Trudny moment jest wtedy, gdy upadamy. Niezależnie od tego, ile mamy lat, jak bardzo jesteśmy zaangażowani i czym się zajmujemy to nigdy upadek nie jest łatwy. My, rodzice, mamy łatwiej wstać z kolan i iść dalej – wielokrotnie otrzepujemy kolana i podążamy w dalszą drogę mając jasna motywację – nasze dzieci.
Im natomiast jest dużo trudniej. Mamo – dzisiaj strzelę dla Ciebie gola, tato – dzisiaj zachowam czyste konto, mamo – zagram tak że będziesz ze mnie dumna. Za 120 minut jest za to porażka do zera, jakiś błąd indywidualny, niezrozumiała decyzje personalna trenera sadzająca Twoje dziecko na ławce przez cały mecz lub kontuzja eliminująca je z gry. Wówczas mamy załamanie, złość, frustrację i zniechęcanie, łzy i żal w sobie naszego młodego człowieka bo w jego opinii nie spełnił pokładanych nadziei, nie spełnił obietnicy, zawiódł. Może tłumaczyć i zapewniać, że tak nie jest – w głowie naszego dziecka jest i będzie takie poczucie.
I to jest bardzo dobre, że ono jest. Wówczas mamy pełne zaangażowanie, mamy ogromną ambicję, mamy chęć do rozwoju i do stawania się lepszym. Kiedy tak jest wiemy, że naszemu dziecku wciąż na tym zależy. Czy bowiem złościmy się na kogoś, kogo istnienie jest dla nas obojętne o coś, co zrobił, czy emocje buzują w nas głównie w stosunku do tych, na których nam zależy? Pytanie retoryczne.
Zamiast pocieszać nasze dzieci powinniśmy je wspierać. Nasze dziecko powinno mieć przeświadczenie graniczące z pewnością, że niezależnie od wszystkiego ma wokół siebie zespół ludzi którym zależy na jego szczęściu i który zawsze stanie po jego stronie, poda dłoń przy upadku i poniesie na barkach wraz z nim jego własny krzyż. Nieważne, czy jest to tylko tata lub mama, czy są to aż dwoje rodziców, czy może zbudowaliśmy jeszcze większy i mocniejszy zespół – ważne, że nasze dziecko będzie wiedziało o każdej porze dnia i nocy, że nie jest samo i walczymy wspólnie, razem się cieszymy i razem wstajemy z kolan.
Wówczas zwycięży!








Dodaj swój pierwszy komentarz do tego posta