Triumf Los Blancos na start sezonu 2024/2025

Rozpoczął się nowy sezon grania w Europie, ale nie zmieniła się jedną rzecz – Real Madryt wciąż wygrywa. Na Stadionie PGE Narodowym w Warszawie pierwszą ofiarą Los Blancos okazała się dzielna Atalanta. Po bramkach Fede Valverde i Kyliana Mbappe, Hiszpanie wygrali 2-0.

Będziemy zupełnie szczerzy, mieliśmy ogromne oczekiwania, co do tego spektaklu. Byliśmy nastawieni na pokaz fajerwerków, okraszony cudownymi efektami specjalnymi. Na co dzień oglądamy ciężką dla oka polską piłkę, która nas okropnie męczy. Mamy 15 sierpnia, a jesteśmy już wyczerpani i wycieńczeni, jak turysta po przejściu Pustyni Gobi. Potrzebowaliśmy czegoś nowego. Czegoś, co przypomni nam, za co kochamy piłkę nożną.

Możemy śmiało stwierdzić, że jesteśmy ukontentowani. Zobaczyliśmy kawał dobrego futbolu. Wszystko było tak jak należy. Piłka nie odskakiwała, nie doświadczyliśmy wybijania po autach, nie było gry na alibi. Zasiedliśmy jak w kinie, wpatrzeni na wielkich piłkarzy, na pięknym stadionie. Byliśmy jak małe dziecko, które dostało nową zabawkę. Nasze zainteresowanie tym meczem było na innym poziomie niż zwykle. Podeszliśmy do tematu z ogromnym entuzjazmem. Nie zawiedliśmy się.

Real grał w sposób, do jakiego nas przyzwyczaił w zeszłym sezonie. W sposób wyrachowany, dojrzały, bez większego wysiłku. Atalanta mogła się podobać, jako ten słabszy, dzielnie walczący. Ogromną pracę w środku pola wykonywał Ederson, a prawie każda akcja ofensywna przechodziła przez Charlesa De Ketelare. Patrząc na na sposób gry Belga, można się łatwo zauroczyć. Dostojny sposób poruszanie się po boisku, ciągle szukanie gry, a kiedy ma już piłkę przy nodze, zawsze wie co z nią zrobić. Pisząc o graczach ataku Atlanty, nie sposób nie wspomnieć o bohaterze finału Ligi Europy, czyli Ademoli Lookmanie. To z nim obrońcy Realu mieli najwięcej problemów. Mobilność Nigeryjczyka była na niezwykłym poziomie. To, ile sprintów wykonał mikry napastnik, mogło zrobić spore wrażenie, nawet na najszybszym człowieku Globu, świeżo upieczonym złotym medaliście z Paryża – Noah Lyles’ie.

Atalanta próbowała, walczyła, miała swoje momenty, ale to było na nic. Przyszło pamiętne 10 minut z drugiej połowy, i było po wszystkim. Najpierw urwał się Vinicius Junior, zgubił bezradnego Djimsitiego, wykładając piłkę Fede na tzw. „pustaka”. Kilka minut później, rozgrywający wyborną partię Jude Bellinhgam, podał piłkę do byłego już księcia Paryża, który pokonał świetnego tego dnia Juana Musso. Było 2-0, można było kończyć mecz.

Tego dnia Los Blancos byli nie do ugryzienia. Mimo że to dopiero pierwszy mecz w tym sezonie, już wszyscy wiemy, że pokonanie Realu w tym sezonie będzie zadaniem na poziomie „Rocket science”. Trzeba wspomnieć, że wśród ponad 56 tysięcy ludzi na trybunach, zdecydowanie większa część była biała. Doping jednak nie był na poziomie, tego słuchanego na polskich stadionach. W tym aspekcie kibice Realu, mają spore pole do poprawy i nauki.

90 minut zleciało bardzo szybko. Był to bardzo przyjemny czas, spędzony na poważnym stadionie na mapie Europy. Organizacyjnie Warszawa udźwignęła to wydarzenie. Nie możemy powiedzieć złego słowa na temat wczorajszego meczu. Będziemy je wspominać z wypiekami na twarzy, mając nadzieję, że będzie nam dane zobaczyć jeszcze kiedyś poważną piłkę klubową w Polsce.

Z Piłką w Sercu (Kowal)

***

Real Madryt – Atalanta Bergamo 2-0 (0-0)

Bramki: Valverde 59′, Mbappe 68′

Widzów: 56 402

kowal
kowal