TAK BEZ NICZEGO? CZYLI DEGRENGOLADA W PZPN

Wystarczyły dwa lata, by Cezary Kulesza i jego świta roztrwonili cały kapitał wizerunkowy Polskiego Związku Piłki Nożnej, który w ostatnich latach, przynajmniej w kontekście PR-owym urósł do rangi prawdziwie europejskiego. Postępująca degrengolada powoduje, że PZPN notuje kompromitujące wpadki właściwie na każdym polu i choć nie wszystkie można przypisać prezesowi i jego otoczeniu, to chyba powiedzenie o rybie psującej się od głowy pasuje tutaj jak ulał.

Reprezentacja, której były prezes Jagielloni zafundował bezprecedensową karuzelę trenerską, zanotowała właśnie jedne z najbardziej kompromitujących eliminacji w ostatnich dziesięcioleciach. Gdyby tego było mało, okazało się, że PZPN za pośrednictwem kancelarii adwokackiej zażądał przeprosin od dziennikarza, który w dość ironiczny sposób odniósł się do ostatnich alkoholowo – obyczajowych historii mających miejsce za kulisami meczów kadry.

„Boniek był jaki był, ale…”

Zbigniew Boniek nie był prezesem z mojej bajki i mam wiele zastrzeżeń do tego, jak sprawował swoją funkcję i co po sobie zostawił. Natomiast były prezes przynajmniej jedną rzecz rozumiał doskonale – wizerunek jest zasobem, którego nie da się przecenić. Zresztą jednym z głównych zarzutów pod adresem Bońka było właśnie to, że PZPN pod jego wodzą to PR i niewiele więcej. Poprzednik Cezarego Kuleszy wiedział jednak, że to działa. Dzisiaj nawet jego oponenci przyznają, że „Boniek był, jaki był”, ale przynajmniej o wizerunek związku potrafił zadbać jak nikt wcześniej.

W istocie tak było. To za jego kadencji związek otworzył się na media i rozwinął departament komunikacji, dzięki czemu rekordy popularności bił kanał Łączy Nas Piłka. Działalność portalu w Internecie wyznaczała trendy nie tylko organizacjom sportowym w naszym kraju, albowiem nasze poczynania z uwagą śledzono nawet w państwach o zdecydowanie bardziej rozwiniętej kulturze piłkarskiej. W PZPN-ie za czasów Bońka oczywiście również nie brakowało cenzury. Za tę odpowiadał Janusz Basałaj, który nierzadko dzwonił do dziennikarzy wypowiadających się nieprzychylnie na temat poczynań jego zwierzchnika. Nie czynił tego jednak z wdziękiem słonia w składzie porcelany, dlatego o telefonach mówiło się w środowisku, natomiast do przeciętnego kibica reprezentacji te informacje nie docierały.

Zbigniew Boniek od zawsze zresztą potrafił ukrywać przed opinią publiczną to, co powinno zostać ukryte, sprawnie zamiatać pod dywan wszelkie afery i aferki, a także szybko diagnozować potencjalnie kryzysowe sytuacje i reagować na nie w swoim stylu. Legendą obrosła już historia, kiedy przed mistrzostwami świata w Korei i Japonii w 2002 roku piłkarze reprezentacji pokłócili się o pieniądze z reklam. Boniek pełnił wtedy funkcję wiceprezesa PZPN ds. marketingu i chcąc zażegnać konflikt miał zaoferować piłkarzom następujące rozwiązanie – „jeśli się komuś nie podoba to wypierdalać”.

Dobre złego początki

Wybór Cezarego Kuleszy przyjęto ze sporym sceptycyzmem, jednak jego pierwsze decyzje spotkały się z bardzo pozytywnym odbiorem. Być może po części dlatego, że poprzeczka oczekiwań wisiała niezwykle nisko. Do pewnego momentu Kulesza wydawał się prezesem, który, choć niesprawnie porusza się w świecie mediów i fatalnie wypada przed kamerą, to jednak posiada słuch społeczny i potrafi reagować zgodnie z oczekiwaniem ludu. Niedługo miało się okazać, że paliwo populizmu szybko się wyczerpie, a przy ul. Bitwy Warszawskiej 1920, gdzie mieści się siedziba związku powrócą stare demony.

Kulesza – przynajmniej na poziomie deklaratywnym – od pierwszych dni postawił na szkolenie, przeorganizował departament i zaangażował do pracy w nim ludzi, których środowisko przyjęło ze sporym optymizmem. Pierwsze miesiące urzędowania prezesa były jednak naznaczone przez dezercję Paulo Sousy, który odkochał się w rodakach Jana Pawła II i zapragnął brazylijskiego słońca. Oczywiście było to nowym władzom na rękę, ponieważ Portugalczyk był człowiekiem Bońka, a z Cezarym Kuleszą niekoniecznie potrafił znaleźć wspólny język. Prezes obwieścił sukces, jakim było rozwiązanie kontraktu z selekcjonerem i w oczach opinii publicznej wyrósł na człowieka, który się w tańcu nie… wiadomo co. Ten obraz ugruntował jeszcze dość twardą postawą wobec rosyjskiej napaści na Ukrainę i protestem przeciw rozgrywaniu meczu z Rosjanami w barażach do mistrzostw w Katarze, a sukces kadry Michniewicza w spotkaniu ze Szwecją znacznie wzmocnił jego pozycję.

Pierwsza rysa

Choć już sam wybór Czesława Michniewicza i to co działo się po nim, były pierwszymi oznakami, że związek pod wodzą Cezarego Kuleszy ma komunikacyjne problemy. Jasne było, że ten wybór wzbudzi spore kontrowersje, a pierwszą konferencję zdominuje „fryzjerska” przeszłość nowego selekcjonera. Przedstawiciele PZPN-u kompletnie nie byli na to przygotowani. Sprawiali wrażenie zaskoczonych sytuacją, a trener zagroził dziennikarzowi procesem, co miało się niedługo stać związkową tradycją…

Dalej już tylko gorzej

Mistrzostwa w Katarze zakończyły się skandalem premiowym, a Cezary Kulesza twierdził, że sztab i piłkarze dogadywali się z premierem za jego plecami. Jeśli tak było, świadczy to źle o prezesie, który nie ma pieczy nad kwestią przepływu finansów między rządem, a kadrą narodową. Jeśli wiedział i kłamał, to chyba świadczy o nim jeszcze gorzej. Późniejsze poczynania Kuleszy i Morawieckiego poddają zresztą w wątpliwość, czy aby ten pierwszy świadomie nie mijał się z prawdą. Piłkarze i sztab zostali spaleni na stosie, a prezes i premier obrócili temat premii w kwestię wparcia polskiej piłki i dofinansowania szkolenia.

Afera premiowa wywaliła Czesława Michniewicza z siodła i zaczęły się poszukiwania kolejnego selekcjonera. W mediach padały różne kandydatury, ale Kulesza zaskoczył wszystkich i zatrudnił Fernando Santosa, którego na konferencji prasowej przedstawił jako Filipe Santosa. Okazało się, że to nie była jedyna pomyłka związana z portugalskim szkoleniowcem, bo największą było samo jego zatrudnienie. Ten ruch miał pokazać, że Cezary Kulesza dużo może i jest w stanie sprowadzić do Polski trenera z CV, z jakim nie przychodził żaden inny. Problem w tym, że wystarczyła odrobina rozeznania i zdrowego rozsądku, by wiedzieć, że Fernando Santos nie jest postacią, której w tym momencie (ani w żadnym innym) potrzebujemy. Być może udałoby się temu zapobiec, gdyby na research selekcjonera poświęcono tyle energii, ile poświęcano na mylenie kroków dziennikarzy.

Santos znalazł się oku cyklonu. Od pierwszych dni docierały do niego sygnały o aferach i aferkach wokół kadry, a dziennikarze oczekiwali, że się do nich ustosunkuje. Nie pomagały kiepskie wyniki, które nakręcały spiralę złych emocji. Jakby tego było mało, pojawiły się pogłoski, że Santos ma podpisać kontrakt w Arabii Saudyjskiej, a wtedy jego telefon zamilkł. Okazało się, że tej informacji nie potrafi zweryfikować nawet jego pracodawca, a Jakub Kwiatkowski, team manager kadry na tweeta z jednego z satyrycznych twitterowych kont, sugerującego, by zadzwonić do Santosa odpowiedział dramatycznym: „Naprawdę myślisz, że nie próbujemy?”. Wtedy stało się jasne – w tym grajdole już nikt niczego nie kontroluje.

Ale najgorsze miało dopiero nadejść. W samolocie lecącym na mecz do Mołdawii znalazło się miejsce dla skazanego za handlowanie meczami Mirosława Stasiaka. Postaci, która jest uosobieniem najmroczniejszych lat w historii polskiej piłki. Czym zasłużył sobie na obecność w samolocie, którym leciała kadra i na meczową akredytację najwyższego stopnia? Nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że Kulesza tradycyjnie uciekł w niewiedzę. Na jego nieszczęście okazało się, że Stasiak brał również udział w zakrapianym bankiecie, na którym obecny był też sam prezes, a obaj panowie świetnie się bawili, więc argument o niewiedzy został szybko zweryfikowany.

Mleko się rozlało i na jaw zaczęły wypływać informacje o tym, w jaki sposób działacze i goście na meczach kadry „rozmawiają” z piłkarzami w samolotach i hotelach oraz co płynie wtedy w ich krwi. Cezary Kulesza z właściwą sobie gracją postanowił ugasić pożar i winę za obecność Stasiaka na meczu zrzucił na jednego ze sponsorów. Nie poinformował jednak, który to sponsor, by nie narazić go na straty wizerunkowe. Dlatego naraził na nie wszystkich, bo cień podejrzeń padł na każdego partnera biznesowego PZPN-u. Sponsorzy, na czele z firmą InPost, wyrazili zrozumiałe oburzenie i zagrozili rozwiązaniem kontraktów ze związkiem. Wtedy do winy przyznała się firma Inszury, która notabene partnerem związku została w dość dziwnych okolicznościach, ale to temat na inną dyskusję.

Temat obecności pijanych działaczy na meczach kadry zaczął zataczać coraz szersze kręgi, a ci, którzy obserwują polskie uniwersum piłkarskie od dziesięcioleci mieli flashbacki z czasów, które wydawały się odejść już w niepamięć – że wspomnę tylko pijanego Janusza Wójcika, który pomylił ławki rezerwowych na jednym z meczów. 

I kiedy wydawało się, że gorzej już być nie może, Cezary Kulesza postanowił zostać memem i w rozmowie z Piotrem Salakiem w RMF FM na pytanie, czy na tych spotkaniach zawsze musi być alkohol odpowiedział: „Jak ktoś pana zaprosi, to co, siedzicie tak bez niczego?”. W tym zdaniu – pewnie niechcący – doskonale zobrazował DNA instytucji, jaką pod jego wodzą stał się PZPN. A w obliczu tych wydarzeń historia czterech pijanych reprezentantów kadry u-17, którzy zostali wydaleni z kadry tuż przed mistrzostwami świata, staje się po prostu smutnym żartem.

Organizacyjna prowizorka

Mniejsze bądź większe wpadki PZPN-u pod przewodnictwem Cezarego Kuleszy można wymieniać niemal bez końca. Przed losowaniem par Pucharu Polski zaprezentowano jubileuszowy klip z okazji 70-lecia rozgrywek. Nagranie otwierało ujęcie z sędzią Antonim Fijarczykiem wyprowadzającym zespoły na boisko. Fijarczyk był pierwszym, który został aresztowany w związku z aferą korupcyjną w polskiej piłce. Podczas prowokacji policyjnej przyjął od Piotra Dziurowicza łapówkę w wysokości 100 tys. zł… Winę za niefortunne nagranie zrzucono na szeregowego pracownika departamentu komunikacji.

Kolejna duża wtopa to mecz z Mołdawią na PGE Narodowym, kiedy organizator nie przyjmował biletów w postaci elektronicznej. Cała rzesza kibiców nie posiadała wydruków, więc naprędce zorganizowano przy stadionie punkt, w którym bilety drukowano. Nie trudno się domyślić, że kolejka do niego była ogromna, dlatego na początku meczu stadion świecił pustkami.

Cenzura i grożenie procesem

Mizeria sportowa i organizacyjna, kolejne klęski wizerunkowe z obyczajówką w tle, trudno wyobrazić sobie, że można upaść niżej. Ale dla PZPN-u nie ma rzeczy niemożliwych. Kiedy wszystko wokół płonie, Kulesza wraz doradcami biorą w dłonie kanistry z benzyną i… za pośrednictwem kancelarii adwokackiej grożą jednemu z dziennikarzy i żądają przeprosin za żartobliwą wypowiedź, w której dość celnie podsumował dotychczasową kadencję nowych władz:

„Mamy 2023 rok, a największą reformą ostatnich miesięcy w PZPN-ie jest to, że pijane dziady nie będą mieszać się z piłkarzami w samolocie”.

Pismo skierowane do Piotra Żelaznego słusznie wywołuje rozbawienie połączone z zażenowaniem, ale chyba jeszcze bardziej absurdalne jest uzasadnienie, które ląduje w social mediach:

Polityczne związki

Co dalej z PZPN-em Cezarego Kuleszy? Absurdalna ordynacja wyborcza powoduje, że dopóki regionalni baronowie będą należycie dopieszczani przez prezesa, dopóty może być spokojny o trwanie na stanowisku. Sytuacja może się zmienić, kiedy działacze w terenie zaczną na własnej skórze odczuwać skutki działalności obecnego prezesa. Gwoździem do trumny może być też brak awansu do mistrzostw Europy, w którym spory udział może mieć dokonujący niezrozumiałych wyborów selekcjonerów prezes.

Nasza nieobecność w Niemczech to znaczne straty finansowe wynikające nie tylko z braku premii od UEFA, ale również z niższych kontraktów sponsorskich. PZPN obecny na imprezach mistrzowskich ma większą wartość dla ewentualnych partnerów biznesowych. Ucierpi również wizerunek samego Kuleszy jako szefa związku. Nie od dziś wiadomo, że ocena działalności prezesa jest mocno skorelowana z wynikami pierwszej reprezentacji. Zbigniew Boniek długo mógł pracować w spokoju, bo parasol ochronny zapewniała mu kadra Nawałki. Kiedy wyniki się pogorszyły, zaczęła narastać krytyka. Euro w 2024 roku może być pierwszą od 10 lat imprezą mistrzowską, na której się nie pojawimy.

Wiele zależeć będzie też od architektury politycznej w Polsce w najbliższych latach. Tajemnicą poliszynela jest, że PZPN był wygodnym przyczółkiem dla ludzi związanych z Prawem i Sprawiedliwością. Jedni znajdowali sobie posady w związku, a firmy innych podpisywały kontrakty na świadczenie różnego rodzaju usług. Oczywiście jest to transakcja wiązana, bo w kierunku PZPN-u płynie szeroki strumień pieniędzy ze Spółek Skarbu Państwa.

Czy zmiana władzy w Polsce oznacza kłopoty związku? Teoretycznie PZPN jest instytucją apolityczną, a każda polityczna ingerencja spotyka się ze stanowczą reakcją ze strony FIFA i UEFA. Pamiętamy zresztą co się działo, kiedy przed laty władze za pomocą kuratora chciały robić porządek w związku. Teraz jednak Kulesza może być sam sobie winien, bo upolitycznił związek na dawno niespotykaną skalę. Rządząca partia może wpływać na jego funkcjonowanie nie tylko wprowadzając doń swoich przedstawicieli, ale po prostu ograniczając finansowanie prowadzonych przez PZPN projektów, co odbije się nie tylko na funkcjonowaniu centrali, ale również regionalnych związków, a to dla Cezarego Kuleszy może okazać się dużym problemem.

Jedno jest pewne, hasło „Zibi wróć” usłyszeliśmy szybciej niż większość z nas się spodziewała.

Dariusz Wądrzyk

Dariusz Wądrzyk
Dariusz Wądrzyk