Gdy dla jednych tańce wywijańce dopiero się rozpoczynają dla innych jest już po zabawie. Tradycyjnie w gronie tych drugich jesteśmy – my. Z imprezy odpadliśmy jako pierwsi. Kiedy Stary Kontynent zobaczył nas na balu moment wezwał ochroniarza. Ten przyszedł, złapał za kark i wskazał drzwi. Zabrakło tylko na koniec mocnego kopa w tyłek. Z wicemistrzem świata zatańczyliśmy poprawnie, co dało nieoczekiwany remis.
Gdy czeka nas ważna impreza – myślimy o niej dużo wcześniej. Przeżywamy, analizujemy z kim i jak zatańczymy, a kogo olejemy i nawet nie podejmiemy tematu. Tak było, jest i będzie. Kiedy reprezentacja Polski udawała się do Niemiec na Mistrzostwa Starego Kontynentu – nie było z naszej strony żadnych oczekiwań. Totalna obojętność, która jasno dawała do zrozumienia, że nic z tego nie będzie. Polska to jednak taki naród, że gdy przychodzi co do czego to nadzieja i wiara drgają mocno. Czy tak było po pierwszym meczu z Holandią?
Fakt na „Oranje” wyszliśmy odważnie. Chcieliśmy grać w piłkę, przynajmniej próbowaliśmy. Porażka różnicą jednego gola to w dużej mierze zasługa Szczęsnego i tego, że nie był to dobry dzień „pomarańczowych strzelb”. Po wyniku pozostał jednak niedosyt, że można było ugrać więcej.
To więcej miało być ugrane w meczu przeciwko Austrii, na którą wyszliśmy zestawieniem już nie tak odważnym. Bardziej takim, które wskazywało na to, że będziemy starać się mocno bronić i próbować swoich szans z kontrataku. Jak się skończyło, każdy wie.
Tym meczem nasza reprezentacja namalowała czarny i smutny obraz naszej piłki. Porażka 3-1 była tą z kategorii – najdelikatniejszych, bo mogło być spokojnie więcej. Ten mecz ukazał wszystkie nasze bolączki i przywary. Jasno podkreślił, że kiedy nie operujemy piłką, a tylko za nią biegamy to popełniamy mnóstwo błędów. Tych w linii obrony – rywal nie wybaczył.
I znów było jak prawie zawsze, a priorytetem stało się godne pożegnanie z imprezą. Gdy inne ekipy dopiero przechylają pierwsze kieliszki na odwagę żeby zaraz ruszyć w tan, my się pakujemy i opuszczamy salę.
Meczem z Francją wyszliśmy z balu bez wyłapania kopniaka w tyłek na odchodne, ale praktycznie nie ma to żadnego znaczenie. Pożegnaliśmy się jako pierwsi. Wszyscy natomiast zwrócili uwagę, że nawet nie plątały nam się nogi. Potrafiliśmy nawet kilka razy obrócić rywala w kółeczko i zrobić ładny piruet. Wszystko to jednak na nic, bo tańczyć więcej nikt już z nami nie ma zamiaru – przynajmniej na tej imprezie.
Oczywiście zaraz po meczu wszystkie wielkie serwisy internetowe rozpływały się nad tym spotkaniem. Emocje buzowały w narodzie. Zdobyć punkt z wicemistrzem świata, utrzeć nosa Francji – to coś wielkiego. Tak rzeczywiście jest, tylko tak szczerze mówiąc nie ma to dla nas żadnego znaczenia. Co to za biesiadnik, który wychodzi z imprezy zanim ta na dobre się rozpoczęła? To, że ładnie każdemu powiedział dobranoc nic nie zmienia. Bal trwa, a nas nie ma i chociaż tyle dobrze, że niebo tej nocy takie ładne.
Z Piłką w Sercu (ST)







