Odwiedzając Rzym, niezależnie od pory roku, musisz być przygotowany na listę pozycji obowiązkowych do zwiedzenia, która może być równie długa, jak ul. Władysława Łokietka w Krakowie. W trakcie naszej wyprawy – poza klasykami typu Koloseum, Panteon, Ogrody Borgiów czy Watykan, priorytetem był oczywiście ogromny stadion, na którym swoje mecze rozgrywają dwa rzymskie kluby – Roma oraz Lazio. Los chciał, że w ten ciepły, wrześniowy weekend u siebie grał były klub Zbigniewa Bońka, rywalizując z Venezią.
Skutery i ograniczone zaufanie
Stadio Olimpico znajduje się kawałek drogi od centrum miasta. Na stadion można wybrać się komunikacją miejską lub spacerem. Z poprawką na to, że przechadzając się spokojnym krokiem trzeba bardzo uważać, gdyż ruch w tamtej okolicy jest ogromny. Poza tym, łamane są chyba wszystkie przepisy ruchu drogowego. Zarówno przez pieszych, jak i kierujących pojazdami na dwóch i czterech kółkach. Wychylając się zza samochodu trzeba być niesamowicie czujnym, bo zaraz może wjechać w ciebie rozpędzony autobus czy też skuter, których jest w Rzymie jak grzybów po deszczu w październiku. Ograniczone zaufanie powtarzane jak mantra przez polskich instruktorów nauki jazdy weszłoby w Wiecznym Mieście na inny poziom. Kolor świateł nie ma większego znaczenia, dopiero gwizdek „Carabineri” może przywołać niektórych do porządku. Miejscowi taksówkarze uważają zaś, że ten chaos na drogach w centrum miasta jest spowodowany ospałości policji, która wg nich jest zbędna do funkcjonowaniu ruchu. I bądź tu mądry.

Trykoty legend
Zbliżając się w okolice stadionu, doskonale wiesz, gdzie jesteś. Z daleka widać knajpy w żółto-czerwonych barwach, do których nie wsadziłoby się szpilki. Naprzeciwko obiektu znajduje się niezliczona liczba straganów i „bud” z panini oraz napojami. Przechadzając się obok, nie sposób czegoś nie kupić, gdyż te rzeczy niemal wpadają ci do ręki. Wszystko to poprzedzone jest głośną muzyką w tle, która leci z boomboxów marki JBL. W ciepłym powietrzu doskonale czuć klimat piłkarskiego święta, które tego dnia odbędzie się w Wiecznym Mieście. Nie ma znaczenia, czy rywalem Romy będzie Venezia czy Juventus. Zawsze na stadionie jest ponad 60 tysięcy fanatycznych kibiców. Pojedyncze grupki debatują na schodach czy też okolicznym moście – w prawej ręce trzymają złoty napój, a lewą gestykulują.


Żeby wyminąć te tłumy „tifosich”, trzeba zachować się sprawnie jak Alberto Tomba na slalomie gigancie w Calgary w 1988 roku. Jest bardzo głośno, wszyscy są niezwykle pobudzeni, śpiewają, żyją tym, co za chwilę wydarzy się na ogromnym stadionie. Przyglądając się trykotom noszonym przez rzymskich kibiców, możemy przypomnieć sobie jakie legendy grały w żółto-czerwonych koszulkach. Oczywiście o wielkim Francesco Tottim nie musimy pisać, ale nazwiska brazylijskiego stopera, Aldaira czy snajpera z Argentyny, Gabriela „Batigola’ Batistuty, mogą mówić niewiele młodym adeptom futbolu.

Stadio Olimpico
Jeśli przybyłeś po raz pierwszy na Stadio Olimpico, możesz czuć lekkie zagubienie wśród przechadzających się tłumów kibiców gospodarzy. Aby wejść na trybunę Monte Mario, na której zasiadamy, trzeba pokonać niemały labirynt, przechodząc przez kilka kontroli biletów. Wybór miejsce na tym gigancie ma duże znaczenie. Jesteśmy w stanie sobie wyobrazić, że siedząc na samej górze z boku, mogłaby być potrzebna lornetka – dla słabiej widzących kibiców.

Przy wyjściu każdej z trybun są rzecz jasna sklepiki z przekąskami oraz piwem. Przy tak ogromnej liczbie kibiców, nie idzie to wszystko tak sprawnie jak powinno, kolejki są długie. Przypomina się stadion przy ulicy Reymonta. Z tym, że w tym przypadku mówimy o ponad 60 tysiącach ludzi, w Krakowie jest problem z obsługą przy 5 razy mniejszej publice.

Zwycięstwo w bólach
Sam mecz nie porwał tłumów, ale skończył się zgodnie z oczekiwaniami miejscowych fanów. Roma przez całe spotkanie męczyła się okrutnie, grając bardzo słabo. To Venezia wyglądała przez większość czasu zawodów lepiej od gospodarzy. Wymiana kilku podań oraz piłka prostopadła na wolne pole, była najlepszą receptą na niepewną obronę Romy. Na trybunach również to przyjezdni byli głośniejsi.

Goście z Venezii mogli zamknąć ten mecz w okolicach 60. minuty. Tak się jednak nie stało. Na boisku pojawiła się wtedy też dwójka młodych gniewnych, która ma stanowić o sile Romy w kolejnych latach – Tommaso Baldanzi oraz Nicollo Pissili. Obaj wnieśli dużo ożywienie do schematycznej gry zespołu gospodarzy. Ten drugi w 83. minucie przesadził o zdobyciu trzech oczek dla sympatyków „Giallorossich”. Pewnym osobistym zawodem było nie zobaczenie tego popołudnia magika z Argentyny, Paulo Dybali, który cały mecz przesiedział na ławce rezerwowych. Nie jest obecnie w pełni sił.

Wyjście z tego „giganta” nie sprawiło już tak wielu kłopotów. Całe ulice były ponownie w barwach klubu Francesco Tottiego. Wracając, mijamy po drodze piękny kompleks kortów Forro Italico, gdzie w maju odbywają się turnieje tenisowe panów i pań na mączce.

Jest to kolejna pozycja do obowiązkowego obejrzenia w trakcie włoskich wyjazdów. Rzym jest bez wątpienia miastem żyjącym sportem. Ponad 60 tysięcy gardeł na stadionie ma Romę w sercu. Jest to piękne, podobnie jak cała otoczka, tego niedzielnego spektaklu, w którym nie do końca dojechali tylko aktorzy. Pomimo tego, ten przedmeczowy obraz nieopodal stadionu, pozostanie na długo w pamięci.



