Sierpniowe schody do piłkarskiego raju

40 tysięcy widzów przy ulicy Bułgarskiej w Poznaniu i rozmarzony chłopiec, wpatrujący się w charakterystyczną piłkę z gwiazdami. Jasny przekaz fanów Lecha, którzy w tym roku zapragnęli sięgnąć piłkarskiego, gwiaździstego nieba.

fot. Stadionowi Oprawcy

„Chcieć to móc” – tak przynajmniej mówią, ale niekoniecznie w tym przypadku. Nikt oczywiście Lechowi nie może odmówić, że nie chciał. Chciał – o czym dobitnie świadczyło kilkanaście minut w pierwszej połowie. Kolejorz wtedy rzucił się do gardła Crveny i tłamsił ją niemiłosiernie, czego efektem był ładny gol Mikaela Ishaka. Mogły być kolejne, ale sędzia zaprosił obie ekipy do szatni. Po przerwie czar prysł i do głosu doszli chłopcy z Serbii, którzy pokazali bardzo wyrachowany futbol – taki, na który Lech nie potrafił skutecznie odpowiedzieć, ani mu zapobiec. 11-krotny zdobywca tytułu mistrza Serbii pokazał miejsce w szeregu mistrzowi Polski. Rewanż na słynnej belgradzkiej Marakanie wydaje się być tylko formalnością – przysłowiową kropką nad „i”. I tak zapewne będzie.

Piękne plaże, turkusowe morze, dobre wina, malownicze góry i zielone doliny. Do tego pomarańcze, nektarynki i cytrusy. Takie skojarzenia z Cyprem ma przeciętny człowiek. Kibice Legii po wczorajszym występie swoich pupili na ziemi bogini Afrodyty takich skojarzeń mieć nie będą. Łomot, kompromitacja – bo tak trzeba nazwać ten mecz.

fot. Legia Warszawa

Można oczywiście próbować zwalać wszystko na tropikalną pogodę, która dawała się wczoraj mocno we znaki, ale przecież tak naprawdę nikogo to nie interesuje. Wynik poszedł w świat, a Legię biczowali zawodnicy, którzy kiedyś – z lepszym lub gorszym skutkiem – biegali po boiskach Ekstraklasy. Alomerović i Angielski to nazwiska, które pozwalały wierzyć, że chłopcy Iordanescu sobie poradzą. Może nie spokojnie, ale poradzą. Tak się jednak nie stało i w Warszawie (choć wszystko jest możliwe, nawet odrobienie trzech goli) Legię czeka droga krzyżowa. Nerwy, spętane nogi i jeden błąd – to może zgasić światło przy Łazienkowskiej.

Grę Legii na Cyprze można podsumować prosto: porażka 4:1 to najniższy wymiar kary, a ostatni gwizdek arbitra wszyscy przyjęli z ulgą.

fot. Legia Warszawa

W końcówce absolutnie nie zanosiło się na to, że Legia zmniejszy straty – pachniało raczej tym, że łomot będzie jeszcze bardziej bolesny.

Inaczej niż w Poznaniu i na Cyprze miało być w Częstochowie. Rzeczywiście takiej różnicy klas między zespołami nie było, ale Raków poległ. I co z tego, że chłopcy Papszuna zaczęli nieźle, skoro im dalej w las, tym było gorzej. Tudor, choć miał wyborne okazje, nie trafił ani razu, a w 61. minucie gola zapakował Azoulay – i było po zabawie.

Maccabi Hajfa miało problemy z płynnością gry w każdej formacji. Zwłaszcza z przodu przybysze z Izraela nie pokazali zbyt wiele, ale ten wyrachowany minimalizm wystarczył, by wygrać w Częstochowie. W piłce nie liczą się przecież fajerwerki, tylko to, co w sieci.

Rewanż w Debreczynie oczywiście jest sprawą otwartą, ale chyba nikt nie ma wątpliwości, że będzie cholernie trudno.

fot. Raków Czestochowa

Kibice Rakowa przypomnieli piłkarskiej Europie o tragedii w Strefie Gazy – za jedną z bramek zawisł transparent: „Izrael morduje, a świat milczy”.

„Biała” to nie jest zła drużyna – jak brzmiał klasyk z Piłkarskiego pokera – i rzeczywiście potwierdziło się to wczoraj na terenach, które dawniej zamieszkiwali rodowici wikingowie. Jagiellonia lubi grać w tych stronach, o czym przed rokiem przekonała się Kopenhaga. Tym razem ofiarą chłopców Siemieńca padł Silkeborg. Absolutnie nie ma co porównywać klasy obu zespołów, ale nie zmienia to faktu, że Dumie Podlasia dobrze gra się w Danii.

Silkeborg do meczu z Jagiellonią przystąpił z zerowym dorobkiem punktowym w lidze. Mecz z Jagiellonią skończył z zerowym dorobkiem bramkowym, a jeden stracony gol dał zwycięstwo gościom. W tym przypadku domknięcie sprawy awansu w Białymstoku wydaje się przesądzone. I choć Jaga to nie jest zła drużyna, to ten Silkeborg był wyjątkowo słaby.

fot. Silkeborg IF

Początek sierpnia to początek schodów dla polskich drużyn w europejskich pucharach. Wydawało się, że trudniej zrobi się ciut później – ale może i dobrze, bo jeszcze by się nam w głowach poprzewracało.

Jeden komentarz