Do zakończenia sezonu polskiej Ekstraklasy zostało zaledwie 6 kolejek, ale wygląda na to, że nikomu nie jest specjalnie spieszno po tytuł.
Wyścig kulawego z obolałym
Kiedy przyjrzymy się tabeli punktowej z tego roku, można odnieść wrażenie, że drużyny grające o mistrzostwo nie chcą go zdobyć. Żaden z klubów nie punktuje na poziomie średniej 2, co powinno być obowiązkiem.
W sobotę punkty stracili Raków, Legia i Lech. Co w niedzielę robi w takim razie Jagiellonia, kiedy może odskoczyć od grupy pościgowej? Przegrywa u siebie z Cracovią, która ostatni mecz wygrała 10 lutego i jest świeżo po zwolnieniu trenera.
Ma to jakiś sens? No, nieszczególnie. Generalnie, Jagę można chociaż pochwalić za styl, który w kilku spotkaniach był imponujący i ktoś go na pewno zapamięta. A pozostali? Na grę Śląska nie da się patrzeć. Zrobili jesienią wynik ponad stan, ale ich potencjał to tak naprawdę środek tabeli.
Lech? Mając na ławce bardziej nauczyciela wychowania fizycznego ze szkoły podstawowej w niewielkiej wsi w Wielkopolsce, niż poważnego trenera największego klubu z województwa, to mistrzostwa raczej nie wygrywasz.
Raków? Najmocniejsza kadra, zbudowana z myślą o grze na dwóch frontach, odbija się co najwyżej czkawką, jak po nieśmiesznym żarcie. Kiedy przychodzi nagle liga i w meczach z ŁKS-em, Ruchem i Puszczą – zdobywasz trzy punkty. Dawid Szwagra pokazuje, że dostał kluczyki do sterów tej maszyny za wcześnie. Przydałoby się najpierw zdać egzamin, chociaż praktyczny.
Legia? Jeśli pierwszym zawodnikiem wchodzącym z ławki na kluczowy mecz w lidze jest Maciej Rosołek, to jest coś nie tak. Musisz to wiedzieć.
Pogoń? Zaczęli rok z przytupem, Eftymious Koulouris i Fredrik Ulvestad to pewnie czołowe transfery zagraniczne tego sezonu, ale brakuje postawienia kropki nad i oraz zwycięstw w meczach z drużynami z czołówki.
Kto „doczłapie” się jako pierwszy do mety w tym wyścigu ślimaków? Zdecyduje pewnie na samym końcu szczęście, przy tak małej różnicy punktowej i detalach, jakie dzielą ekipy z „czuba” tabeli.
Kolejna polska „9” w Katalonii
Ewa Pajor jest na najlepszej drodze, do stania się najdroższą piłkarką w historii Bundesligi. Wszystko wskazuje na to, że lada dzień parafuje podpis pod 3-letnią umową z zwycięzcą ostatniej edycji kobiecej ligi mistrzów – FC Barceloną.
Urodzona w 1996 roku zawodniczka jest najwybitniejszą, jaka urodziła się na polskiej ziemi. W niemieckich „Wilkach” zdobyła wszystko, co było do wygrania. Rozegrała w jasnozielonej koszulce 9 sezonów i zdobyła 88 bramek.
O talencie Ewy polski kibic mógł się przekonać po raz pierwszy w 2013 roku, kiedy to wraz z rówieśniczkami sięgnęła po Mistrzostwo Europy do lat 17. Wtedy to wszystko się zaczęło. Filigranowa, krótko ścięta dziewczyna zachwycała bajeczną techniką na szwajcarskich obiektach sportowych. Mijała dziewczyny niczym Alberto Tomba tyczki w czasach świetności, na zjeździe supergiganta w Val d’lsere.
Ewcia i koleżanki zostały nazwane złotkami trenera Zbigniewa Witkowskiego. Wygrywały wtedy w Polsce wszystkie możliwe plebiscyty. Dzisiaj, Ewa, to już dojrzała futbolistka, grająca dostojnie i mądrze. Zamienia Dolną Saksonię na Katalonię. Tam napisze kolejny rozdział w pięknej historii najlepszej piłkarki, urodzonej w kraju nad Wisłą.
Kwartet Palmera
Kiedy latem 2023 roku Pep Guardiola oddał lekką ręką swojego ofensywnego pomocnika do „The Blues” za 40 milionów funtów, można było powiedzieć, że to „Citizens” zrobili świetny interes. Dzisiaj, perspektywa jest nieco inna. Cole Palmer, bo o nim mowa – właśnie urządził sobie trening strzelecki przeciwko swojemu koledze z reprezentacji Anglii – Jordanowi Pickfordowi. Wsadził mu cztery „sztuki” bez większego wysiłku.
Wychowanek Manchesteru City może pochwalić się w tym sezonie dorobkiem 20 goli i 9 asyst. Całkiem przyjemne liczby jak na pomocnika, trzeba przyznać. Razem z Erlingiem Haalandem piastuje najwyższy stopień podium klasyfikacji strzelców Premier League. W ostatnich trzech grach zdobył 9 trafień! Powiedzieć, że w barwach Chelsea występuje maszynka do strzelania goli, to nic nie powiedzieć.
Wczoraj, co prawda, „The Blues” rozprawili się z popularnymi „The Toffies” z Liverpoolu 6-0, ale ten sezon w ich wykonaniu to istny koszmar. Zaledwie 9. pozycja w lidze, ze stratą 26 punktów do lidera z Manchesteru. Cole Palmer jest jedynym jasnym punktem tego bogatego tworu, który wydaje rocznie setki milionów na przypadkowych piłkarzy. Ten transfer akurat im wyszedł, trzeba to oddać. Mówi się, że dobre wyniki buduje atmosfera wewnątrz zespołu. Poniżej pewien obrazek z wczorajszego meczu.
Jest to chyba dobre podsumowanie miejsca, w którym znajduje się ten zespół. Takie sytuacje nie powinny mieć prawa bytu w poważnej organizacji piłkarskiej.
Cole Palmer, Phil Foden, Jude Bellinhgam, Bukayo Saka, Harry Kane, to nazwiska, które latem odwiedzą niemieckie obiekty w barwach popularnych „Synów Albionu”. I nie będzie to wycieczka wakacyjna w celach wypoczynkowych . Panowie, stanowią o sile ofensywnej swojej drużyny narodowej, która na papierze prezentuje się porażająco. Cała piątka zdobyła w tym sezonie łącznie 96 goli w występach ligowych. Jeśli atmfosfera nie będzie wyglądała, jak na powyższym filmiku, to możemy być spokojni, że odegrają istotną rolę na Euro.







