Powrót Wisły z zaświatów

Jeszcze niedawno mówienie, że Wisła Kraków wróci do Ekstraklasy, brzmiało jak zakład o to, czy w październiku sypnie śniegiem. Niby możliwe, niby widzieliśmy to już kiedyś, ale człowiek patrzył za okno i widział raczej błoto niż zimową idyllę.

A dziś? Dziś Wisła Kraków stoi w przedpokoju. Zdjęła już nawet kurtkę i powiesiła na wieszaku kapelusz. I choć w każdej piłce, a zwłaszcza w tej naszej – polskiej, wszystko jest możliwe. Tak serio. Można wygrać mecz, który był przegrany i spokojnie przegrać ten wygrany. To nic się tu jednak nie wydarzy.

Dzisiaj przy Reymonta mecz z Puszczą Niepołomice. Nie teraz? To za chwilę. Nie za chwilę? To zaraz potem. To jest ten rodzaj nieuchronności, który nie wynika z tabeli, tylko z historii, ciężaru nazwy i tej dziwnej, irracjonalnej wiary, którą kibic Białej Gwiazdy zawsze nosi głęboko w sercu.

Oczywiście, wszystko może wysypać się na ostatniej prostej. Jasne, że może. W końcu mówimy o lidze, w której „pewniak” nie istnieje. Wystarczy rzucić okiem na ligową tabelę. Każdy może „oklepać” każdego.

Ale to jest właśnie ten moment.

Wisła nie tyle puka do drzwi Ekstraklasy, co już stoi w przedpokoju i rozgląda się, gdzie tu powiesić kurtkę. Kapelusz już powiesiła. Jeszcze ktoś może wyrzucić ją za drzwi i zgasić światło, ale problem w tym że mieszkanie jest puste. Nie ma rywala, który rzeczywiście się postawi, złapie za bary i pokaże drzwi.

Wisła wraca, to się za chwile wydarzy. Wtedy wszyscy powiedzą, że wiedzieli od dawna. Tak działa futbol. Tak działa życie. I tak, dokładnie tak. Wisła wraca z zaświatów. Nareszcie.

Dodaj swój pierwszy komentarz do tego posta