Sabalenka i Sinner najlepsi na kortach Flushing Meadows

Kiedy wczoraj wieczorem Polacy dostawali lekcję futbolu od popularnej „Hrvatskiej” na kameralnym stadionie w Osijeku, po swój drugi triumf wielkoszlemowym pewnie zmierzał aktualny nr 1. rankingu ATP – Jannik Sinner. Dzień wcześniej, w turnieju żeńskim wygrała główna faworytka nowojorskiej imprezy, Aryna Sabalenka.

Triumf z małą rysą na pucharze

Janik Sinner jest pierwszym Włochem w historii, który triumfował na nowojorskich kortach. Dołączył do swojej rodaczki, Flavii Penetty, która niespodziewanie okazała się królową Flushing Meadows w 2015 roku. Szukając porównań historycznych, Jannik był jak Vittorio Emanuele II z Sabaudii a Flavia jak wielka Bona Sforza d’Aragona, czyli władcy uznawani za największych, urodzonych na włoskiej. Co prawda, Królowa Bona przyczyniła się do przemian w kraju nad Wisłą, rządząc i dzieląc na Wawelu, ale na świat przyszła w mieście Vigevano, w regionie Lombardii.

Aktualny nr 1. rankingu nie rozpoczął turnieju w Nowym Jorku w sposób spektakularny. W pierwszej rundzie sporo problemów – zwłaszcza na początku meczu – sprawił mu reprezentant gospodarzy, Makenzie McDonald. Jak się później okazało, były to pierwsze koty za płoty. Następni w kolejce byli: Alex Michelsen, Chris O’Connell, Tommy Paul, Danił Medwedew, Jack Draper oraz w finale – Taylor Fritz.

Tyrolczyk na dobrą sprawę nie zmęczył się szczególnie w tym turnieju. Musiał wznieść swoją grę w na wyższy poziom w meczach z Paulem, Draperem, Medvedewem czy pod koniec finału z Fritzem, gdzie tylko na moment Amerykanin postraszył Włocha. 17 godzin na korcie, 2 stracone sety – to niezwykle imponujący bilans Sinnera, który mówi wszystko o tym triumfie. Gdyby nie tenis, Janik byłby bez wątpienia świetnym narciarzem – w końcu urodził się mieście z widokiem na Alpy. Ten turniej to nie był nawet zjazd specjalny a zwykły slalom w idealnych warunkach atmosferycznych. Nie było morskiej bryzy ani alpejskiej mżawki. Zamiast tego oglądaliśmy łatwość i jednostronność, gdzie występuje jeden świetny aktor. Dzięki temu cała impreza była mocno rozczarowująca. Nie będziemy jej wspominać za kilka lat z wypiekami na policzkach. Po prostu – wygrana Sinnera bez większej historii. Prosty temat, zdobyty drugi skalp wielkoszlemowy, można się rozejść do domów.

Wszystkie byłoby pięknie i cudownie, jest jednak jedno małe ale, które podzieliło środowisko tenisowe. W ostatnich dniach sierpnia wyszło na jaw, że w trakcie testów antydopingowych przeprowadzonych w marcu po turnieju w Indian Wells u zawodnika w dwóch próbkach wykryto śladowe ilości clostebolu. Trofodermin, który zawiera zakazany steryd anaboliczny clostebol, jest dostępny bez recepty w kraju ojczystym Sinnera. Włoch tłumacząc się, oczywiście o tym nie wiedział i przeniósł winę na swojego fizjoterapeutę, który stosował ten środek i miał z nim bezpośredni kontakt, co spowodowało wykrycie clostebolu w jego organiźmie.

Organy dyscyplinarne uznały takie działanie za nieumyślne, oczyszczając Tyrolczyka z zarzutów. Ta sytuacja niestety pokazuje, że w rywalizacji są równi i równiejsi, przy całej sympatii dla Janika. Gdyby w podobnym położeniu znalazł się np. Kamil Majchrzak (brzmi znajomo?), nikt by się tym specjalnie nie przejął. Winny dostałby zawieszenie na dwa lata, byłoby po sprawie. Kariera zawodowego sportowca zostałaby tak naprawdę z dnia na dzień zakończona. Spadaj, nie ma tu dla ciebie miejsca, radź sobie sam. W tym przypadku temat dotyczył lidera światowego rankingu. Przepisy nie są do końca jasna, dlatego każda sytuacja jest traktowana inaczej, co jest niesprawiedliwe i krzywdzące dla tych „mniejszych”. Jak było naprawdę? To wie tylko zespół Sinnera, reszta jest domysłami.

Białoruska dominatorka

O ile turniej męski był jednostronny, pozbawiony większej dramaturgii i świetnych batalii, o tyle kobiece rozgrywki mogą zostać wspominane z większym entuzjazmem oraz zainteresowaniem. Zwyciężczynią US Open 2024 okazała się faworytka turnieju, Aryna Sabalenka, dla której był to trzeci wielkoszlemowy triumf.

Białorusinka w finale zmierzyła się z inną zawodniczką znajdującą się w ostatnich tygodniach w świetnej formie, Jesiką Pegulą. Obie panie stworzyły świetne, dwugodzinne widowisko, gdzie lepsza okazała się Sabalenka. Oba sety zakończyły się wynikiem 7-5, w obu decydujące przełamanie miało miejsce w 12. gemie.

W karierze tenisistki urodzonej w Mińsku przez lata brakowało postawienia kropki nad i. Tzn. każdy wiedział, że ma ogromny potencjał, który powinien prowadzić do wielkich zwycięstw, ale tak się z jakichś powodów się nie działo. Głównym problemem Aryny zawsze była głowa. Białorusinka potrafiła przegrać mecz popełniając ponad 20 podwójnych błędów serwisowych. Pojęcie „przegrać wygrany mecz’ w jej przypadku można było stosować aż nadto. Wszystko zmieniło się w ubiegłym roku. W końcu, udało się wygrać pierwszy tytuł wielkoszlemowy w Melbourne. Wtedy zaszła przemiana w grze Sabalenki. Zaczęła grać rozważniej, nie popełniała zatrważającej liczby niewymuszonych błędów. W końcu dojrzała do wielkich triumfów. Możemy zauważyć, że optymalną formę przygotowuje na największe sezonowe imprezy. W 7 ostatnich turniejach wielkoszlemowych – 3 razy wygrała, raz przegrała w finale, dwa razy w półfinale i raz w ćwierćfinale.

Patrząc na wyniki Białorusinki, jeszcze bardziej trzeba docenić zwycięstwa w tym okresie Igi Świątek, która w meczach bezpośrednich prowadzi z Sabalenką 9-5. Liderka rankingu WTA zakończyła turniej na 1/4 finału, przegrywając z Jesiką Pegulą. Nie będziemy rozkładać gry Polki na czynniki pierwsze, ale można zauważyć, że poza kortami ceglanymi – gdzie Świątek jest hegemonką – występuje jakiś problem. Czy rywalki „nauczyły się” jak grać z Igą? Czy brakuje czasem wprowadzenie planu b, jeśli nie działa to, co najlepsze w jej repertuarze? Być może. Niepokojąca jest także mityczna „mowa ciała” oraz kontakt ze swoim zespołem w trakcie meczów, kiedy gra się nie układa. Niewątpliwie, powodem tego wszystkiego może być po prostu zmęczenie tenisem. Czasem szukamy kwadratowych jaj, a przyczyna może być najprostsza z możliwych.

W tym momencie Nowy Jork ma nową królową z Białorusi i króla z Włoch. Taki stan rzeczy potrwa przez najbliższe 12 miesięcy. Teraz nastanie chwila oddechu dla największych. W listopadzie odbędą się turnieje Masters, które zakończą sezon, następnie wyczekiwanie na styczeń i „Aussie Open”.

Z Piłką w Sercu (Kowal)

kowal
kowal