Co z tym Mundialem?

Jesteśmy już prawie po 4 tygodniach Mundialu. Zdarzyło się w tym czasie kilka zarwanych nocek z poczuciem lekkiego niedospania w drodze do fabryki. Zleciało nie wiadomo kiedy, bo są to naprawdę niezłe mistrzostwa. Przed nami decydujące mecze ćwierćfinałowe. Po początkowej zapaści drużyn ze Starego Kontynentu, okazuje się, że Europejczycy wciąż potrafią grać w piłkę całkiem nieźle.

Zmęczenie długimi sezonami, przemęczenie gwiazd – to będzie mundial niespodzianek. Takie głosy płynęły po kilku dniach północnoamerykańskiej imprezy. W tamtym momencie to nawet Kanada wyglądała na drużynę groźną. Można było wtedy spokojnie stonować nastroje, to w końcu wciąż tylko kilka rozegranych spotkań, pozwólmy im się rozgrzać. Jak już to nastąpiło, to w im dalej las – nie oglądaliśmy zbyt wielu rzeczy zaskakujących. Nie wiedzieliśmy w lesie iglastym palm i kokosów.

Wśród ośmiu pozostałych drużyn, mamy sześć z Europy plus europejskie Maroko oraz obrońców tytułu z Argentyny. Messi i spółka uciekli wczoraj spod faraońskigeo topora. Oj, działo się w tym meczu. Emocjami mogliśmy obdarować co najmniej trzy słabe rywalizacje z 1/8, czyli np. pojedynek Kolumbii ze Szwajcarią. Jedna wielka klapa, która niestety została przedłużona o dogrywkę i rzuty karne. W nich było trochę ciekawiej.

Nudy zaserwowali nam również dzień wcześniej Hiszpanie z Portugalią, w hitowo zapowiadanym klasyku. Nic się w nim nie wydarzyło. Dopiero kiedy Mikel Merino zachował się jak rasowy snajper, to Portugalia zdała sobie sprawę, że w meczu można atakować. Szkoda, że nastąpiło to o 90 minut za późno. W tym momencie było już po wszystkim i La Furia Roja zajęła miejsce ćwierćfinałowe, a Unai Simon nadal nie wyjął piłki z siatki. Tak, mistrzostwa zdobywa się obrona.

No właśnie, czy na pewno? Inne zdanie w tej kwestii mogą mieć Francuzi, którzy w fazie ataku są jak wściekłe psy. Takie ledwo wypuszczone z budy, po kilkudniowym poście. Wyjątkiem był pokaz antyfutbolu w wykonaniu Paragwaju. W takich warunkach nawet Les Bleus nie było skorzy do ataku. Skupili się na ucieczce przed rzeźnikami, których pomysłem na mecz było polowanie na rywali. Tak, cały czas mówimy o piłce nożnej. Tak czy inaczej, dobrze że ich już nie ma w stawce. Wszystko skończy się najpewniej starciem Francja – Hiszpania w półfinale. Już ostrzymy zęby na to danie główne.

Do pewnego momentu ciekawą historią byli gospodarze z USA. Wszystko zostało zniweczone w ostatnich dniach, kiedy do piłki weszła polityka. Od tej chwili nie można było już patrzeć na nich z sympatią. Całe szczęście, że słabi do tamtego dnia Belgowie, przypomnieli sobie, że w piłkę grać potrafią. Początek tego meczu przypominał prawdziwy szturm jednej ekipy. W całym spotkaniu podopieczni Rudiego Garcii wytarli podłogę gospodarzami, nie pozostawiając im żadnych złudzeń. Na koniec, piłkarze oddali hołd władcy świata, który o piłce ma pojęcie jak humanista o całkach.

Co jeszcze? Sporo emocji przyniósł nam mecz Brazylii z Norwegią. Od samego początku mistrzostw Canarinhos mieli swoje problemy. Nikt nie traktował ich do końca poważnie, ale to wciąż drużyna wielka. W meczu ze Skandynawami mieli swoje szanse, ale w kluczowym momencie do gry wszedł ten największy na boisku – dosłownie i w przenośni. Erling Halaand tego dnia głównie się przechadzał po zielonej murawie, ale kiedy trzeba było zrobić coś ekstra (np. zapewnić awans do ćwierćfinału) – to sieknął dwa razy z lewej. Nie było co zbierać. W 1/4 będzie zmorą dla obrońców Synów Albionu, których gnębi na co dzień. Tak, to będzie ciekawy mecz i starcie dwóch najlepszych 9 na świecie (wybitny turniej Harry’ego Kane’a).

Analizując te mistrzostwa od początku – trzeba oddać jedno – liderzy nie zawodzą. Na swoich barkach niosą kolejne reprezentacje. Jest to turniej gwiazd bez wątpienia. Zostało 7 istotnych pojedynków i jeden niepotrzebny, czyli mecz o 3. miejsce. Pierwsze starcie już jutro. Wściekłe psy z Francji zmierzą się z jak zwykle świetnym Marokiem. Zespół z Afryki po raz kolejny pokazuje, że na stałe zagościł wśród najlepszych drużyn globu.

Dzisiaj mamy dzień przerwy. Można odsapnąć, trochę dziwnie czując się bez meczu w rozpisce. Trzeba było zająć głowę czymś innym. Dobrze, że jeszcze grają na kortach Wimbledonu. Wczoraj w trakcie kiedy Kolumbia ze Szwajcarią chciały doprowadzić widzów do krwawienia z gałek ocznych, Nole Djoković po pięciu godzinach batalii zameldował się w kolejnym półfinale wielkoszlemowy. 39-latek stwierdził, że nie chce być gorszy niż jego rówieśnik, Leo Messi, który chwilę wcześniej też zrobił coś wielkiego.

Legendy naszych czasów. Za chwilę pozostaną tylko wspominki i zeszklone oczy, a jutro o 22 wracamy przed mundialowe teleodbiorniki.

Kowal

Dodaj swój pierwszy komentarz do tego posta