Już za chwilę ruszają Mistrzostwa Świata 2026. Największy turniej piłkarski w historii. 48 reprezentacji, trzy kraje gospodarze, rekordowa liczba meczów, miliardy widzów przed telewizorami. Na papierze brzmi jak spełnienie marzeń FIFA. W praktyce coraz częściej mam wrażenie, że może z tego wyjść jedna wielka organizacyjna i atmosferyczna katastrofa.
I nie chodzi nawet o samą piłkę. Bo tej na pewno nie zabraknie.
Zabraknąć może za to czegoś znacznie ważniejszego – klimatu.
Mundial w Katarze
Tak, ten sam, który przed rozpoczęciem był krytykowany praktycznie za wszystko. Za termin, za budowę stadionów, za prawa człowieka. A jednak gdy przyszło do grania, coś zaskoczyło. Był listopad, była zima, człowiek siedział w pracy, w szkole, na uczelni i ukradkiem sprawdzał wynik na telefonie. Wychodził na przerwę i nagle wszyscy rozmawiali o tym samym. O sensacyjnej porażce Argentyny z Arabią Saudyjską, o golach Mbappé czy o kolejnym szalonym meczu.
Mundial był absolutnie wszędzie.
Tymczasem przed turniejem w USA, Meksyku i Kanadzie nie czuję praktycznie nic
Może to kwestia czasu. Może to kwestia przyzwyczajenia. A może po prostu trudno zbudować atmosferę wokół imprezy rozciągniętej na trzy państwa, kilkanaście stref czasowych i tysiące kilometrów podróży.

fot. Bankier.pl
Bo właśnie podróże są jednym z największych problemów
Jeszcze nigdy mundial nie był tak ogromny geograficznie. Reprezentacje będą przemieszczać się między miastami oddalonymi od siebie o setki, a czasem tysiące kilometrów. Kibice również. W teorii brzmi to jak wielkie święto futbolu. W praktyce przypomina bardziej trasę koncertową niż turniej piłkarski.
Do tego dochodzą godziny meczów
Europejski kibic od lat jest przyzwyczajony do mundiali, które da się oglądać bez przestawiania całego życia. Tym razem wiele spotkań będzie rozgrywanych późnym wieczorem lub nawet w środku nocy czasu europejskiego. Oczywiście, prawdziwy fan obejrzy wszystko. Ale mundial zawsze był czymś więcej niż wydarzeniem dla fanatyków. Był wydarzeniem dla wszystkich. Dla ludzi, którzy piłką interesują się raz na cztery lata.
A jeśli trzeba będzie nastawiać budzik na trzecią nad ranem, to część tej magii po prostu zniknie.
Najbardziej niepokoją mnie jednak absurdy organizacyjne, które zaczynają wychodzić na jaw jeszcze przed pierwszym gwizdkiem.
Kilka dni temu świat obiegła informacja o Omarze Artanie, somalijskim arbitrze wyznaczonym przez FIFA do prowadzenia meczów mistrzostw świata. Człowieku, który miał zostać pierwszym Somalijczykiem sędziującym mundial. Problem w tym, że został zawrócony z amerykańskiej granicy i nie wpuszczono go do kraju mimo wcześniejszych ustaleń związanych z turniejem. FIFA rozłożyła ręce, bo decyzje imigracyjne nie należą do niej. I nagle okazało się, że sędzia wybrany na mistrzostwa świata nie może uczestniczyć w mistrzostwach świata. Brzmi jak kiepski żart, ale wydarzyło się naprawdę.

fot. Tribal Football
To jest właśnie problem. Gdy organizujesz największą imprezę sportową globu, takie historie nie powinny mieć miejsca. A przecież podobnych sygnałów ostrzegawczych było więcej.
Pojawiały się doniesienia o problemach z przygotowaniem niektórych obiektów treningowych. W mediach przewijały się historie o fatalnym stanie boisk, nierównej nawierzchni i obawach o zdrowie zawodników. Nagle okazuje się, że przy budżetach liczonych w miliardach dolarów podstawowe kwestie infrastrukturalne wciąż potrafią wywoływać kontrowersje. Reprezentacja Japonii przed mundialem zmagała się z poważnymi problemami infrastrukturalnymi w Meksyku. Drużyna musiała pilnie zmienić lokalizację ze względu na fatalny stan boisk. Obecnie kadra szlifuje formę w USA.

fot. Gol24.pl
I właśnie dlatego coraz częściej odnoszę wrażenie, że FIFA zachłysnęła się własną wielkością
Więcej drużyn. Więcej stadionów. Więcej meczów. Więcej pieniędzy.
Tylko czy więcej zawsze oznacza lepiej?
Mundial był kiedyś prosty. Miał gospodarza. Miał swój rytm. Miał swoje centrum wydarzeń. Człowiek wiedział, gdzie bije serce turnieju.
Dzisiaj to serce zostało rozrzucone po trzech krajach.
Mundial zawsze miał być świętem
Takim, które zatrzymuje świat na miesiąc. Takim, przez który spóźniasz się na autobus, ukradkiem oglądasz mecz na lekcji albo dyskutujesz o spalonym z człowiekiem, którego widzisz pierwszy raz w życiu.
Dziś zamiast ekscytacji widzę przede wszystkim znaki zapytania. Za dużo chaosu, za dużo kontrowersji i za mało tej wyjątkowej atmosfery, która sprawiała, że mundial był czymś więcej niż kolejnym turniejem.
I może właśnie tego boję się najbardziej
Nie tego, że turniej będzie źle zorganizowany. Nie tego, że mecze będą słabe. Tego, że po raz pierwszy od bardzo dawna światowe mistrzostwa mogą okazać się po prostu… obojętne.
A dla imprezy, która przez dekady potrafiła zatrzymać cały świat, nie ma gorszego scenariusza.








Dodaj swój pierwszy komentarz do tego posta