DWA PIŁKARSKIE ŚWIATY

Wczoraj dwie ligi miały swoje dwa wielkie hity. Piłkarskie dwa różne światy. Prawie 30 lat temu rozpocząłem oglądanie piłki. Były to właśnie nasze, rodzime rozgrywki oraz ówczesna, najlepsza liga świata – Serie A.

Cudze chwalicie, swego nie znacie…

Na pierwszy plan to co nasze, ukochane – czyli Polska. Dwie drużyny, które w środku tygodnia pożegnały się z rozgrywkami pucharowymi w naszym kraju. Dwie, które miały coś do udowodnienia.

Wczoraj pod Jasną Górę zawitał „Kolejorz”. Lokomotywa zderzyła się ze ścianą, a następnie wykoleiła. Spektakularnie niczym Szwedzi, kiedy zderzyli się z murami klasztoru w 1665 roku.

Zawody poprowadził pan z idealną linią włosów. Szymon Marciniak jako największa gwiazda ekstraklasy nie zawiódł, a ze swoich obowiązków wywiązał się dobrze. Wiadomo najlepszy sędzia to ten, którego nie widać. Umówmy się, że piłkarze mocno ułatwili mu zadanie. Mecz od samego początku jednostronny.

Rycerze z Częstochowy agresywnie ruszyli, doskakiwali, odbierali i inicjowali szybkie ataki. Pierwsza bramka to centrostrzał ze stojącej piłki – Bartosza Nowaka. Futbolówka po drodze minęła zarówno atakujących jak i broniących, finalnie lądując i trzepocząc w sieci. Niczym złoty znicz na boisku Quidditcha w powieściach fantasy o Harrym Potterze.

Później dwa gole Bergrena w odstępie 11 minut. Pierwszy to efekt przechwytu i wygranej przebitki, po której nastąpił mocny strzał pod nogami Milica, co zdecydowanie przeszkodziło broniącemu golkiperowi.

Drugi gol to efekt szybkiej akcji i mocnego strzału z dystansu, kolejny raz pod nogami poznańskiego defensora. Tym razem kontakt piłki z nogami Milica zmylił bezradnego bramkarza.

Szwed wchodził w poznaniaków niczym dzik w szyszki, a po kilku stuleciach i tych występach walecznego środkowego pomocnika – bardzo możliwe, że inaczej patrzy się teraz w Częstochowie na Szwedów.

Pierwsza połowa w wykonaniu Lecha, była podobna do tej w wykonaniu Legii w europejskich pucharach w Mo(L)de.

Po zmianie stron, od razu trener Rumak zmienił czterech zawodników. Jednak nie zmieniło to znacząco obrazu meczu. Fakt gola zdobył lechita. Jednak do bramki, którą należało pokonać przed przerwą. Samobój i 0:4 w „pałę”. Spore upokorzenie. Twierdza w Częstochowie w tym sezonie nadal niezdobyta, a sytuacja w ligowej tabeli robi się niezwykle ciekawa.

Cudze chwalimy, swoje znamy

Z Częstochowy wędrujemy na Półwysep Apeniński czyli do Włoskiego Buta. Tam na południu, u stóp Wezuwiusza kawał meczu. Stadion nazwany imieniem najlepszego piłkarza w historii futbolu. Ok, jednego z dwóch najlepszych, ale bezsprzecznie urodzonych w Argentynie. Do Neapolu na biednym południu, zajechał wielki Juventus z bogatej północy. Klub, który dla ludzi z Napoli jest niczym wilk dla pasterza. Powinien nie istnieć.

W niecce stadionu im. Diego Armando Maradony od początku zaakcentowano co myśli się o biało-czarnych barwach. Na przybyszach z Turynu większego wrażenia to nie zrobiło, bo szybko ich najlepszy snajper miał dwie dogodne sytuacje do zdobycia gola. Zarówno głową, jak i nogą – ale serb pomylił się nieznacznie.

Napoli utrzymywało się przy piłce, Juve skupiało się na odbiorach i szybkich atakach. Dużo walki, szczególnie pomiędzy Bremerem, a Osimehem. Brazyliczyk i Nigeryjczyk non-stop kopali się, szarpali i odpychali niczym koguty podczas tradycyjnej indonezyjskiej walki.

Tego samego dnia szybko zobaczyliśmy różnicę w tempie, technice i taktyce pomiędzy Serie A, a naszą polską Ekstraklasą. Mam wrażenie, że w Italii jeździ się Ferrari, a u nas katuje pożyczoną od Czechów -Skodę. Różnicę widać i czuć bezapelacyjnie.

Niesieni dopingiem fanatycznych kibiców, piłkarze błękitno niebieskich zaczęli coraz śmielej atakować. Po wrzutce kapitana i zbyt krótkim wybiciu Bremera, futbolówka trafiła do Gruzińskiego Maradony. Kvaratskhelia z pierwszej piłki wolejem pokonał Szczęsnego. Stadion eksplodował po raz pierwszy.

Święto neapolitańczyków powinien zepsuć Dusan Vlahovic. Pomylił się tuż przed przerwą i również zaraz po niej. To wybitnie nie był dzień super snajpera „Starej Damy”. Kolegę wyręczył najlepszy tego dnia wśród przyjezdnych – Federico Chiesa. Ładnym strzałem uciszył stadion.

Do 85 minuty nie było konkretnych sytuacji, aż kolejną wrzutkę dał Di Lorenzo. Tak jak w pierwszej połowie na pozór niegroźna sytuacja zmieniła się w rzut karny. Młodzieniec Nonge zaatakował stemplem Victora Osimhena. Mocno to poirytowało Alegriego, który chwilę później młodego Belga potraktował tzw. wędką. W dobie bezstresowego wychowania to dosyć brutalne doświadczenie dla Nonge Boende.

Wracając do karnego, sam poszkodowany postanowił wymierzyć sprawiedliwość. Pomylił się, a raczej świetnie jego zamiary wyczuł polski bramkarz i sparował piłkę. Niestety dla niego pierwszy dopadł do niej Raspadori. Zajadle niczym pitbull, niesiony niesamowitą wrzawą uprzedził turyńczyków. Wezuwiusz wybuchł tego wieczora po raz drugi, ale to wciąż nie był koniec emocji.

W doliczonym czasie gry chyba z sentymentu do starego klubu w obronie wyniku pomógł Milik. Dosłownie obronił strzał Locatelliego zmierzający do bramki. W tej samej akcji światło w Neapolu mógł zgasić jeszcze Rugani. Jednak posłał piłkę Panu Bogu w okno. Niezłe widowisko. Wygrana powinna uskrzydlić Napoli w walce o jak najwyższą lokatę na koniec sezonu. Juve z kolei wpada w kryzys i traci szansę na mistrzostwo. Najbardziej jednak cieszą się z tego w modnym Mediolanie, bo tam Inter coraz śmielej kroczy po kolejne Scudetto.

Z Piłką w Sercu (ŁM)

***

Mecz w Częstochowie obejrzało 5,5 tysiąca widzów. Mecz w Neapolu 52 tysiące fanatycznie reagujących tifosi.

Zwycięstwo Napoli nad Juventusem, dla kibiców z Neapolu to jak zdobycie mistrzostwa Włoch.

ŁM
ŁM