Na stadionie Fortuny Dusseldorf rozstrzygnięcie przyszło dopiero w rzutach karnych. W serii popularnych jedenastek szczęście uśmiechnęło się do Synów Albionu. Szwajcarom przed oczami przeleciały demony z Petersburga, tam i tu w Dusseldorfie – mieli rozbić sufit i awansować do wymarzonego półfinału. Marzenia Helwetów prysły i runęły o ziemię. Bóg tego dnia miał w opiece nie tylko Króla, ale także całą Anglię i to ona, choć wybitnie się nie prezentuje – jest w półfinale.
Tradycyjnie w przeraźliwym szumie, hałasie i harmiderze z tysięcy zalanych litrami piwska gardeł wybrzmiało „God Save the King”, ale to wcale nie Anglia należała do faworytów tego starcia. Podopieczni Garetha Southgate’a grają na tym piłkarskim balu – przeciętnie. Nie ma się co dziwić, że oczy wielu fachowców rzucały spojrzeniami w stronę nieobliczalnych Helwetów, którzy wcześniej bez żadnej litości przejechali się po natartych żelem Włochach.

W Dusseldorfie mecz zapowiadano jako starcie wielkiego zaskoczenia z dużym rozczarowaniem. W teorii brzmiało to całkiem fajnie, ale w praktyce okazało się, że to rozczarowanie nie do końca jest takie brzydkie, a zaskoczenie wcale nie takie piękne jak je malują. Boisko tradycyjnie zweryfikowało wszystkie tezy i przypuszczenia nie zostawiając żadnych złudzeń. Do półfinału mogła awansować tylko jedna ekipa i są to Synowie Albionu.
Szwajcaria wyszła na ten piłkarski bój sparaliżowana stawką o jaką toczy się gra. W końcu to miał być pierwszy w historii tego małego kraju półfinał dużej piłkarskiej imprezy. Tak się jednak nie stało, a podopiecznym Murata Yakina nie będzie już dane tańczyć na niemieckim balu. Orkiestra gra dalej, ale już bez Helwetów, którzy w starciu z Anglią w żadnym aspekcie nie przypominali samych siebie z poprzednich meczów. Kojarzymy ich z pressingu i odważnej gry, a tego w starciu z Albionem zabrakło.
Anglia też nie zagrała dobrze, ale na pewno lepiej niż w poprzednich meczach i jak się okazało tyle wystarczyło, żeby zameldować się w najlepszej czwórce Euro 2024. Mecz numer 100 dla trenera z Wysp Brytyjskich okazał się szczęśliwym i przede wszystkim nie ostatnim.
Pierwsza odsłona do zapomnienia. Nuda, że czasem zdecydowanie więcej dzieje się w Familiadzie Karola Strasburgera, zwłaszcza jak na jej początku wjeżdża z typowym dla siebie beznadziejnym sucharem.

Pierwsze uderzenie na bramkę miało miejsce w 51.minucie meczu. W zasadzie strzał ten obok uderzenia nawet nie stał. Było to bardziej podanie sympatycznego Breela Embolo w ręce Jordana Pickforda. Ta akcja rozochociła Helwetów, którzy w końcu ruszyli do przodu bardziej odważnie.
Efekt zrywu Szwajcarów przyszedł momentalnie. Fabian Schar dograł do Dana Ndoye’a, a zrobił to tak mądrze, że jednym podaniem minął trzech Synów Albionu. Ndoye kopnął wzdłuż bramki, z futbolówką minął się John Stones, a najsłabszy tego dnia na boisku Kyle Walker zgubił krycie i Embolo wślizgiem skierował „gałę” do „budy” Angoli.
Helweci z prowadzenia cieszyli się raptem 5 minut. Trener Anglii przeprowadził 3 zmiany, a na trafienie Embolo odpowiedział Bukayo Saka, który huknął zza pola karnego tuż przy słupku i horda podpitych Anglików zerwała się z krzesełek w przeraźliwym ryku. Wśród nich był też Książe William, który ochoczo i energicznie klaskał w dłonie.

Więcej celnych strzałów w tym słabym spektaklu nie było. W dogrywce też wiało nudą i jakimś cudem doczekaliśmy rzutów karnych, w których z miejsca pomylił się Manuel Akanji. Synowie Albionu byli bezbłędni i to oni zameldowali się w półfinale.
Jak widać przysłowie: „do trzech razy sztuka” w przypadku Helwetów nie sprawdziło się. W 2016 roku we Francji, Szwajcaria odpadła po rzutach karnych z Polską, a w 2021 roku w ćwierćfinale spadła na nich kosa z rąk La Furia Roja. Teraz łeb ścięli Anglicy i to oni w półfinałowym boju z Holendrami znów po kilkunastu piwach rykną: God Save The King!
Z Piłką w Sercu (ST)




