W niższych ligach piłkarskich coraz częściej mówi się nie tylko o wynikach, awansach i walce o utrzymanie, ale również o pieniądzach. Ile powinien kosztować zawodnik? Gdzie kończy się zwrot kosztów, a zaczyna regularne wynagrodzenie? I czy rosnące oczekiwania finansowe nie zmieniają charakteru lokalnego futbolu? Historia wielu klubów pokazuje, że granica między pasją a piłkarskim biznesem może być znacznie cieńsza, niż mogłoby się wydawać.
W niedzielę mecz, w poniedziałek praca
Są w Polsce piłkarze, którzy w niedzielę rano jadą kilkadziesiąt kilometrów na mecz, a wcześniej przez cały tydzień normalnie chodzą do pracy. W poniedziałek wracają do biura, warsztatu, sklepu czy szkoły. W środę znowu trening. W weekend kolejny mecz.
A robią to dlatego, że po prostu lubią grać w piłkę. Ale coraz częściej pojawia się również pytanie: ile za to dostanę? I właśnie w tym miejscu zaczyna się robić problem. Bo czym właściwie jest piłka amatorska?
UEFA definiuje grassroots football jako futbol nieprofesjonalny i nieelitarny, w którym najważniejsze są uczestnictwo, dostępność i miłość do gry. To fundament piłki nożnej, jej najniższa warstwa, miejsce, w którym nie chodzi przede wszystkim o pieniądze, a o samą przyjemność z grania.
Tymczasem na polskich boiskach coraz częściej mamy sytuację, w której zawodnik grający w V lidze, okręgówce czy nawet A-klasie zaczyna funkcjonować jak pracownik.
Chce pieniędzy za mecz, trening, dojazd, premii za zwycięstwo. A czasami chce po prostu więcej niż zawodnik w sąsiednim klubie. I nagle niedzielny mecz pomiędzy dwiema lokalnymi drużynami przestaje być rywalizacją dwóch zespołów. Staje się małym rynkiem transferowym.
Gdzie kończy się zwrot kosztów?
Nie twierdzę, że zawodnik nie powinien dostawać ani złotówki. Jeżeli ktoś pokonuje kilkadziesiąt kilometrów na trening, wydaje pieniądze na paliwo, poświęca swój czas i reprezentuje klub, trudno mieć do niego pretensję o zwrot realnych kosztów. Równie trudno oburzać się o symboliczną premię za zwycięstwo.
Problem zaczyna się wtedy, kiedy zwrot kosztów przestaje być typowym zwrotem kosztów, a staje się realną pensją. Kiedy zawodnik nie pyta już: „Gdzie będę grał?”, tylko: „Ile dajecie?”
Kiedy klub nie buduje już drużyny wokół ludzi związanych z miejscowością, wychowanków i zawodników, którzy naprawdę chcą tam grać, lecz zaczyna przeglądać lokalny rynek jak supermarket: ten kosztuje tyle, tamten tyle, a za tego trzeba dać jeszcze więcej. To nie jest rozwój amatorskiej piłki. To jest już zwyczajna licytacja.
Kiedy pieniądze zaczynają psuć rynek
O tym, czym kończy się taki model, bardzo dobrze pokazuje historia Karpat Siepraw. Mały małopolski klub grał w rozgrywkach V ligi. Poziom amatorski. Nie Ekstraklasa, nie pierwsza czy nawet druga liga, zupełnie inny świat.
A jednak niektórzy zawodnicy otrzymywali ponad tysiąc złotych miesięcznie. Jesienią budżet płacowy sięgał około 17 tysięcy złotych miesięcznie. Gdy główny dobroczyńca klubu wycofał się z finansowania, dalsze utrzymanie drużyny wymagałoby około 180–200 tysięcy złotych rocznie. Klub ostatecznie wycofał się z rozgrywek.
I właśnie tutaj pada zdanie, które powinno być obowiązkowo umieszczone w niejednej szatni drużyn z niższych lig:
„Pieniądze na tym poziomie rozgrywek to psucie rynku!”
Trudno mi się z tym nie zgodzić. Bo problemem nie jest jeden zawodnik, który dostanie kilkaset złotych. Problemem jest cały mechanizm. Jeden klub zaczyna płacić. Drugi, żeby być konkurencyjny, musi zapłacić więcej. Trzeci traci zawodników. Czwarty nie chce albo nie może uczestniczyć w tej licytacji. A potem okazuje się, że drużyna, która jeszcze rok wcześniej była lokalną dumą, nie ma pieniędzy na dalsze funkcjonowanie.
KS Olkusz i gwałtowna zmiana sytuacji
Właśnie dlatego historia KS Olkusz tak mocno przyciąga uwagę. Jeszcze w czerwcu wszystko wskazywało na to, że klub będzie mógł kontynuować grę w Klasie Okręgowej w sezonie 2026/2027. Małopolski ZPN przyznał mu nawet prawo do gry na tym poziomie ze względu na najlepszy współczynnik punktowy spośród zespołów zagrożonych spadkiem. Kilka tygodni później rzeczywistość wyglądała zupełnie inaczej.

W oficjalnym składzie olkuskiej Klasy B na sezon 2026/27 znalazł się właśnie KS Olkusz. Jego miejsce w Lidze Okręgowej zajęła Prądniczanka Kraków. Wcześniej klub informował, że analizuje swoją przyszłość, wskazując między innymi na sytuację finansową oraz liczbę zawodników gotowych do gry.
Nie mam zamiaru dopisywać do tej historii czegoś, czego nie udało się potwierdzić. Nie wiem, czy oczekiwania finansowe zawodników były bezpośrednią przyczyną problemów KS Olkusz. Nie znalazłem wiarygodnego źródła, które pozwalałoby tak stwierdzić. Ale właśnie dlatego warto zadać konkretne pytanie:
Czy lokalny klub powinien dochodzić do momentu, w którym jego funkcjonowanie na poziomie okręgówki zależy od tego, czy znajdą się pieniądze na spełnienie oczekiwań zawodników?
Jeżeli odpowiedź brzmi „tak”, to warto zadać kolejne pytanie:
Gdzie w takim razie kończy się amatorska piłka?
Legion Bydlin. Plotka to nie fakt
Jeszcze ciekawszy jest przypadek Legionu Bydlin. Klub w sezonie 2025/2026 występował w V lidze małopolskiej zachodniej jako beniaminek. Po rundzie jesiennej wycofał się jednak z rozgrywek. Wokół niższych lig bardzo często krążą opowieści o tym, ile zarabiają zawodnicy. O tym, że jeden klub płaci tyle, drugi tyle, a trzeci sprowadza zawodników z innego regionu. W przypadku Legionu również pojawiały się takie informacje. Tyle że plotka nie jest faktem.

Nie znalazłem wiarygodnego źródła, które potwierdziłoby konkretne kwoty wypłacane zawodnikom Legionu Bydlin, dlatego nie będę udawał, że wiem coś, czego nie wiem. Ale sam mechanizm był realny. Jeżeli zawodnik mieszka i pracuje kilkadziesiąt kilometrów od klubu, do którego dojeżdża na treningi i mecze, naturalnie pojawiają się koszty. Jeżeli klub chce sprowadzić takich zawodników, musi je ponosić.
A kiedy do kosztów dojazdu dochodzą premie, wynagrodzenia i inne świadczenia, zaczynamy tworzyć budżet, który na poziomie lokalnym bardzo szybko może przestać być lokalny. I wtedy wystarczy jeden sponsor mniej. Jedna osoba, która przestanie się dokładać. Jeden sezon, który nie pójdzie zgodnie z planem. I cała konstrukcja zaczyna się chwiać.
„Dlaczego zawodnik ma grać za darmo?”
Ktoś powie: „ale dlaczego zawodnik ma grać za darmo?” To bardzo uczciwe pytanie. Jeżeli ktoś ma umiejętności, poświęca czas i może dostać za swoją grę pieniądze, to dlaczego miałby z nich rezygnować?
Zresztą Zbigniew Boniek patrzył na sprawę zupełnie inaczej. Zapytany o kluby IV, V ligi, okręgówki i A-klasy płacące zawodnikom odpowiedział:
„Jeżeli jakiś klub chce płacić amatorom, niech płaci, ale to jego sprawa.”
Zbigniew Boniek
I trudno odmówić tej logice pewnej racjonalności. Skoro sponsor chce wyłożyć własne pieniądze, klub chce je wydać, a zawodnik chce je otrzymać, to dlaczego ktoś ma im tego zabraniać?
Tyle że problem zaczyna się wtedy, gdy pieniądze jednego klubu zmieniają zasady gry wszystkim pozostałym. Bo jeśli jeden klub płaci zawodnikom po kilkaset czy nawet ponad tysiąc złotych miesięcznie, jego rywale mają trzy możliwości:
- Mogą zrobić to samo.
- Mogą pogodzić się z utratą zawodników.
- Albo mogą próbować budować drużynę inaczej.
Tyle że ta trzecia droga jest dzisiaj najtrudniejsza.
Co powinno być fundamentem?
Moim zdaniem powinniśmy przywrócić właściwe proporcje. Piłka amatorska nie powinna być miejscem, w którym zawodnik zarabia na życie. Powinna być miejscem, w którym człowiek po pracy idzie na trening, bo kocha futbol. Miejscem, w którym chłopak z jednej miejscowości gra przeciwko chłopakowi z miejscowości sąsiedniej. Miejscem, w którym po meczu można zostać jeszcze chwilę na boisku, porozmawiać, pośmiać się, czy przeanalizować sytuację z 87. minuty. Miejscem, gdzie największą nagrodą nie jest przelew, lecz wysokie miejsce w tabeli.
Nie oznacza to, że zawodnicy mają dokładać do grania. Zwrot paliwa? Oczywiście. Sprzęt? Jak najbardziej. Symboliczna premia za zwycięstwo? Dlaczego nie. Ale pensja za samo przyjście na trening czy mecz? W A-klasie? W okręgówce? W V lidze? Tutaj zaczynam mieć problem.
Bo jeśli ktoś mówi: „nie przyjdę, jeśli nie dostanę pieniędzy”. Yo być może odpowiedź powinna brzmieć:„W porządku. Ale wtedy nie szukasz klubu amatorskiego. Szukasz pracy.”
Pieniądze powinny trafiać również do młodzieży
I jest jeszcze jedna rzecz. Pieniądze w lokalnej piłce bardzo często nie trafiają tam, gdzie powinny trafiać w pierwszej kolejności. Zamiast inwestować w dzieci, trenerów, boiska, sprzęt, szkolenie młodzieży czy rozwój infrastruktury, część klubów musi przeznaczać środki na utrzymanie seniorskiej drużyny. A przecież to właśnie szkolenie powinno być fundamentem.

Jeżeli klub ma 100 tysięcy złotych i może wydać je na pensje kilku zawodników albo stworzenie lepszych warunków dla kilkudziesięciu dzieciaków, odpowiedź dla mnie jest oczywista. Bo zawodnik przyjdzie i odejdzie. Dziecko, które zacznie trenować w wieku sześciu czy siedmiu lat, może za kilka lat stać się zawodnikiem pierwszej drużyny. I wtedy klub nie będzie musiał szukać piłkarza na rynku. Będzie go miał u siebie.
Nie chodzi o to, że pieniądze są złe
Nie chcę jednak udawać, że pieniądze w futbolu są czymś złym. Bo nie są. Im wyższy poziom, tym bardziej naturalne jest wynagradzanie zawodników. Jeżeli ktoś trenuje dwa razy dziennie, podporządkowuje całe życie piłce, reprezentuje klub na poziomie zawodowym i nie może normalnie pracować, powinien za to otrzymywać wynagrodzenie. To jest normalne. Ale właśnie dlatego powinniśmy mieć granice.
Ekstraklasa – pieniądze.
Profesjonalne ligi – pieniądze.
Poziomy półprofesjonalne – odpowiednie wynagrodzenie zależne od realiów.
A niższe ligi? Przede wszystkim pasja.
Bo inaczej za chwilę dojdziemy do absurdalnej sytuacji, w której w meczu Klasy B zawodnik zapyta przed pierwszym gwizdkiem: „ile dajecie za zwycięstwo?” I jeśli odpowiedź będzie za niska, przestanie mu się opłacać biegać. Tyle że wtedy przestajemy już mówić o futbolu, a zaczynamy o „rynku”.
Czasami warto powiedzieć „nie”
Może więc warto czasami powiedzieć zawodnikowi „nie”. Nie dlatego, że jego umiejętności są niewiele warte. Nie dlatego, że jego czas jest bezwartościowy. Tylko dlatego, że klub również ma swoją wartość. Historię, kibiców, dzieci trenujące w akademii, boisko, które trzeba utrzymać. Ma ludzi, którzy poświęcają swój czas za darmo. Ma działaczy, którzy wieczorami wypełniają dokumenty, organizują mecze, szukają sponsorów i próbują związać koniec z końcem. I przede wszystkim ma przyszłość. Jeżeli tę przyszłość przeznaczymy na finansowanie kolejnych „gwiazd” lokalnej piłki, możemy któregoś dnia obudzić się bez drużyny.
Karpaty Siepraw są przykładem, że taki scenariusz nie jest teorią.
KS Olkusz pokazuje natomiast, jak gwałtownie może zmienić się sytuacja klubu, gdy problemy finansowe i kadrowe zaczynają się nawarstwiać.
Pasja czy pieniądze?
Dlatego jestem zdania, że w amatorskiej piłce pieniądze powinny być dodatkiem, a nie fundamentem. Bo kiedy zawodnik przychodzi do klubu przede wszystkim dla pieniędzy, to odejdzie za pieniędzmi. Kiedy natomiast przychodzi dla klubu, dla kolegów i dla samej gry to nawet po porażce następnego tygodnia znowu założy korki.
I właśnie ta różnica decyduje o tym, czy mamy jeszcze do czynienia z piłką amatorską, czy raczej z najtańszą wersją zawodowego futbolu.








„Lepiej późno, niż wcale” Problem zauważacie z poślizgiem 20 lat…. Czy nie jest za późno? Patologia już poszła za daleko. Życzę powodzenia, ale podejrzewam, że to będzie „syzyfowa praca”.