Dzisiaj w okolicach 17:00 wszystkie oczy będą skierowane w jedno miejsce – na kort centralny Philippe’a Chatriera w Paryżu. To właśnie tam o marzenia będą walczyć Maja Chwalińska i Diana Sznajder. Zwyciężczyni tego pojedynku wystąpi w wielkim finale wielkoszlemowego turnieju Roland Garros.
8 meczów, 8 zwycięstw, zaledwie jeden stracony set. To bilans Mai Chwalińskiej w drodze do dzisiejszego półfinału. Polka pokonała kolejno: Alice Rame, Carole Monnet, Suzanne Lammens, Qinwen Zheng, Elise Mertens, Marię Sakkari, Diane Parry oraz Annę Kalinską.
Przed turniejem mieliśmy nadzieję, że Maja zwycięży w 1. rundzie, dzięki czemu uda jej się awansować do Top 100, ale absolutnie nie spodziewaliśmy się takiego obrotu spraw.
Historia tenisistki urodzonej w Miechowie pokazuje, jak dwa tygodnie mogą odmienić tenisowe życie. Nie mamy epitetów, których powinniśmy użyć przy naszej skromnej mistrzyni. To, co robi na korcie z kolejnymi rywalkami, jak wchodzi im do głowy, i sieje w niej spustoszenie, jest niebywałe. Nie są to przypadkowe osoby. Była rakieta nr 3. rankingu WTA, Maria Sakkari, mistrzyni olimpijska z Paryża, Qinwen Zheng, zawsze groźna Belgijka, Elise Mertens czy niezwykle mocno grająca Anna Kalińska to są tenisistki uznane i znane doskonale przez każdego fana tenisa. Wychodząc na kort przeciwko Mai momentami te doświadczone rywalki wydawały się po prostu bezradne.
Francuzka Parry chyba najtrafniej określiła to, co na korcie wyprawiała Miechowianka:
Starałam się zaadaptować, ale grało się ekstremalnie trudno. Piłki odbijały się bardzo wysoko. To było coś zupełnie innego niż to do czego przywykłam w ostatnich meczach. Mniej więcej wiedziałam, co może się dziać, ale wierzcie mi, nie jest łatwo z nią grać. Nie potrafiłam znaleźć rozwiązania na jej grę. Była bardzo solidna. Myślę, że jest bardzo bystrą tenisistką. Zawsze stara się uderzać piłki inaczej, więc było mi bardzo trudno cokolwiek przewidzieć. Jestem bardzo zmęczona i to efekt jej gry.
Od Polki na każdym kroku bije naturalność i sympatia. Każda jej wypowiedź przyprawia o uśmiech na ustach. Chwilę po zakończonym meczu z Kalińską, została zapytana o plan na resztę dnia. Dziennikarz usłyszał: „Po prostu się wyspać, napić się herbaty, może obejrzeć coś na Netflixie.” Cała urocza Maja.
Chwalińska od poniedziałku będzie co najmniej 30. rakietą świata.

Co to oznacza dla leworęcznej tenisistki? M.in rozstawienie w US Open. Mało? Niekoniecznie, bo Maja będzie miała zapewniony start w niemal każdym turnieju do końca roku. Świat turniejowy Polki odmieni się o 180 stopni. Wszystko pozostanie w rękach, nogach i przede wszystkim głowie Chwalińskiej.
Rywalką w walce o finał będzie Rosjanką, Diana Sznajder, która pokonała wczoraj główną faworytkę do zwycięstwa w turnieju, Arynę Sabalenkę. Coś, co wydawało się nieprawdopodobne – wydarzyło się. Sznajder była już w pewnym momencie meczu na kolanach. Wiele tenisistek w tamtym położeniu przeciwko światowej jedynce, rzuciłoby ręcznik. Nie ona. Rosjanka zaczęła grać jak w transie, co wywołało furię u Białorusinki, która zaczęła psuć na potęgę, przegrywając ten mecz przede wszystkim w głowie.
Każdy już wyobrażał sobie, jak ta Maja będzie wyglądała na tle najlepszej tenisistki świata. A tu psikus. Kolejny raz ten turniej potrafił zaskoczyć. Piękna historia przegania inną niezwykłą historię. Zresztą nie tylko w kobiecej drabince. To, co dzieje się również w męskim turnieju, to scenariusz na niezły film. Na paryskich kortach doświadczamy dokładnie tego, za co kochamy ten sport – nieprzewidywalności. Wielka szkoda, że do końca turnieju zostało zaledwie sześć pojedynków.
Historia pisze się na oczach wszystkich fanów tenisa w Polsce i za granicą. Już za niecałe 2 godziny na kort powinny wyjść Maja Chwalińska i Diana Sznajder. Stawka meczu jest niewyobrażalna. Polska tenisistka 23 marca odpadała w 1. rundzie ITF-a w Dubrownika, po to, aby 4 czerwca grać w półfinale jednego z czterech największych turniejów kalendarzu WTA. To jest coś tak niezwykłego, że ciężko to wszystko ułożyć sobie na spokojnie w głowie.
Dzisiaj wszyscy zasiądźmy wygodnie w fotelach i podziwiajmy wirtuozerię serwowaną przez Maję Chwalińską. Ta dziewczyna dokonała już rzeczy niemożliwych. Pokazała nieraz, że nie ma dla niej barier nie do pokonania. Wynik dzisiejszego meczu jest sprawą drugorzędną. Ona już sprawiła nam tyle radości, że moglibyśmy śmiało chodzić uśmiechnięci do końca przyszłego roku. Po prostu obejrzymy raz jeszcze Maję w akcji, bez oczekiwań.


Dodaj swój pierwszy komentarz do tego posta