Mieć wszystko, a być nikim

Dzisiaj Manchester United i Chelsea Londyn zgodnie podzielili się ze swoimi rywalami punktami. Jedni i drudzy zanotowali remisy 2-2. Ci pierwsi na własnym stadionie z Liverpoolem, drudzy w delegacji na Sheffield. Te dwie wielkie marki w minionej kolejce stoczyły ze sobą bój, w którym o jednego gola lepsze były Niebieskie Lwy.

Wielki hajs, za który kupisz wszystko poza wynikami

Ostatni bój pomiędzy Chelsea, a United obfitował w gole. Od jakiegoś czasu ten mecz nie jest już określany hitem Premier League. Spotkanie pomiędzy najbardziej wartościowym klubem świata, a bodajże ósmym, jeśli wyznacznikiem są pieniądze (ogromne pieniądze). Manchester wydał w ciągu ostatnich lat prawie pół miliarda euro na transfery. Chelsea tyle wydała w rok, a ponad miliard w dwa lata. Do tego absurdalne gaże dla swoich kopaczy. Tak obie ekipy „hajsem” przyciągają zawodników.

Zakładanie koszulki Czerwonych Diabłów bądź Niebieskich Lwów nie wiąże się już z większym prestiżem i przywilejem. Najlepsi piłkarze dokonując wyboru odnośnie przyszłości nie patrzą w stronę Chelsea i United. No może jedynie na ich złoto. Jasne, że fanów tych ekip jest nadal cała masa. Marketing robi rewelacyjną robotę. Jednak punktów nie da się kupić. Wyniki nijak się mają do potencjału budżetowego. Patrząc na swoich sąsiadów Arsenal w Londynie czy City w Manchesterze mamy całkiem inną jakość piłkarską. Jakby różne dyscypliny. Potencjał jest, potrzeba stabilizacji. Tylko jak ma być dobrze jeżeli czerwoną koszulkę w ciągu 2 lat ubrało ponad 20 nowych piłkarzy, a niebieską dwa razy tyle?

Presja jest cały czas, stąd te roszady. Pewnie dlatego United jest dopiero szósty, a Chelsea prawie dwa razy niżej. Tylko spokój ich ratuje.

A na boisku…

Wracając do meczu. Jednak, znów na przekór oczekiwaniom pośredni fan dostał kawał widowiska z mnóstwem emocji. Prawdziwa przejażdżka Hyperionem z Energylandii. Chelsea już prowadziła 2:0. Wtedy jedyny promień słońca w deszczowym Manchesterze, a więc Garnacho odwrócił losy meczu. Strzelił bramkę kontaktową i następnie dał prowadzenie. W międzyczasie boisko opuścił Varan na rzecz takiego Mariusza Jopa z Irlandii Północnej, czyli – Evansa.

Varan stoczył się tragicznie. Byłemu mistrzowi świata, a kiedyś najlepszemu obrońcy globu po prostu nie przystoi taka gra. Partneruje mu najbardziej przereklamowany stoper – Maguire (najgorszy na boisku). Jak tam ma być dobrze?

Później perełkę z Argentyny zmienił znienawidzony na Stamford Bridge – Mount. Wydawało się, że Mason Mount na przekór byłych swoich fanów wywiezie z Londynu komplet punktów. Inaczej to widział urodzony w Manchesterze zawsze noszący się na niebiesko. Pierwotnie dumnie nosząc trykot City, a obecnie Chelsea. Cole Palmer bo nim mowa. Najpierw skopiował swój strzał z karnego z pierwszej połowy nie dając szans Onanie. Następnie wprawiając stadion w ekstazę strzelił zwycięską bramkę. Wykorzystał tym samym frajerstwo piłkarzy w czerwonych strojach. Fajny mecz pod kątem dramaturgi. Oby tej jakości znowu było więcej. Takie kluby po prostu powinny grać lepiej i wrócić na szczyt, bo tam ich miejsce.

Z Piłką w Sercu (ŁM)