Każdy z nas ma jakąś swoją historię początku miłości do piłki. Ostatnio na naszych łamach ukazał się obszerny materiał z fascynacji piłką i klubem sportowym naszego Kolegi Szymona Klicha. Lektura, która wywołała fajną dyskusję i poruszyła wiele osób. Do naszej redakcji spływało wiele pozytywnych wiadomości na temat takich tekstów. To portal o naszej ukochanej piłce, tworzony przez miłośników tego kopanego sportu. To Wasz portal, który mamy nadzieję z każdym dniem coraz mocniej będziecie tworzyć razem z nami. Dzisiaj ciut inna historia fascynacji piłką, a zarazem debiut na naszych łamach. Niezmiernie nam miło.
Jako, że żyję już trochę lat na tym łez padole, to i historia mojego kibicowania zaczęła się dawno, bo jeszcze na przełomie lat 80-tych i 90-tych tamtego wieku. Na pierwszy mecz zabrał mnie mój śp. Tata, a była to rywalizacja CKS-u Czeladź z Victorią Jaworzno. Mecz odbył się bodajże w roku 1985. Od tego czasu zostałem lokalnym patriotą piłkarskim.
Najpierw były wyjazdy do Sosnowca na mecze Zagłębia Sosnowiec grającego wówczas w drugiej lidze (jako, że wtedy było bardziej normalnie to druga liga była drugą, a nie trzecią lub niżej). Pamiętam do dzisiaj kluczowy mecz z Motorem Lublin w roku 1989 toczony w ulewie. Spotkanie to można porównać do pamiętnego meczu Polski z Niemcami na Mistrzostwach Świata w 1974 rok. W Sosnowcu również padł wynik 1:0, który otworzył Zagłębiu drogę do I ligi.
Później była I liga. Wtedy na mecze jeździłem już z kolegą z klasy. Mamy uszyły nam nawet flagi Zagłębia i zrobiły na drutach szaliki. Wyjazdy dla mnie skończyły się po tym jak zostaliśmy okradzeni z flag przez kibiców Zagłębia. Wtedy powiedziałem sobie, że już nigdy nie będę kibicem na meczu w Sosnowcu. Bandyckie zwyczaje – „skroić z flagi, nieważne kogo” to za dużo jak dla mnie.
Ostatecznie jako kibic Zagłębia umarłem w roku 1996, gdy kibice tego klubu na meczu w mojej rodzinnej Czeladzi, która od zawsze sympatyzuje z Zagłębiem śpiewali: „strzelcie k***** gola”. Skoro dla nich moja drużyna to k****, to ja dożywotnio przestałem kibicować Zagłębiu.
W międzyczasie był Widzew Łódź, któremu zacząłem kibicować i mecze grane przez niego w Lidze Mistrzów poprzedzone wcześniejszą walką z Legią o mistrzostwo Polski. Ale jakoś sentyment do Widzewa umarł śmiercią naturalną.
Równolegle kibicowałem mojemu zespołowi z Czeladzi za którym jeździłem na mecze 3 ligi. Busem ze starszymi panami, a później już własnym samochodem z kolegami. Jedyny zorganizowany wyjazd dla większej grupy kibiców, to był mecz w Namysłowie w roku 1995, wygrany przez miejscowych 1:0, po którym mogli być już niemal pewni awansu do drugiej ligi.
W 1995 roku zostałem sędzią piłkarskim. Wtedy dużo się zmieniło. Wraz z kolejnymi moimi awansami w hierarchii arbitrów, osobiście miałem okazję „zaliczyć” większość klubów 4 ligi z województwa śląskiego, a później jako asystent również sporo klubów 3 ligi praktycznie z całej Polski. Wtedy moje spojrzenie na kibicowanie uległo radykalnej zmianie. Brudne kulisy polskiej piłki, niejasne zagrywki i stwierdziłem, że w zasadzie żaden polski klub nie zasługuje by mu kibicować. Co innego mecz na boisku i nieświadomy kibic, a co innego układy i kombinacje.
Dopiero w XXI wieku miałem okazję poznać prezesa lokalnego klubu z podokręgu Sosnowiec, który dał mi słowo, że nigdy nie będzie uczestniczył w „załatwianiu meczu” nawet kosztem spadku do niższej ligi. Zdarzało mi się sędziować ważne i decydujące o losach tego klubu – mecze i wiem, że prezes jest w 100% wiarygodny. Od tego czasu mam ten klub w sercu i zawsze będę trzymał za niego kciuki. Nie jest najważniejsze to jak nazywa się ten klub ale sam fakt, że taki klub (lub pewnie kluby) wciąż istnieją.
Do dzisiaj mam kilka klubów z którymi jest „mi po drodze” i jestem ich sojusznikiem z racji ludzi, którzy tworzą klimat tych drużyn, ale prawdziwym kibicem jestem tylko tego wcześniej wspomnianego.
Wielu z nas ma również swoich faworytów w ligach zagranicznych. Mój pierwszy zagraniczny team, którego zostałem do dziś wiernym kibicem to Sheffield Wednesday. Ktoś zapyta dlaczego nie Liverpool, Manchester (jeden czy drugi), czy może kluby londyńskie? Otóż w latach 90-tych poprzedniego wieku będąc nastolatkiem grywałem z sąsiadami w managery piłkarskie na PC. Kolega grał MU, drugi kolega Tottenhamem, a ja wybrałem Sheffield grające w tym czasie w najwyższej klasie rozgrywkowej Anglii. A dlaczego Sheffield? Bo mają fajny herb – sowę. I właśnie dlatego serce mocniej dla nich bije.







