Z archiwum X. Wrocław miasto lidera

Choć zimowa, to tak naprawdę już wiosenna kolejka PKO BP Ekstraklasy sypnęła remisami. W piątek remisy, w sobotę remisy, wszędzie remisy, nawet w spotkaniach gdzie wydawało się, że nie ma prawa być remisu. Taka ta nasza liga już jest, że jak coś wydaje się pewnego to wystarczy chwila i mamy remis.

Wszystko zaczęło się w piątkowy wieczór. W obecności 10 tysięcy kibiców na Stadionie Śląskim w Chorzowie, Ruch podejmował Zagłębie Lubin. Mecz okraszony był dodatkowym smaczkiem, gdyż na ławce trenerskiej lubinian siedział niezwykle szanowany w Chorzowie – Waldemar King Fornalik. Mecz od początku, aż do 78. minuty układał się po myśli przyjezdnych. Zagłębie spokojnie prowadziło różnicą dwóch goli i nic nie wskazywało na to, że coś złego miedziowym może się stać. W samym końcu meczu w Zagłębiu pojawiło się rozluźnienie, a niesiony fanatycznym dopingiem swoich kibiców Ruch – nacisnął. Kontaktowego gola zdobył Feliks, a chwilę potem do wyrównania cudownym strzałem doprowadził Letniowski. Mecz zakończył się wynikiem 2-2 i pierwszy remis w tej kolejce stał się faktem.

Po meczu w Chorzowie, przyszedł czas na ligowe boje w Szczecinie. Tam Pogoń podejmowała ekipę Warty Poznań. I co? I też remis. I też wydawało się, że jest to raczej niemożliwe, bo Pogoń w 78.minucie prowadziła już 3:1. Najpierw trafił Fornalnczyk, potem samobója ustrzelił Batkowski, a trzeciego gola dla portowców zdobył Grosicki. Na początku meczu dla gości trafił Żurawski, ale jak wiemy mężczyzn zazwyczaj poznaje się po tym jak kończą, a nie zaczynają. Warta skończyła wybornie, bo trafienie Stavrapoulosa z końcówki meczu i gol Szmyta w doliczonym czasie gry pozwoliły poznaniakom wytargać z jaskini lwa – cenny punkt.

Sobota również zaczęła się od remisu. W Radomiu, w ciężkich warunkach pogodowych w szranki stanęły jedenastki Radomiaka i Górnika Zabrze. Przyznać trzeba, że mecz był ciekawy, ale zakończony został brakiem rozstrzygniecia. Na gola Ennaliego, Radomiak odpowiedział trafieniem głową Rossiego. Po zmianie stron z obu stron sunęły akcję ofensywne, ale wynik już nie drgnął. Sędzia Kos w 51. minucie meczu ukarał drugim napomnieniem młodego obrońcę Górnika – Barczaka i ekipa Jana Urbana musiała przez ponad 40 minut radzić sobie w osłabieniu. Zdecydowanie nie jesteśmy zwolennikiem takich drugich żółtych kartek. Zwykły faul w środku boiska. Nie zmienia to faktu, że i tu mieliśmy remis.

Remis w Chorzowie, remis w Szczecinie, remis w Radomiu to i remis w Krakowie. I tu też dziwnie, bo gospodarze potrzebują punktów jak ryba wody i na te punkty się zanosiło. Zwłaszcza wtedy, kiedy w 80. minucie meczu z rzutu karnego na 2-0 podwyższył Knap. Wcześniej pasiaki radowały się z trafienia Kallmana. Wszystkim zebranym na stadionie przy Kałuży wydawało się, że jest po zabawie, ale innego zdania byli przyjezdni, którzy nie załamali się i skoczyli miejscowym do gardeł. W 86. minucie kontaktowe trafienie zanotował Meriluoto, a na dwie minuty przed końcem dla mielczan trafił Getinger. 5 tysięcy zebranych na stadionie ludzi oniemiało. Zwycięstwo w mgnieniu chwili przerodziło się w remis. Tylko w remis dla Cracovii, gdzie coraz głośniej mówi się o zmianie warty na ławce trenerskiej.

We Wrocławiu na zakończenie soboty wydawało się, że remisu być nie może. Faworytem meczu był Śląsk, który miał pokonać Koronę. I co? I nic! Remis jak złoto i to „jajo” do „jaja”, a w meczu nie działo się kompletnie nic. Śląsk nadal liderem, ale ten punkt nieco zachwieje jego stabilność w tabeli, choć we Wrocławiu nikt nie powinien narzekać. Wynik niewątpliwie – ponad stan.

Czy dzisiaj też sypnie kolejnymi remisami? Już niedługo się przekonamy.

Z Piłką w Sercu (KT)

KT
KT