Wczoraj po mądrze rozegranym meczu nasza reprezentacja okazała się lepsza od Walii i to ona w czerwcu wybierze się na piłkarski bal do Niemiec. Mecz na stadionie w Cardiff był tym z kategorii dziwnych. Wygrała go drużyna, która pierwszy celny strzał oddała dopiero w serii rzutów karnych, ale absolutnie nie można powiedzieć, że graliśmy słabo. Michał Probierz ustawił zespół bardzo mądrze, a na murawie mieliśmy zawodników świadomych, którzy wiedzieli po co biegają za piłką.
Kiedy w piątej serii rzutów karnych, Szczęsny wyłapał uderzenie Daniela Jamesa stało się jasne, że w Niemczech nas nie zabraknie. To był mądrze rozegrany mecz przez naszą kadrę i trzeba wierzyć, że właśnie tym występem Michał Probierz zbudował ekipę, która da nam jeszcze wiele radości. Okazji do tego będzie dużo, a trzy najważniejsze już w czerwcu na stadionie Ludowym w Hamburgu, w Berlinie i Dortmundzie.
Michałowi Probierzowi trzeba oddać to co mu się należy, a więc szacunek za to co osiągnął. Ten awans to w głównej mierze jego zasługa. Wczoraj w Cardiff pokazał, że potrafi zarządzać meczem. Plątającego się czasem bez sensu Bednarka, który mimo swoich wad wydawał się pewniakiem w obronie od dechy do dechy, zdjął z pożytkiem dla drużyny. Po wejściu Salamona linia obrony naszych Orłów wyglądała zdecydowanie stabilniej.
Odważnym, autorskim ruchem było też wpuszczenie Tarasa Romanczuka, który swój ostatni występ w kadrze zanotował w meczu towarzyskim przeciwko Korei Południowej w 2018 roku. Wczoraj na murawie pojawił się w momencie krytycznym, ważnym i bardzo odpowiedzialnym, bo w dogrywce. Spełnił zadanie, ustawiał się mądrze, szukał gry i nie uciekał od odpowiedzialności.
Warto również zwrócić uwagę na kapitalny występ Bartosza Ślisza, który wziął ciężar gry na siebie. Był non stop pod prądem i nie bał się brać na siebie odpowiedzialności. Również występ Zalewskiego napawa optymizmem. Miał momenty, że grał jakby spadł z innej planety. Szedł odważnie w drybling biorąc często na siebie dwóch, a nawet trzech zawodników rywali i zazwyczaj wychodził z tych pojedynków zwycięsko.
Przemysław Frankowski też przechodził samego siebie, jakby ktoś wszczepił mu dodatkowe płuca. Biegał od obrony do ataku – niezmordowany.
Trochę słabiej wypadł Piotrowski, który dobre momenty przeplatał gorszymi, a jego dwie straty uruchamiały w naszych ciałach palpitację serca. Na szczęście – szczęście tego dnia było z Biało-Czerwonymi i nic złego nam się po tych stratach nie stało.
Mecz z Walią wygraliśmy mądrością, konsekwencją, ale i luzem w poczynaniach naszych zawodników. Nie wybijaliśmy piłki na oślep, kiedy Smoki naciskały. Graliśmy spokojnie z opanowaniem, z zadziornością, a w tym wszystkim nie brakowało piłkarskich umiejętności.
Nie ma się jednak co podpalać. Cieszy nas, że jedziemy na Euro i, że będziemy mieli możliwość pokazania się na piłkarskich balu. W Niemczech poprzeczka będzie zawieszona wyżej. Holandia, Francja i Austria to rywale z górnej półki. Dobrze, że znamy swoje miejsce w szeregu i oby nikomu do głowy nie przyszło „gadanie”, że jedziemy tam po jakiś puchar. Dobrze dla naszej piłki, że tam będziemy – tak jak praktycznie połowa Europy, a ciarki jakie w Cardiff przeszywały Dariusza Szpakowskiego niech znów powtórzą się u naszych zachodnich sąsiadów.







