11:0, czyli o problemie głębszym niż wynik

Są miasta, w których lokalna piłka jednoczy ludzi. Nawet jeśli kluby ze sobą rywalizują, to gdzieś pod spodem istnieje poczucie, że wszyscy grają dla tego samego miejsca, dla tych samych kibiców i dla tej samej lokalnej społeczności. Silny rywal zza miedzy często staje się impulsem do rozwoju własnego klubu.

A potem jest Olkusz. Miasto, w którym czasami większą radość daje porażka sąsiada niż własny sukces. I niestety ostatnie wydarzenia tylko kolejny raz to pokazały.

Wynik, który obnażył coś więcej

KS Olkusz przegrał z Przebojem Wolbrom aż 11:0. Wynik fatalny, bolesny i kompromitujący. Nie ma tu czego bronić. Ale jeszcze bardziej przygnębiające od samego wyniku było to, jak wiele osób w lokalnym środowisku potraktowało go bardziej jako powód do szydery niż do refleksji.

Błyskawicznie pojawiły się kpiny, ironiczne komentarze i satysfakcja z tego, że „komuś się nie udało”. I właśnie to pokazuje problem, który od lat wraca w olkuskiej piłce.

Tylko że jest jeden problem. W KS-ie grają głównie wychowankowie Słowika (w meczu z Przebojem zagrało ich aż 9).Ci sami chłopcy, którzy od malutkiego byli szkoleni przez ten klub. Te same dzieciaki, które kiedyś biegały po tych samych boiskach w koszulkach Słowika i słyszały, że reprezentują olkuską piłkę. Więc jeśli dziś śmiejemy się z KS-u, to tak naprawdę śmiejemy się z wychowanków Słowika Olkusz, z trenerów Słowika Olkusz, własnej pracy w tym klubie i z własnego systemu szkolenia.

Rywalizacja czy wzajemne podcinanie skrzydeł?

Sportowa rywalizacja jest czymś naturalnym. Problem zaczyna się wtedy, gdy ważniejsze od własnego rozwoju staje się pilnowanie, żeby komuś obok nie poszło za dobrze. Gdy każda porażka rywala staje się okazją do wbicia szpilki, a każde potknięcie wywołuje bardziej satysfakcję niż zwykłą sportową reakcję.

Najbardziej szkoda w tym wszystkim jednego. W lokalnej piłce wszyscy jesteśmy od siebie bardziej zależni, niż wielu osobom się wydaje. Zawodnicy, trenerzy, działacze czy wychowankowie często przewijają się przez różne kluby, pracują ze sobą przez lata i tworzą jedno środowisko. Dlatego kiedy rzeczywiście cieszy nas potknięcie jednego klubu, bardzo często pośrednio uderzamy również w siebie.

A później dziwimy się, że trudno tu zbudować coś trwałego.

Problem większy niż jeden mecz

I może właśnie dlatego lokalna piłka od lat stoi w miejscu. Szerszy obraz sytuacji w całym podokręgu również nie daje powodów do optymizmu. Drużyny z naszego regionu od dłuższego czasu mają problemy z regularną walką na wyższym poziomie rozgrywkowym.

Brak klubów w czwartej czy piątej lidze tylko dopełnia tego obrazu. To nie wygląda już jak chwilowy kryzys czy jeden słabszy sezon, ale raczej długotrwały proces osuwania się w przeciętność.

Z tego nie wyjdzie się ani w tydzień, ani w miesiąc. To proces, który może potrwać lata i wymaga czegoś, czego dziś najbardziej brakuje, czyli spokojnej, konsekwentnej pracy u podstaw. Bez niepotrzebnych „szyder”, wzajemnych pretensji i ciągłego szukania winnych obok siebie.

Bo dopóki większe emocje będą wywoływać porażki rywali niż własny rozwój, dopóty trudno będzie zrobić krok do przodu jako całe środowisko.

Im więcej mocnych klubów w regionie, tym lepiej dla całej naszej piłki. Mocny Słowik to mocny KS, mocny WAP Wolbrom to mocny Przebój itd. itd.

Niesmak, który zostaje

Ostatnie dni pokazały również coś jeszcze. Jak łatwo w emocjach przekroczyć granicę między sportową rywalizacją a zwykłą złośliwością. A internet ma to do siebie, że nic nie ginie bez śladu. Nawet jeśli później ktoś zmienia wpisy, usuwa komentarze czy próbuje łagodzić przekaz, niesmak często zostaje.

I być może właśnie to jest dziś największym problemem lokalnej piłki. Za dużo energii tracimy na wzajemne uszczypliwości, a za mało na budowanie czegokolwiek wspólnie.

A potem wszyscy pytają, dlaczego w tym mieście tak trudno stworzyć coś trwałego.

Może właśnie dlatego.

ST

Dodaj swój pierwszy komentarz do tego posta