Ostatnia batalia o miano królowej Paryża

To już dziś. Cały naród odlicza i nie może się doczekać. Budziki w zegarkach nastawione na punkt 15.00. Wtedy wydarzy się coś wielkiego i zupełnie nieoczekiwanego. Na kort Phillippe’a-Chatriera wyjdą Maja Chwalińska i Mirra Andriejewa. Obie panie zawalczą o triumf w Roland Garros. Jak to brzmi, prawda?

Jadwiga Jędrzejowska trzykrotnie: 1937 (Wimbledon, US Open), 1939 (Roland Garros), Agnieszka Radwańska raz – 2012 (Wimbledon), Iga Świątek sześć razy – 2020, 2022-2024 (Roland Garros), 2022 (US Open), 2025 (Wimbledon). I w końcu ona, kwalifikantka, Maja Chwalińska, zostanie czwartą Polką w historii tego sportu, która dotarła do bram raju, czyli finału turnieju wielkiego szlema.

Historia Kopciuszka, o której dzisiaj mówi cały świat. Dosłownie każdy pieje z zachwytu i rozpływa się nad grą zawodniczki trenującej na co dzień w Bielsku-Białej. Jest to o tyle proste, że słowa same przychodzą na myśl. Pochwał na temat Mai jest bez liku, bo nie może być inaczej. Chwalińska na to wszystko ciężko zapracowała. Doszła do tego miejsca po latach katorżniczej pracy. Po setkach tysięcy godzin spędzonych na korcie. Dojściu do perfekcji w elementach pozwalających grać na tak wysokim poziomie. Być powtarzalną do bólu, dla rywalek.

Eksperci tenisowi w kraju, których z każdym dniem przybywa jak prawdziwków po jesiennym deszczu, dumają, dlaczego teraz? Odpowiedź na to pytanie z pewnością jest złożona, nie da się rzucić jednego mądrego zdania. Maja nie zaczęła nagle grać innego tenisa niż siedem miesięcy temu. Na pewno zmieniła się jej „fizyczność”. Nie można pominąć w tym miejscu fachowca w tej materii, Macieja Ryszczuka, który współpracuje z Polką od kilku miesięcy. Poruszanie się po korcie, tenisowe IQ, kombinacyjna gra wyniszczająca kolejne rywalki oraz sfera mentalna, – Maja zachowująca spokój w kluczowych momentach spotkań, niczym snajper przed dokonaniem tego jednego strzału. Zimna krew, spokój, pewna lewa rączka – taki schemat, do powtórzenia.

Tak to wygląda pokrótce. Ostatni mecz Mai oglądało w telewizji prawie 1,7 mln ludzi, dzisiaj ten wynik zostanie z pewnością pobity. Ten kraj żyje tenisem od 2 tygodni. Batalia półfinałowa z Dianą Sznajder stała na niezwykle wysokim poziomie. Był to pewnie w top 5 najlepszych meczów kobiecych w tym roku.

To nie była standardowa naparzanka pod tytułem „która odbije mocniej”, co oglądamy do znudzenia w czołówce WTA w ostatnich latach. Coraz mniej jest tenisowych artystek. Nie ma już Martiny Hingis, Justine Henin, Agnieszki Radwańskiej, Ashley Barty.

W meczu ze Sznajder obserwowaliśmy to, co w tenisie kochamy najbardziej – długie wymiany, okraszone fajerwerkami technicznymi i taktycznymi. Tak wiele nam nie potrzeba, chcemy oglądać po prostu Maję Chwalińską w akcji. Przypominały nam się również czasy wielkich bojów na mączce toczonych przez wielką trójkę: Nadala, Federera i Djokovicia.

Faworytką finału będzie 19-letnia Rosjanka, Mirra Andriejewa. 8. rakieta świata to bardzo silnie uderzająca, doskonale broniąca tenisistka. Jej wszechstronność oraz świetne warunki fizyczne idą w parze i przynoszą wymierne efekty.

Czy Maja powinna się obawiać? Absolutnie nie. Presja powinna być po stronie faworytki, Polka może, ale niczego nie musi. Oczywiście poza wyjściem na kort i graniem tego, co zwykle. Poza wyjściem na kort, cieszeniem się tenisem i włączeniem trybu swojej małej gry. Tego samego życzymy wszystkim, którzy dziś zasiądą przed telewizorami. Powtórzymy tylko nasze sztandarowe, nudne już hasło: niech ten piękny paryski sen wciąż trwa…

Kowal

Dodaj swój pierwszy komentarz do tego posta