żywych. Lód puszcza i znów można ruszać palcami. Wprawdzie z trampek spływają krople wody, ale robi się w nich tak fajnie ciepło i przyjemnie. Tylko ten Michalski znów krzyczy, że na parkiecie jest kałuża. Przerywa mecz, wyciera parkiet szmatą, obrywa się jak zawsze Kumanowi. Jest pyskówka, nerwy, a Zico opuszcza salę. Twierdzi, że ma wszystko w dupie i już tu nie przyjdzie. Wybiega ze szkoły i udaje się w stronę lasu. Obecnie trwają jeszcze inne mecze, jego drużyna wyjdzie dopiero na parkiet o 9:45. Trener Michalski zarzeka się, że Kuman już w lidze nie zagra. Buty trzeba zmieniać, parkiet nowy przecież jest, a sala dopiero co oddana do użytku. Nie można jej niszczyć. Zico na szybko odpala papierosa, puszcza kilka dymów nosem i wraca jak gdyby nigdy nic. Nerwy przechodzą jednemu i drugiemu. Odpuszcza trener Michalski. Ma do tego chłopaka niesamowita słabość. Za kilka minut tymi mokrymi trampkami Kołomański pakuje trzy razy piłkę do siatki, Siła razy gwałt, nie inaczej jest tego dnia. Kuman dla świętego spokoju strzela trzy gole, tak żeby na pewno wystarczyło do odniesienia zwycięstwa, zwłaszcza, że na samym początku meczu babola wpuścił Rudnik. Michalski uśmiecha się pod nosem, ale nie daje tego po sobie poznać. Przecież nadal jest wnerwiony. W kolejnym meczu Rudnik broni jak w transie, Jasik pracuje za trzech, Jarosz asystuje, a Zico ładuje do sieci niemiłosiernie. W poniedziałek na przerwie wszyscy biegną na korytarz, gdzie wisi aktualna tabela i lista z najlepszymi strzelcami. Po dwóch meczach na prowadzeniu Kołomański z siedmioma trafieniami. Z każdym kolejnym tygodniem trafień przybywa i tak aż do znudzenia. Aż do ostatniej klasy.

Piszczałkowy szał

W 1996 roku obuwniczy sklep u Kucypra w Bukownie przeżywa prawdziwe oblężenie. Jest początek wiosny, pierwsze dni kwietnia, a w słynnym labiryncie kolejka coraz większa. Stoją w niej młodzi chłopcy z rodzicami, wszyscy w jednym celu – kupić piszczałki. To prawdziwy piszczałkowy szał. Te białe, sportowe buty z jasnopomarańczową podeszwą rozchodzą się niczym dobre pączki w tłusty czwartek. Rok wcześniej Narodowy Bank Polski przeprowadził denominację. Najnowszy krzyk mody kosztuje więc 30 zł. Od Kucypra zadowolony wychodzi Roki, Kowal, Marek Mól i Kuba Leśniak. Raptem przed nimi była też rodzina Jaroszów z ojcem. Właśnie przyszedł Wojtek Paś, jest też Rudolf z mamą i Bleki. Do labiryntu nadciąga też Kamil Wilk, Damian Sawka i Mateusz Guzy. Wszyscy wychodzą z piszczałkami, dla braci Żurków i Otka Masłowskiego już zabrakło, ale podobno kilka sztuk rzucono do nowego sklepu sportowego koło tunelu. Pędzą więc tam, a już za kilka chwil mają je na nogach. W sportowym ruch też spory. Są już tam Tomek i Paweł Szczepanik, był nawet Rysiu Oko, Artek Czech, Krzysiu Kieres, Paweł Swędzioł i Michał Baldy. Ani tu, ani tu nie pojawia się Zico. Wychodzi z założenia, że nie ma to żadnego znaczenia. Buty przecież nie grają, choć wtedy wielu myśli inaczej. Kuman pozostaje wierny swoim czarnym, umorusanym od trudów kopania – trampkom. Rzeczywiście liga pokazuje jasno, że w tych nowych białych i piszczących butach słynne cytrynowe piłki Ryszarda Michalskiego kopie się lepiej, ale kiedy na parkiet wychodzi Zico cała ta teoria bierze w łeb. Najmocniej i najcelniej wali się jednak z czarnych i totalnie nie przystosowanych do gry w piłkę – trampków.

Mija czas i każdy z nas, choć ten sam jest inny

„Kuman to jedyny chłopak z tamtych czasów, który do gry w piłkę używał obu nóg. Nie było dla niego żadnej różnicy czy kopał lewą czy prawą nogą. Miał taki dryg, że jakby nie kopnął tak wszystko lądowało w sieci. Bez różnicy czy strzelał z daleka czy z bliska. Nigdy nie zapomnę jak Ryszard Michalski krzyczał po jego strzałach: Kuman znów siła razy gwałt!. Daniel wtedy wszystko podporządkował piłce nożnej, to była jego największa pasja. U niego nie było zmiłuj, dzień czy noc, wiosna, lato czy zima – zawsze i wszędzie grał. Jeździliśmy na turnieje, na słynne SKS-y też przychodził. Miał trudny charakter, nie lubił gdy ktoś mówił mu co ma robić. To chyba była jedna z przyczyn, że nie osiągnął w tej piłce praktycznie nic. Nie chodził do klasy sportowej, bo to był taki czas, że jednym z warunków przyjęcia do tego grona była też nauka. On miał to totalnie gdzieś. W ryzach trzymała go mama. Starała się jak mogła i chciała dla niego najlepiej. Zmarła bodajże 3 lata temu. Ojciec z kolei bardzo chciał żeby Daniel i jego brat grali w piłkę. Nie udało się ani jedno, ani drugie. Kuman nie słuchał nikogo” – kończy jego przyjaciel z dawnych lat Grzegorz Rudnik.

fot. Grzegorz Rudnik – obecny widok na plac zabaw gdzie w latach 90-tych stały ruiny dawnego tartaku

Trzeba przyznać, że popularny Rudolf miał szczęście być w jednej drużynie z Kołomańskim. Grzesiek był bramkarzem i chyba jednym z nielicznych golkiperów, któremu Kuman nie ładował goli. Grali przecież razem.

„Ja znowu mam takie przebłyski w głowie, że trener Michalski zawsze krzyczał, że Kuman ma klapki na oczach i jest jak koń. Totalnie nie widzi swoich zawodników, sam się kiwa i gra samolubnie. Czasem tak było, ale nie do końca to była prawda. Kuman bronił się tym, że nawet jak nie podał to i tak zdobył wtedy gola, więc ciężko było mieć pretensję. Z Zico zawsze były jazdy, na boisku często posługiwał się łaciną i często przez to wylatywał z boiska. Tego wtedy nauczyciele nie lubili, ale on miał to gdzieś. Gdy już wracał na boisko to znowu robił co chciał. Miał wielki talent” – ze smutkiem kończy jego dawny kolega z klasy Jacek Jarosz.

O kilka słów poprosiłem również wychowawczynię tamtej klasy. Pani Agata Dąbek obiecała, że przypomni sobie tamten czas, jednak mimo kilku prób – nie odezwała się. Niewątpliwie klasa była bardzo trudna i najwidoczniej nauczycielka na dobre wymazała ją z pamięci. Nawet nie to, że zapomniała, po prostu chyba nie chciała pamiętać.

Kuman mieszkał i wychowywał się w bloku numer 5 przy ul. Niepodległości (trzecia klatka licząc od strony przedszkola). Dorosłe życie przeniósł nieopodal, bo kilka bloków dalej na Wyzwolenia. Dzisiaj ma trzech pięknych i zdrowych synów. Pracuje w koksowni. Wylewny nie jest, ale wie, że zawalił. Czasu jednak już nie cofnie.

fot. ST / blok, w którym mieszkał i wychowywał się Kuman (3 klatka z lewej, lub jak kto woli – pierwsza z prawej)

„Co mam Ci powiedzieć? Nie da się cofnąć czasu. Żałuje, że tak się wszystko potoczyło. Wszyscy mówili, że mam silny charakter, ale to nieprawda. Gdybym miał silny to dzisiaj byłbym w innym miejscu. W życiu spróbowałem wszystkiego, złe towarzystwo, imprezy, alkohol i używki. Nie ma co już do tego wracać. Mam trzech synów, jeśli talent przekazuje się w genach to pozostaje mi ich tylko mocno przypilnować i to od samego początku. Może im się uda to ,co mi nie wyszło” – mówi Daniel Kołomański.

Kilka dni później Kuman szybkim krokiem przemyka wśród bloków. Widzi się z Wojtkiem Pasiem, ale nie ma czasu pogadać. Musi kupić coś na obiad i pędzi do domu. W piłkę już nie gra, a jego ciało zdobi duża liczba tatuaży.

Szkoda, że w tamtych czasach nie mieliśmy tego rozumu co teraz. Wtedy inaczej byśmy do Kumana podchodzili. Może nawet byśmy go przypilnowali, żeby to wszystko poszło w inną stronę. To był super chłopak, kumpel na dobre i złe, a my wszyscy nie zdawaliśmy sobie sprawy z kim gramy w piłkę i jakim talentem jest on obdarzony. Nie zdawaliśmy sobie też niestety sprawy, jak klasycznie go marynuje. Dzisiaj jest już za późno na wszystko.

***

Większość kolegów Daniela z dawnych lat grało i gra w piłkę w lokalnych klubach. Większość z nich należy do mocnych punktów swoich zespołów. To na nich opiera się ciężar gry i od nich zaczyna się ustalanie składów. Kilku kolegów zagrało w najwyższych klasach rozgrywkowych. Wśród nich jest i taki, który zadebiutował w dorosłej reprezentacji Polski. Kuman lub jak kto woli Zico, nie zagrał nigdy w seniorskiej piłce.


Tekst jest w dużej mierze inspirowany prawdziwymi zdarzeniami, a wszystko co się nie wydarzyło i tak miało miejsce.

Z Piłką w Sercu (Sławomir Tomczyk)



ST
ST