Nie ukrywam, że już zawsze będę na Wrocław spoglądał z ogromnym sentymentem. To piękne miasto, w którym swego czasu zostawiłem trochę życia, zdrowia i prawdziwych przyjaciół, takich przez duże „P”. Jeden z nich wczoraj oficjalnie przejął ster w kobiecej drużynie Śląska Wrocław, a męska drużyna WKS-u już jutro zagra arcyważny mecz z Motorem Lublin, w którym nie brakuje podtekstów.
Wczoraj we Wrocławiu wydarzyła się i jutro we Wrocławiu wydarzy się – ważna rzecz. Zacząć pasuje od wczoraj.
Z kadry do WKS-u
Przemysław Piekielny – chłopak niezwykle pogodny, radosny i przyjaźnie nastawiony do życia. Pełen pasji do piłki i wiary w to co robi. Niewątpliwie fachowiec w swojej dziedzinie. O piłce nożnej wie wszystko, a o tej kobiecej chyba jeszcze więcej.

Wcześniej z powodzeniem pracował z męskimi młodzieżowymi drużynami Śląska Wrocław, a także był asystentem w reprezentacji Polski kobiet do lat 19. Od wczoraj już w swoich rękach bezpośrednio dzierży ster wrocławskich piłkarek. Na stanowisku pierwszego trenera Śląska zastąpił Piotra Jagieła, który został koordynatorem sekcji piłki nożnej kobiet w Śląsku Wrocław.

Z Piotrem znamy się bardzo długo, dużo rozmawiamy i szanuję jego decyzję. Kontynuujemy naszą myśl szkoleniową, więc w codziennej pracy – poza nieco innym rozkładem obowiązków – niewiele się zmieni. W każdym spotkaniu chcemy wygrywać, by na koniec sezonu zająć możliwie najwyższe miejsce w tabeli. Myślimy też już o przyszłości, o kolejnych rozgrywkach, mamy plan długofalowy na nasz projekt
Przemysław Piekielny dla www.slaskwroclaw.pl
Przemysław Piekielny to również bardzo ważna postać Stowarzyszenia Z Piłką w Sercu. Zapewne mało kto wie, ale to jeden z jego założycieli. Człowiek niezwykle zaangażowany we wszystkie nasze akcje charytatywne. Gotowy nieść pomoc potrzebującym o każdej porze dnia i nocy. Chłopak, z którym w życiu przegadałem setki godzin i chyba najmniej tych rozmów to było o piłce. Człowiek orkiestra – dosłownie i w przenośni.
Przemysław w roli pierwszego trenera Śląska Wrocław zadebiutuje we Wrocławiu 12 kwietnia. Przy Oporowskiej starcie WKS-u z GKS-em Katowice. Oczywiście z wielką uwagą będziemy śledzić losy tej drużyny i mocno zaciskać kciuki za tego chłopaka.
Twierdza Gdańsk
Piłka nożna kobiet to coraz bardziej popularna dyscyplina w naszym kraju. Panie mają dobry czas, a dzisiaj w Gdańsku dorosła reprezentacja dam powalczy o kolejne 3 punkty w ramach Ligi Narodów. Po dwóch kolejkach nasze dziewczyny mają na swoim koncie komplet punktów. W pokonanym polu zostawiły Rumunki i ekipę Irlandii Północnej.
Dzisiaj zrobią wszystko, aby do swojego dorobku dopisać kolejne 3 punkty, choć starcie z reprezentacją Bośni i Hercegowiny wcale do łatwych nie będzie należeć. Nasze panie zagrają bez Nadii Krezyman, która zmaga się z urazem i tym razem zabraknie jej rajdów na skrzydle. Brak zawodniczki Dijon to spore osłabienie zwłaszcza w bocznych rejonach boiska, gdzie dobrze wyszkolona technicznie dziewczyna zapewne zrobiłaby różnicę.
Warto zaznaczyć, że odkąd nasze panie grają w Gdańsku to jeszcze nie zaznały smaku porażki i oby ta seria trwała jak najdłużej i niech jest kontynuowana przynajmniej do mistrzostw Europy.
Za wszelką cenę wygrać
Tarczyński Arena na wrocławskich Maślicach, będzie jutro gościł ekipy Śląska i Motoru Lublin. Ci pierwsi bez dwóch zdań muszą wygrać, żeby walczyć o ligowy byt. Z kolei ekipa Motoru nic już nie musi. Beniaminek ma na swoim koncie 39 punktów i jest już spokojny o swój ekstraklasowy los. Oczywiście nic nie sugeruję, ale zbyt długo obserwuję piłkę w naszym kraju, aby myśleć inaczej. Takie rzeczy mają wpływ na wynik. Zwłaszcza, że fani obu ekip żyją w zgodzie i harmonii (nie tej od pana Jana z Olkusza).
Motor Lublin nie przepada za graniem we Wrocławiu. W 2007 roku, a dokładnie 14 października zdarzył się mecz, w którym lublinianie polegli z wrocławianami, aż 10:1. To nie pomyłka i warto dodać, że w tym meczu to przyjezdni prowadzili aż do 25. minuty spotkania. Warto też zaznaczyć, że właśnie w tamtym sezonie Śląsk wrócił do najwyższej klasy rozgrywkowej w kraju.

Teraz zapewne podopieczni Ante Simundzy tak wysoko nie wygrają, ale choćby za wynik 1-0 położą na stole całe swoje serce, zdrowie i umiejętności. Bo oni muszą, a rywal już nie.







